piątek, 5 stycznia 2018

Cień spod Wawelu.

Kraków. Miasto, które znam bardzo dobrze, jestem z nim związany rodzinnie i emocjonalnie (mocno kibicuję jednej z tamtejszych drużyn). Bardzo je lubię. I bardzo się cieszę, że w ostatnich latach stał się tak bardzo aktywny na scenie metalowej. W dodatku jest to aktywność na wysokim poziomie. Nazw nie będę wymieniał, bo wszyscy zainteresowani wiedzą o jakie zespoły chodzi. Teraz poznaję kolejny, który gdzieś mi umknął. Cień. Właśnie wydali nowy album, jest więc ku temu najlepsza z możliwych okazji.  




To już drugi pełny album krakowskich black metalowców. Poprzedni wyszedł w 2014 roku i kompletnie mi umknął. „Fate” postanowiłem więc przydybać i poznać bliżej. I nie żałuję, choć o ziemię mną ta płyta nie rzuciła. Cień to pięciu panów, dwóch z nich to gitarzyści. I to na tej płycie słychać. Partie gitar są bardzo rozbudowane i złożone, doprawione ciekawymi aranżacjami. Sporo tu wstawek akustycznych, czy spokojniejszych, smutniejszych melodii. Krakowski zespół proponuje nam black metal raczej tradycyjny, z pewną dozą smutku i cierpienia. Nie jest to jednak żaden żenujący DSBM, bo Cień potrafi przywalić i fajnie pobujać. Słychać, że panowie świetnie czują się w szybszych fragmentach i trochę żałuję, że nie ma ich tu więcej. To nie groza i strach, to nie piekło i ogień, są tu najważniejsze. Cień sięga do głębszych zakamarków ludzkiej psychiki, prowadzi nas przez strach, samotność, śmierć. I generalnie jest to podróż ciekawa. Byłaby jeszcze ciekawsza, gdyby wokalista postarał się o bardziej wyraziste i trochę głębsze krzyki a teksty polskie zmieniono na angielskie. Ja bardzo lubię polskie liryki, ale trzeba umieć to robić. Tu mam wrażenie, że coś nie zagrało. Może to połączenie takiego sobie wokalu z językiem polskim, może nie najlepsze teksty, trącające naiwnością i infantylnością? A może jedno i drugie wymieszane ze sobą? Nie ma sensu dociekać, bo każdy może to odebrać inaczej. To w każdym razie największy mankament tej naprawdę dobrej i przyzwoitej płyty. Jest to album długi (sześć utworów, czterdzieści siedem minut) i mocno rozbudowany. Struktury utworów są złożone, znajdziemy tu dużo ciekawych riffów i melodii, sporo zmian tempa i klimatu. I to wszystko jak najbardziej przemawia za „Fate”. Oraz to, że bardzo dobrze słychać bass, co jak wiadomo jest rzadkością.

W żadnym wypadku nie żałuję, że sięgnąłem po ten album. Solidna produkcja, którą polecam każdemu kto lubi black metal trochę bardziej rozbudowany i nie wypełniony po przegi agresją. A jeśliby panowie popracowali nad wokalami, to kolejna płyta może być naprawdę wysoko w zestawieniach. Cień bez wątpienia ma szansę stać się jednym z najciekawszych krakowskich przedstawicieli sceny.

Ocena: 7,5/10

Cień - „Fate”. Old Temple Productions, 2017 rok, numer katalogowy OLD.111.2017.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz