piątek, 19 października 2018

Po latach.


„All good things come to those who wait” (dobre rzeczy przychodzą do tych, którzy czekają) – to popularne za oceanem powiedzenie, mające swoje korzenie w reklamie, dobrze oddaje sytuację związaną z obiektem dzisiejszej recenzji. I choć ja sam jestem bardzo niecierpliwym człowiekiem, chciałbym wszystko tu i teraz, najlepiej w całości, kolejki doprowadzają mnie do szału a wszelkiego rodzaju opóźnienia czy spóźnienia, wyprowadzają z równowagi, to muszę przyznać, że na ten materiał warto było czekać tak długo. Niektórzy pewnie stracili już nadzieję, że on kiedykolwiek ujrzy światło dnia i na zawsze pozostanie tylko tajemniczą legendą, o której się mówi ale niewielu słyszało jej esencję. Stało się jednak inaczej.  

środa, 17 października 2018

Metal czarny, hałas biały, a wszystko to w zgodzie z tradycją.


Cóż, nie zamierzam się krygować, kłamać ani ukrywać - fanem black metalu zwyczajnie nie jestem. Owszem, doceniam ogromny wkład zespołów z tej szufladki w rozwój muzyki ekstremalnej, doceniam też to, że po rzeczoną odmianę rocka sięga mnóstwo osób, które wcześniej w ogóle się nim nie interesowały, ale to na tyle. Samo brzmienie, schemat utworów i kilka innych czynników powoduje, że za black metalem nie przepadam.  

poniedziałek, 15 października 2018

Zgniły walec.

Jesień sprzyja gniciu. Jesień sprzyja umieraniu. Nie ma sensu z tym walczyć, bo taki jest odwieczny cykl natury. W pewnym momencie wszystko wraca do ziemi, by po jakimś czasie odrodzić się i ponownie cieszyć oko. W naturze jednak, nie tak jak w metalu, wraca piękne, odmłodzone i zdrowe. W metalu niektóre rzeczy wracają za wcześnie, są nadal nieświeże, podgniłe, śmierdzące i cholernie brudne. Taki właśnie jest „Cadaverine”, pełnowymiarowy debiut Eternal Rot. Zaświadczyć może o tym choćby uroczy pan (bądź pani?) z okładki, który postanowił przed czasem opuścić swoje miejsce wiecznego (gnicia?) spoczynku i uraczyć nas kilkoma wesołymi opowieściami.  

niedziela, 14 października 2018

Apokalipsa. Teraz.


Dużo w tym roku było już ciekawych premier, ale na jedną czekałem szczególnie. Wiem, że nie tylko ja. Cały black metalowy świat, bo jak taka marka wypuszcza płytę, to nawet szatan i diobły czekają. Niestety, jak w kilku innych przypadkach, sama premiera przeszła trochę obok mnie, ale nadrobiłem braki i od dłuższego czasu cieszę się każdą chwilą spędzoną z tym albumem. Nie mam zamiaru oceniać, czy to najlepsze dzieło Funeral Mist (choć z każdym dniem skłaniam się ku tej myśli), bo każdy ich album jest wielki. Na pewno jest to jedna z najlepszych płyt tego roku, trudno więc bym milczał. Postanowiłem  spisać moje odczucia, nie do końca moimi słowami. Może wydać się Wam to dziwne, ale mam nadzieję, że złapiecie koncept, skoro znacie już „Hekatomb” na wylot. Zapraszam do Apokalipsy. Nie tej z przeszłości. Nie tej z przyszłości. Tej teraźniejszej.

piątek, 12 października 2018

Jedenaście minut węża.


Musmahhu. Był to stwór powstały z połączenia węża, lwa i ptaka. W sumeryjskim jego imię zapisywano jako MUS.MAH, co znaczyło „dostojny wąż”. Czasami utożsamiano go z siedmiogłowym wężem, zabitym przez Ninurtę, boga rolnictwa i polowań. Jest jednym z trzech rogatych węży, a jego bracia to Basmu i Usumgallu. Enuma Elis, babiloński mit o stworzeniu mówi zaś, że zrodziła ich Tiamat, bogini – matka, zabita później przez Marduka. I tak od wierzeń starożytnej Mezopotamii dotarliśmy do Szwecji, bo pojawił się i Tiamat i Marduk, no a bohater dzisiejszej recenzji też stamtąd pochodzi. Muzycznie jednak nie ma wiele wspólnego ani z Marduk a tym bardziej z Tiamat. Musmahhu to zupełnie inne przestrzenie metalu, takie, w których ten mityczny wąż czułby się jak w domu.  

środa, 10 października 2018

Trąba powietrzna.


„Świat jest w niewoli. Słabi są w niewoli u silnych, mądrzy w niewoli u zbrodniarzy, biedacy w niewoli u głupców a wszyscy – karły wśród karłów – jesteśmy w niewoli u Boga.” Tymi słowami, zaczerpniętymi z filmu „Diabeł” (reż. Andrzej Żuławski), rozpoczyna się debiutancki album Temple Desecration. Na szczęście sam zespół nie wydaje się być w niewoli, bo wreszcie wydał dłuższy materiał. A jeśli nawet jakakolwiek siła ich zniewala, to nie jest to Bóg. Musiałem się nad tym krążkiem pochylić, bo po pierwsze to kawał solidnego piekła, po drugie panowie są z mojego rodzinnego miasta, więc głupio byłoby przemilczeć ukazanie się „Whirlwinds of Fathomless Chaos”.  

poniedziałek, 8 października 2018

Rytuał.


Powoli zaczyna dojrzewać we mnie, kiełkować może nawet, powołanie. Rozważam zostanie badaczem. Chciałbym wybrać się do Finlandii, najlepiej na koszt podatników (w imię nauki!) i zbadać jakim cudem (no nie, tę teorię trzeba odrzucić) w tym tak nielicznym narodzie, tak wielka reprezentacja metalowa. W szczególności black metalowa. Ja wiem, nie raz już pisałem o tym fenomenie, ale to wciąż wprawia mnie w osłupienie. Czego to zasługa? Jaka jest przyczyna? Czy to powietrze, klimat, jedzenie ryb czy duża dawka okresowej ciemności pokrywającej fińskie miasta, wsie i miasteczka o wczesnych porach? W tej chwili nie potrafię udzielić odpowiedzi, ale dajcie mi czas – nie spocznę póki tego nie ustalę. Tymczasem, na salony black metalu, lub raczej na leśne polany, wjechał kolejny świetny krążek pochodzący z kraju Muminków, lasów i jezior, choć akurat jego twórcy pochodzą z Helsinek.

niedziela, 7 października 2018

Mamoń to był gość.


„Proszę pana, ja jestem umysł ścisły. Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Po prostu. No... To... Poprzez... No, reminiscencję. No jakże może podobać mi się piosenka, którą pierwszy raz słyszę”.      Co prawda umysłem ścisłym nie jestem, ale w przypadku nowej płyty Immortal, słowa inżyniera Mamonia, z kultowego już Rejsu, sprawdzają się doskonale. Można nimi otworzyć i zamknąć recenzję „Northern Chaos Gods”, szczególnie, że reminiscencja jest tu bardzo mocna. Tak mocna, że momentami zastanawiam się, czy nie mam znowu kilkunastu lat i z wypiekami na twarzy odpalam właśnie po raz pierwszy „At the Heart of Winter” lub „Battles in the North”. Ale nie, przecież nie, bo jak mogą się podobać piosenki, które słyszy się pierwszy raz?

piątek, 5 października 2018

Piosenka diabła.


Zdaję sobie sprawę, że kurz bitewny związany z tym albumem już dawno opadł, jednak dla mnie wciąż się unosi. Wkroczyłem na to pole bitwy dość późno, kiedy już większość amunicji została zużyta, gdy linie obronne przeciwnika dogorywały pokrwawione w okopach i ruinach kamienic. Gdy szalała największa bitwa, nie byłem jej do końca świadom, mą głowę zaprzątały ważniejsze sprawy, teraz jednak wiem, że nie ma w tym roku wielu ważniejszych spraw od Zwycięstwa. Kiedy siedzisz w okopie, czy to życia, czy wojny, liczysz na wygraną. Trzymasz się tej myśli za każdy skrawek munduru, jakby ona jedna mogła cię ocalić. I dzięki determinacji oraz zwykłemu szczęściu, masz szansę wyjść z okopu pokrwawiony, ale zwycięski.

środa, 3 października 2018

Krocząc mrocznymi ścieżkami.


Cultes Des Ghoules to jeden z tych zespołów, który nie ułatwia mi życia. Powszechnie znany i lubiany, cytowany na szkolnych akademiach, kochany przez młodszych i starszych, mnie nigdy do końca nie przekonał. Inaczej, momentami przekonuje mnie z siłą bomby atomowej, kiedy indziej nie trafia do mnie tak, jak skuteczność V-1. Działa to na zasadzie sinusoidy, bo debiut mnie z kapci nie wyrzucił, ale już jego następca, „Henbane”, jak najbardziej. W 2016 roku dostaliśmy za długi i za nudny, przesadnie teatralny „Coven, or Evil Ways Instead of Love”, który był dla mnie sporym zawodem a całkiem niedawno, zaskoczeni jak Francuzi w 1940, otrzymaliśmy „Sinister, or Treading the Darker Paths”. Nie jest to może bomba atomowa, ale na pewno płyta bardzo dobra, żeby nie powiedzieć wyśmienita. 

poniedziałek, 1 października 2018

Odkrycie wędrowca.


Czasami wszystko zaczyna się od okładki. Jedno spojrzenie i już wiesz, że musisz posłuchać zawartości. Bo przecież skoro opakowanie takie piękne, to zawartość musi też być na poziomie. Jasne, to nie zawsze się sprawdza, w przeszłości, gdy kupowało się wszystko co na okładce krzyczało szatanem czy wymalowaną gębą, trafiały się pudła, czasami bardzo srogie. Teraz jednak, gdy człowiek starszy, może sobie od czasu do czasu pozwolić na odrobinę szaleństwa i ryzyka – szczególnie, że wszystko można w kilka minut sprawdzić w Internecie. I tak pewnego dnia, przeglądając Instagram, u jednego z obserwowanych przeze mnie osobników, zauważyłem TĘ okładkę. Zaintrygowała mnie momentalnie, koniecznie musiałem tego posłuchać. No i wsiąkłem.

niedziela, 30 września 2018

Stara, dobra Grecja.


Dawno temu, gdy nie było Internetu, na targowiskach szalały pirackie kasety a płyty CD były mokrym snem każdego fana muzyki, na światowej scenie, w kategorii black metal, liczyły się trzy greckie zespoły. To one tworzyły w tamtym czasie tę osławioną grecką scenę, z jej charakterystycznym brzmieniem, klimatem i sposobem na black metal. Był wspaniały Rotting Christ, w moich oczach absolutny numer jeden, była Necromantia, ze swoim wolnym i rytualnym black metalem i był ten trzeci, mniej popularny, ale również kultowy Varathron. „Thy Mighty Contract”, „Crossing the Fiery Path” i „His Majesty at the Swamp”. Twórcy tego trzeciego właśnie powrócili i to z przytupem. 

piątek, 28 września 2018

Zatańczysz ze mną w piekle?


Koncerty. Sól, serce i płuca metalu. Dla każdego z nas bywanie na nich jest tak naturalne jak zjedzenie śniadania, nie ma chyba drugiej takiej oddanej gigom publiki jak ta metalowa. Sam też oczywiście zaliczam się do tego grona, jednak z racji podeszłego wieku, teraz już tylko stoję sobie kawałek od sceny, sączę piwko i rozmawiam z kolegami. Szaleństwo pozostawiam młodszym, choć niestety, szaleństwa na koncertach coraz mniej, przybywa za to telefonów i amatorskich filmowców. Nie wiem jak było 29 kwietnia 2017 roku w Wolfsburgu, gdy to miasto odwiedził Moloch Letalis, ale z tego co słyszę, mogło być gorąco.  

środa, 26 września 2018

"Cobra Speed Venom", czyli powrót króla na właściwe miejsce.


Nie wspominam swojego pierwszego kontaktu z The Crown pozytywnie. Miał on miejsce ponad dwa lata temu, gdy w czterech ścianach swojego pokoju za pośrednictwem serwisu Chomikuj. pl pobierałem album “Death Is Not Dead” opisany przez znajomego jako “konkretny łomot”. Niestety, ale żadnego łomotu, a już tym bardziej konkretów, tam nie było. Co najwyżej dosyć niskich lotów thrash/death metal. Wprawdzie jakiś czas później uzupełniłem swoją wiedzę o lekturę klasycznych nagrań zespołu z lat 90., ale w głowie wciąż miałem ten przestrzelony koszmarek, którego przy układaniu koncertowych setlist unikają sami muzycy The Crown.

poniedziałek, 24 września 2018

Album roku.


Nie wiem. Naprawdę nie wiem, co napisać. Ale coś trzeba sklecić, bo o wybitnych płytach należy pisać, krzyczeć, że istnieją, ogłaszać to Światu z dumą i zapałem, szczególnie gdy to album z naszego podwórka i pewnie nie doczeka się należytej uwagi, promocji (z całym szacunkiem dla Arachnophobii) i dystrybucji na skalę światową. A powinien, wręcz mu się to, cholera jasna należy, bo to jest płyta z kręgu tych naprawdę wielkich, która na lata powinna wejść do świadomości słuchaczy, fanów, fanatyków, sklepikarek, hydraulików, kierowców i lekarzy. Niestety, nadal nie wiem co napisać, bo co można napisać o płycie, która zawładnęła mną i od kilku tygodni jest panią mego życia? Co napisać, gdy człowiek siedzi i słucha w zachwycie i nie ma nawet ochoty na jedno słowo, ma być tylko rozkosz płynąca z samej muzyki? Do chrzanu, proszę państwa, do chrzanu całe to pisanie o muzyce w kontekście takich płyt.

piątek, 21 września 2018

Podziemie podziemia.


Coraz częściej siedzę ostatnio w piwnicy. Nie ma w tym nic złego, bo dni nadal bardzo ciepłe a w piwnicy przyjemny chłodzik. Jestem z tych (a także z Tychów), którzy za upałami nie przepadają, co za tym idzie w letnie czy wczesne jesienne dni najchętniej zakopałbym się pod ziemię, z obszernym zapasem zimnego piwka bądź chłodnej herbaty. W piwnicy można odetchnąć lekko zatęchłym, ale chłodnym powietrzem, poczuć orzeźwiającą woń trutki na szczury, wypić sąsiadowi kompot, najlepiej śliwkowy czy choćby dopilnować ziemniaków, które się wcześniej przesypało do starego kosza. Niestety, tym razem chyba zszedłem do piwnicy zbyt głębokiej, bo nawet ja mam swoje granice stęchlizny i chyba jednak wolałbym ten upalny letni dzień.  

środa, 19 września 2018

Prosto i konkretnie.


Przyszedł czas na drugą w historii bloga recenzję kasety. Przy okazji pierwszej nie wspomniałem, ile sentymentu przywołało we mnie wsadzenie kasety do kieszeni magnetofonu, czyli wykonanie czynności, która kiedyś była na porządku dziennym. Dla samej zabawy pozwoliłem sobie nawet na przewinięcie, no a pod ręką miałem oczywiście ołówek (jeśli nie wiecie po co, zapytajcie starszego brata). Wiele czasu upłynęło od okresu kasetowego i w tej chwili nie jestem największym fanem tego nośnika, jednak fajnie jest od czasu do czasu przywołać wspomnienia. Tym razem, zespołem który zafundował mi spacer ścieżką wspomnień jest Rot.

poniedziałek, 17 września 2018

W moją noc.


Są takie chwile w życiu człowieka, że po prostu musi. Nieważne co, po prostu musi. Mnie też ten moment dopadł i musiałem. Efekt tego musu właśnie czytacie i jest to coś, czego do tej pory nie robiłem (ale chyba zacznę częściej), mianowicie pierwszy tekst poświęcony jednemu utworowi. Pewnie znalazłbym ważniejsze dla mnie kawałki, którym mógłbym poświęcić nawet kilka stron tekstu, ale ten od dłuższego czasu jest stałym towarzyszem każdego dnia, co najmniej kilkukrotnie. Opętał mnie, sprawił, że zaczynam lubić język francuski, z którym do tej pory nie było mi po drodze. Jest jednak tak uroczy (wiem, brzmi podejrzanie), że naprawdę mam ochotę zapisać się na kurs.  

czwartek, 13 września 2018

Ostatni wielki.


Dawno, dawno temu, bo był to rok 1996, miałem siedemnaście lat, długie włosy, masę zapału i wiary w metal. W metal naturalny, szczery, niosący z sobą pewne wartości co także wyrażało się w muzyce – żadnych udziwnień, wymysłów i pierdół. Miało być mocno, brutalnie i najlepiej klasycznie. To był bardzo dobry rok dla gatunku, bo ukazały się choćby takie płyty jak „Triarchy of the Lost Lovers” (o niej tutaj) czy „Nemesis Divina” (tu), żeby wspomnieć tylko te dwie. Po trzech wspaniałych albumach, swój czwarty wydał szwajcarski Samael. „Passage” mocno nadszarpnął moja wiarę w szczery i bezkompromisowy metal i nie od razu do mnie trafił.  

poniedziałek, 10 września 2018

Krakowska piwnica.


Czasem dobrze jest zejść do piwnicy. Sprawdzić, czy ziemniaki już zakwitły, czy sąsiad spod piątki znowu podprowadził słoik ogórków, bo mu do gorzały smakują. Pooglądać pająki, ich misterne pajęczyny, natknąć się na szczura, poczuć orzeźwiający smród stęchlizny i łapać nozdrzami świdrującą wilgoć każdego zakamarka. Piwnice bywają różne, mniejsze i większe, czystsze i mniej czyste, wszystkie jednak mają ten sam, mroczny urok, aurę tajemnicy i nieznanego zła, które może czaić się w ciemności. Ja właśnie odwiedziłem jedną z krakowskich piwnic i jest to jedna z najbardziej zatęchłych nor, jakie dane mi było zobaczyć.  

czwartek, 6 września 2018

Rosyjski horror.


Rosja to wielki kraj. Pomimo tego, nigdy nie kojarzył się z wielka ilością zespołów metalowych. Taka Finlandia choćby, kasuje swego sąsiada w przedbiegach. Od jakiegoś czasu jednak, dzięki znajomości z Aleksem z Satanath Records, jest mi dane poznawać rosyjskie podziemie, co czasami owocuje wyłowieniem ciekawych projektów. Ten o którym dzisiaj przeczytacie, pochodzi z rejonów Murmańska, czyli terenów bliskich Finlandii, co pewnie przypadkiem nie jest, bo znajdziemy w tamtych stronach jeszcze kilka innych, ciekawych zespołów. Widocznie tak silna jest moc oddziaływania fińskiej potęgi.


poniedziałek, 3 września 2018

Pomarańczowy agent.


Błoto, deszcz, węże, robactwo, dżungla. Upał, duchota, potworna wilgotność, dżungla. Dżungla w ogniu. Napalm. Napalm o poranku, w południe i wieczorem. Bo wiadomo, napalm to zwycięstwo. To ten nie dający się pomylić z niczym innym zapach triumfu. Śmigłowce, zacinające się M-16 i terkot kałasznikowów. Tunele, podziemne szpitale, szczury i zasadzki. Vietcong wszędzie wokół, granaty i ryż. Wietnam. Wietnam toczony wojną bardzo bezwzględną, z obu stron oczywiście, bo Amerykanie nie przebierali w środkach. Z nieba na dżunglę i Wietnamczyków leciały nie tylko bomby i napalm. Był też „Agent Orange”. A jak Wietnam i Agent Orange to musi być Sodom.

piątek, 31 sierpnia 2018

Siła alegorii.


Kilka dni temu otrzymałem do odsłuchu i recenzji, nadchodzący album Symbolical. Jak wiecie, piszę tylko o rzeczach, które uważam za wartościowe i trochę się bałem, że ten materiał jednak nie zagości w przestrzeni bloga. Ponieważ jednak czytacie tę recenzję, to już wiecie, że doceniłem „Allegory of Death”. Skąd wynikała ta obawa? Otóż poprzedni longplej mazowieckiej formacji mnie nie zachwycił. Posłuchałem, odłożyłem i nie wracałem zbyt często. Zupełnie inaczej będzie z nadchodzącą płytą, która pokazuje, że warto poczekać na rozwój i nie skreślać po debiutanckim wydawnictwie.

środa, 29 sierpnia 2018

Gitarowa zima w Niemczech.


Jakiś czas temu, przy okazji którejś z recenzji, pisałem, że mam już po dziurki w nosie tego całego atmosferycznego black metalu. Mierzi mnie już słuchanie po raz kolejny nużącej muzyki z jednym riffem w utworze i samobójczymi krzykami jakiegoś zmęczonego życiem nastolatka, który właśnie walczy z trądzikiem i jest to dla niego powód do przyzwania pana ciemności. Na domiar złego takich zespołów, czy też jednoosobowych projektów, powstaje ostatnio bardzo dużo. Nie wiem skąd taki trend, na szczęście nikt nie każe mi ich wszystkich słuchać. Bo i tak bym nie słuchał. Czasami jednak pojawiają się twory godne uwagi, choćby przez kilka czy kilkanaście minut. Jednym z nich jest niemiecki Tyakrah.  

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

Oddanie.


Dziś nie przeczytacie o żadnym konkretnym albumie. Dziś nie będę zachwycał się żadną krajową, czy zagraniczną nowością. Dziś przeczytacie o zespole, który wielu z Was zapewne zna. Jeśli nawet nie całą ich twórczość, to sama nazwa nie powinna być dla Was zagadką. Nie powinna bo ten zespół to legenda. Nie są co prawda tak znani jak cała masa innych, nie sprzedają tysięcy płyt, nie robią własnej kawy i figurek wokalisty, unikają niepotrzebnego rozgłosu. Skupiają się na tym, co ważne. I dlatego są tak wartościowym zespołem. Dziś będzie o Sadistic Intent i o tym jaką drogą powinien był zawsze podążać ekstremalny metal. Pretekstem do napisania tego tekstu był koncert na Brutal Assault, ale tak naprawdę już dawno chciałem kilka rzeczy z siebie wyrzucić. 

czwartek, 23 sierpnia 2018

Sałatka grecka, wurst i schabowy.


Wchodzi Grek, Polak i Niemiec do baru… Tak mógłby zaczynać się dowcip, choć oczywiście Greka pewnie zastąpiłby Rosjanin. Jednak nie w tym przypadku, szczególnie, że nie jest to żaden dowcip. Grek jest więc bezpieczny, zresztą musi być, z oczywistych względów o których przeczytacie poniżej. Co ciekawe, mamy tu jednak Rosjanina, bo płytę o której dziś przeczytacie wydała rosyjska wytwórnia. Natomiast rzeczony Grek pewnie kilka razy wszedł z Niemcem i Polakiem do baru, bo w końcu grają w jednym zespole. Żeby było jeszcze ciekawiej panowie mieszkają na Wyspach, mamy więc iście międzynarodową grupę pod nazwą Demonic Obedience. 

wtorek, 21 sierpnia 2018

Szwajcarskie zło.


Trochę się bałem tego materiału. Może nawet trochę bardziej niż trochę. Kiedy bowiem Greg oznajmił mi, że jednym z jego twórców jest gość tworzący Dakhma, zapaliła mi się czerwona lampka i lekko pobladłem. Z tym ostatnim tworem nie mam bowiem najlepszych wspomnień, o czym możecie przeczytać tu. Podjąłem jednak wyzwanie i stwierdziłem, że trzeba się zmierzyć z tym czego nie znamy, poza tym w zespole o którym poniżej, jest jeszcze dwóch innych muzyków, więc może będzie łatwiej? W efekcie tej decyzji, któregoś dnia zjawiła się u mnie płyta szwajcarskiego Lykhaeon, sygnowana przez Godz Ov War Productions. I bardzo dobrze, bo to świetny materiał.  

niedziela, 19 sierpnia 2018

Zabawa na wysokościach.

Na południu Peru leży miasto Arequipa. Jest duże, drugie co do wielkości po stolicy Limie. Niby nic takiego, bo na Świecie jest wiele dużych miast. Ale bardzo niewiele z nich jest położonych na wysokości 2325 m n.p.m. Nie są to do końca normalne warunki bytowe, o czym nie raz przekonują się przyjeżdżające do Peru reprezentacje na mecz z drużyną miejscowych. Żyjąc w warunkach, gdzie o oddech ciężej, nie masz zamiaru sobie tego utrudniać. Nie grasz więc piwnicznego zaduchu, cmentarnego grobu czy gruzowiska z kamieniołomem. Skrzykujesz chłopaków i po prostu zaczynacie łoić fajny, prosty i wesoły death metal z domieszką rock’n’rolla.

niedziela, 29 lipca 2018

Pora żyć.


„Te moje głupie waleczne serce. Jakby miało dla kogo bić. Strzępki wspomnień zabieram ze sobą wciskając się w totalnie inny świat. Tęsknota to złudzenie, ulotny stan. Lecz czciciel głupim jest. Zawsze tęskni i pamięta.” 

 Brzmi jak fragment jakiegoś romantycznego, pościelowego hicioru z trzeciej ligi kanapowego grania? Może i tak, ale to tylko fragment wyrwany z kontekstu. Pochodzi z jednego z najlepszych numerów płyty „Pora Umierać” i jest jednym z wielu powodów, dla których wciąż zastanawiam się, czy ta płyta to tak na poważnie czy też jest to jeden wielki żart. Nie ma to jednak większego znaczenia, bo to po prostu świetny materiał.  

piątek, 20 lipca 2018

Śmierć w Nikozji.


Czwarty dzień pada. Lipiec w Polsce. Szlag człowieka trafia. Generalnie fanem upałów nie jestem, no ale lato, to do cholery jasnej, powinno być lato. A tu klops. Postanowiłem coś zmienić i udałem się do biura podróży, bo tak przecież dłużej się nie da. Pieron wie kiedy przestanie padać, bo prognozy jak zwykle są zawodne. Przeglądam foldery. Grecja? Nie, za bardzo oklepana. Włochy? Nie, za drogo. Na dnie stosiku leży zniszczony, pogięty, dawno nie oglądany folder. Cypr! Jasny gwint, czemu nie? Morze Śródziemne, jakaś plaża, trochę zwiedzania. Dobra, niech będzie, czarter do Nikozji i jazda byle dalej od deszczu i wakacji przesiedzianych pod dachem. 

środa, 18 lipca 2018

Kaszląc krwią.


Kiedyś dawno, przy okazji jednego z wielu ciekawych wydawnictw Godz Ov War Productions, pisałem o niebywałym talencie Grega do wynajdywania w dalekich zakątkach globu ciekawych zespołów, o których pewnie inaczej byśmy nad Wisłą nie usłyszeli. Niesie nam ten Greg kaganek oświecenia niestrudzenie nadal i nie poddając się wykopał kolejny enigmatyczny twór. Nie wiem jak on to robi, ale niech nie przestaje. Tym razem uraczył nas twórczością pochodzącego zza oceanu duetu GraveCoven.



poniedziałek, 16 lipca 2018

Kraina relaksu.


Czy potraficie wyobrazić sobie dzień bez wiatru, słońca, chmur na niebie? Dzień bez zapachu, dotyku, smaku czy choćby minutowej komunikacji z drugim człowiekiem? Ja nie potrafię. Wiem jednak, że takim dniem będzie ten, w którym okaże się, że w Finlandii nie ma już żadnych ciekawych zespołów do poznania. To będzie ten rodzaj uczucia. Pustka. Bo w tej chwili świadomość nieprzebranych zapasów metalowych tego kraju jest właśnie chmurą na niebie, promieniem słońca czy podmuchem wiatru. Codziennością. Normą.  

niedziela, 3 czerwca 2018

Quorthon.


3 czerwca 2004 roku, w swoim sztokholmskim mieszkaniu, zmarł Tomas Forsberg. Niektóre źródła podają, że znaleziono go siódmego dnia tego samego miesiąca, inne, że już trzeciego. Nawet sama data jego śmierci nie jest pewna w 100%. Ale taki właśnie był Quorthon, bo pod tym pseudonimem zna go cały metalowy świat. Niewiele było o nim wiadomo, w zasadzie więcej w tym wszystkim domysłów i plotek niż faktów. Tych ostatnich jest na pewno piętnaście. Czternaście w postaci płyt, które po sobie zostawił. Piętnasty jest prosty – Tomas Borje Forsberg to prawdziwa legenda.

wtorek, 29 maja 2018

Powrót legendy.


1993 rok. Norwegia eksploduje. Dosłownie i w przenośni. Muzycznie i poza sceną. Giną ludzie, płoną kościoły, ukazują się epokowe albumy. To był rok, który składał się na złotą erę norweskiego black metalu i black metalu w ogóle. Jedni szli do więzień, drudzy nagrywali dema, płyty, wszystko było w ciągłym ruchu, scena żyła. I gdy fiordy wypełnione były pentagramami, odwróconymi krzyżami i wymalowanymi twarzami, pojawił się Enslaved. Inny, choć wciąż wojowniczy, wciąż będący anty, ale nie krzyczący o szatanie. A w 1993 roku Enslaved wypuścił jeden z ważniejszych norweskich materiałów tamtego czasu – EP „Hordanes Land”. Właśnie wyszło bardzo udane wznowienie tego legendarnego wydawnictwa.

piątek, 25 maja 2018

Zmęczenie materiału.


Starość nie radość, powiadają. Młodość, nie wieczność. Nie do końca mogę to potwierdzić, bo jestem jeszcze młody (tak mi się przynajmniej wydaje), ale faktycznie coś w tym być musi, jeśli nawet muzyka potrafi to udowodnić. Nie twierdzę, że muzycy At The Gates to starzy ludzie, jednak sam zespół jak na standardy sceny, wiekowo jest zaawansowany. I jak wszyscy wiemy, dla tejże sceny bardzo zasłużony. Jedni tak długi staż znoszą lepiej, inni gorzej, są też tacy, którzy dali sobie spokój i w jakimś sensie wyszli na tym najlepiej. Szwedzi grają i niestety należą do tych, którym z wiekiem przybywa zmarszczek w dyskografii, nie powodów do uśmiechu. A szkoda, bo darzę ich ogromnym sentymentem.



środa, 23 maja 2018

Jednoosobowe umiłowanie nocy.


Jakiś czas temu dotarły do mnie dwie płyty jednoosobowego projektu Nyctophilia. I choć koperta opatrzona była znaczkami z Wysp Brytyjskich, twórcą tegoż black metalowego przedsięwzięcia jest nasz rodak. Takich jednoosobowych projektów mamy na scenie sporo i niektóre stały się już nudne jak flaki z olejem – co gorsza, właśnie te, które tak jak Nyctophilia określane są mianem atmospheric/depressive black metal. Pewnie więc nie pochyliłbym się nad tymi dwoma płytami, gdyby nie fakt, że ich twórca zaimponował mi robiąc samemu dosłownie wszystko. No, poza logiem, bo to stworzył Christophe Szpajdel.

piątek, 18 maja 2018

Trzeci celny cios, czyli stuprocentowa skuteczność.


Bydgoski Dagorath, to zespół, któremu bardzo mocno kibicuję, od samego początku ich działalności. Kiedy wydali debiutanckie demo (o nim tutaj), zrobiło ono na mnie bardzo duże wrażenie. Potem przyszła kolej na bardzo dobry długograj - "Glare Of The Morning Star", którym też się zachwyciłem (tutaj). Nadszedł maj 2018 roku i w moich rękach wylądował kolejny krążek Dagorath. I to wszystko w przeciągu trzech lat! „Evil Is The Spirit” to materiał, który ze zwykłego kibica zespołu uczynił wiernego szalikowca, chuligana i ultrasa w jednym.

piątek, 20 kwietnia 2018

Frankfurt, czyli Mainhattan.


Niemiecki thrash ma swoich bogów. Kreator, Sodom czy Destruction, to ci, którzy rozsławili teutońską scenę w największym stopniu i przez wiele lat wiedli prym nad Renem. Ale niemiecki thrash ma też bardzo solidną drugą ligę, która w każdym innym kraju byłaby zapewne ligą pierwszą. Takim solidnym przedstawicielem zaplecza ekstraklasy bez wątpienia zawsze był Tankard. Ci piewcy piwa z Frankfurtu grali od początku trochę inaczej, lżej, bardziej skocznie i imprezowo ale zawsze można było spodziewać się po nich dobrego kawałka muzyki. I tak jest do tej pory, czego nie można na przykład powiedzieć o Kreator czy Destruction.

środa, 18 kwietnia 2018

Idąc samotnie.


Pochodzący z Bergen Hades, to jeden z tych zespołów, które nigdy do ekstraklasy norweskiego bluźnierstwa nie wkroczyły, choć powinny, bo miały wszystko co może być ku temu potrzebne. I to nie tylko muzycznie, bo przecież jeden z członków odsiedział swoje w więzieniu za podpalenie kościoła, co w tamtym czasie raczej nobilitowało. Hades jednak pozostał na uboczu, konsekwentnie wskrzeszając ducha epickiego Bathory pośród fiordów. Ja poznałem ich za sprawą pierwszego albumu „...Again Shall Be”, gdzieś w okolicach 1995 roku. Wcześniej jednak wydali jedną z najlepszych demówek w historii gatunku i to na jej temat postanowiłem napisać kilka słów. 

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Ścieżka do trąb.


Kiedy w maju 2016 roku enigmatyczny duet Above Aurora zrodził swoje pierwsze dziecko w postaci pełnowymiarowego „Onwards Desolation”, zajęty byłem jeszcze pisaniem o moich metalowych początkach oraz zachwycałem się debiutem Ragehammer. Poznaniacy gdzieś mi uciekli w natłoku płyt i zajęć. Musiało minąć trochę czasu bym na spokojnie zasiadł do wspomnianego wyżej debiutu i w pełni go docenił. Bo przecież nie jest to muzyka porywająca i przebojowa. Urzekli mnie jednak swoją hipnotyczną grą i wciągającym jak bagno – powoli aczkolwiek stanowczo – klimatem. Podobnie rzecz się ma z „Path to ruin”, EP którego premiera przewidziana jest na szóstego kwietnia.

środa, 28 marca 2018

Odrodzenie w ogniu.

Gdy pod koniec 2016 roku światło dzienne, bądź też czerń nocy, ujrzał debiutancki album Misanthropic Rage, było jasne, że nie objawił się nam właśnie kolejny zespół, który prędzej czy później popadnie w przeciętność ewentualnie nagra jeden dobry album i to wszystko. Na „Gates No Longer Shut” słychać było ogromny potencjał jego twórców i to właśnie powodowało moje niecierpliwe oczekiwanie na następcę bardzo dobrze przyjętej jedynki. No i doczekaliśmy się, Misanthropic Rage zaserwował nam niedawno „Igne Natura Renovatur Integra”, który już samą okładką powala a zawartością aspiruje do miana płyty roku na krajowym podwórku.  

piątek, 23 marca 2018

W górę sztandary zwątpienia!

Są zespoły, które z płyty na płytę uwielbiamy coraz bardziej. Rozwijają się, choć uparcie trzymają się pewnych wypracowanych i założonych na początku drogi ram stylistycznych, pozostając szczerymi wobec siebie i fanów. Jednym z takich zespołów w moich oczach jest Voidhanger. Nie zalewa nas masą wydawnictw, ale kiedy już uderzy to celnie. Właśnie wypuścili swój trzeci album i jedyne co można zrobić, to dać sobie przylać. Można też krzyknąć „naprzód, donikąd!” i ruszyć z pięściami na cały świat. Bo to jest płyta, która mogłaby być ścieżką dźwiękową rewolucji. Gdybym prowadził ludzi na barykady, chciałbym by słuchali „Dark Days of the Soul”.  

środa, 21 marca 2018

Krew, słoneczniki i pancerne zagony.

Nigdy nie byłem wielkim fanem Marduk. Kiedy zaczynali swoją drogę muzyczną, kupiłem ze dwie kasety, ale jakoś nie trafiły na stałe do mego serca. Poznawałem kolejne dzieła, ale z nimi było podobnie. Wreszcie odpuściłem i pozwoliłem płynąć karierze Szwedów z daleka ode mnie. Po latach postanowiłem w przypływie jakiegoś sentymentu choć pobieżnie poznać wszystko to, co mnie ominęło. Stwierdzam, że wiele nie straciłem, poza dwoma wydawnictwami – pełniakiem „Rom 5:12” i EP „Iron Dawn”. I to właśnie o tym drugim wydawnictwie postanowiłem napisać kilka słów, bo jest to dzieło wybitne na gruncie black metalu. I to pod wieloma względami. Urzekło mnie i nie chce przestać zachwycać.

środa, 14 marca 2018

Killer, Moczulski i Grechuta.


Nie tak dawno temu, z okazji wydania dwóch demówek, pisałem o Stillborn. Dziś znowu jest okazja by poruszyć temat mieleckich bluźnierców, bo panowie wskoczyli na drugi biegun osi czasu i tym razem raczą nas całkowicie nowym materiałem. Nie jest to co prawda pełny album, tylko EP, ale nie zmienia to faktu, że „Crave for Killing” jest jak najbardziej godnym następcą bardzo dobrego „Testimonio de Bautismo”, od którego premiery minęły już przecież dwa lata! Szlag, ale ten czas szybko płynie. Choć w przypadku Stillborn lepszym stwierdzeniem byłoby, że zapierdala, bo przecież mielecka horda do najwolniejszych nie należy.

poniedziałek, 12 marca 2018

Konsekwencja.

Mam swojego faworyta jeśli chodzi o krajową scenę death metal i się z tym nie kryję. Nie raz o tym wspominałem i nadal trwam przy tej opinii bo nie ma najmniejszego powodu, by coś zmieniać. Jest wręcz powód, by tylko w tym zdaniu się jeszcze bardziej umocnić, ale o tym za chwilę. Ten mój faworyt to zespół, który nie nagrał słabej płyty, choć z drugiej strony nie wydał ich aż tak wielu. Jednak chodzi o jakość, prawda? To zespół, który konsekwentnie się rozwija, konsekwentnie trzymając się przy tym obranej ścieżki i wizerunku. Bo jak się okazuje da się tak postępować a przy tym grać świetną muzykę. Ten zespół to płocki Kingdom, który właśnie wydał czwarty album o pięknym tytule „Putrescent Remains of the Dead Ground”.  

czwartek, 8 marca 2018

Zimno i nowocześnie.

Pamiętacie zespół Kriegsmaschine? Bo o to, czy znacie, nie pytam, bo znacie. Pytanie czy pamiętacie jest jednak zasadne, bo ten, bardzo dobry skąd innąd zespół, dawno niczego nie wypuścił. W Krakowie ostatnio na szczęście black metal pustki nie znosi, więc lider wspomnianego Kriegsmaschine, Destroyer, postanowił powołać do życia nowy twór. Do współpracy zaprosił pana o pseudonimie A. i tak oto narodził się Untervoid. To co ostatnio opuszcza Kraków z szyldem „black metal”, jest najczęściej najwyższej jakości. Nie inaczej jest tym razem, co potwierdza fakt debiutu Untervoid w legendarnej Osmose Productions.  

poniedziałek, 5 marca 2018

Nad jeziorem Onega.

W dalekiej Karelii, będącej dzisiaj częścią Federacji Rosyjskiej, leży miasto Petrozavodsk. Nie jest ani ogromne, ani małe, za to bardzo zbite i przyklejone do brzegu jeziora Onega. To ogromny akwen, drugie co do wielkości jezioro w Europie. A dookoła same lasy… i jeszcze więcej jezior, bo generalnie rejon ten leży przy granicy z Finlandią a wszyscy wiemy, jak wygląda Finlandia. Musi być tam pięknie. Czy to długą zimą, czy krótkim latem. Wszystkie te okoliczności przyrody mają na pewno duży wpływ na muzykę jednoosobowego projektu IS, pochodzącego z Petrozavodska. We wrześniu zeszłego roku rodzima Wolfspell Records wydała drugi album IS o tytule „Into My Own”.



niedziela, 4 marca 2018

Bomba atomowa.

Mówią, że to wspaniały Świat, by żyć. Ale ja nigdy nie wierzyłem, że żyję we wspaniałym Świecie. Im bardziej przyglądam się ludziom, tym bardziej ich nienawidzę. Bo wiem, że nie ma dla nas wspólnego miejsca. Tak zaczyna się utwór „Warfare”, ostatni z trzech znajdujących się na EP „Blood Must Be Shed”, autorstwa Zyklon-B. Jestem pewien, że panowie, którzy wtedy, w 1995 roku, pisali te słowa mają w tej chwili inne poglądy, bo ich kariery potoczyły się bardzo owocnie. Nie zmienia to faktu, że udało im się nagrać jedną z najbardziej brutalnych płyt w historii black metalu. I co z tego, że trwa tylko dziesięć minut?

czwartek, 1 marca 2018

Sojusz zachodu ze wschodem.

Co łączy Zieloną Górę i Rzeszów? Na pierwszy rzut oka, chyba tylko to, że oba miasta leżą w Polsce i są miastami właśnie. Ale już spojrzenie w przeszłość i szybko orientujemy się, że kiedyś to były dwa różne światy, co zresztą widać do tej pory. Na szczęście jest coś ponad historią, gospodarką i architekturą, co miasta te łączy skutecznie. To oczywiście metal i to metal na wysokim poziomie. Na początku stycznia metal rzeszowski i zielonogórski połączony został jednym wydawnictwem, splitem „Laws of Perversion & Filth”. Rzeszów reprezentuje Excidium a Zieloną Górę Warfist. Oba zespoły obracają się w podobnej stylistyce, co tylko scala je jeszcze mocniej. Nad wszystkim czuwa papcio Greg i Godz Ov War Productions. 

wtorek, 27 lutego 2018

Początki bluźnierstwa.

Mieleckiego Stillborn nikomu przedstawiać nie trzeba. Jeśli jednak trzeba, proszę zmienić stronę, bo najwyraźniej, drogi czytelniku, zagubiłeś się w Internecie ;) Już niedługo ci ohydni bluźniercy wypuszczą całkiem nowy materiał (wierzcie, warto czekać do marca), zanim to jednak nastąpi możemy delektować się wydanymi niedawno dwoma pierwszymi demówkami. Oba wydawnictwa oferuje nam niezmordowana Godz Ov War a ten split prezentuje się bardzo, ale to bardzo interesująco. Z kilku względów, o których poniżej.