poniedziałek, 25 grudnia 2017

W obecności rogatego.

Idźcie i głoście wesołą nowinę, bo czas na to odpowiedni! Radujcie się, bowiem powrócił Śląsk i Pagan Records. Oczywiście, ten przemysłowy region metalem stał zawsze, ale ostatnio jakoś było ciszej o nowych ciekawych zespołach pochodzących z krainy węgla, piwa i krupnioków. Pagan Records natomiast, to zawsze była uznana i silna marka, ale w ostatnich latach to inne wytwórnie miały lepszego nosa do wynajdywania ciekawych, świeżych kapel i wszystkie perełki przechodziły Tomkowi obok nosa. Aż wreszcie pojawił się Devilpriest i ich debiutancki materiał.


  

„Devil Inspired Chants” to jeden z najlepszych tegorocznych debiutów na krajowym poletku bluźnierstwa. I pod względem tego, co w sobie posiada jak i pod względem tego, czego tu nie ma. Ale po kolei. Pierwsze wydawnictwo Gliwiczan to długograj, zawierający osiem utworów i trwający prawie trzydzieści pięć minut. Tytuł płyty dobrze oddaje jej zawartość, bo muzyka Ślązaków jest bluźniercza, obrazoburcza i jestem pewien, że w procesie komponowania rogaty brał udział. Od pierwszych sekund porywa nas death metalowy chaos kontrolowany, przyprawiony black metalowym sosem. Niszczące partie perkusji, potężne riffy, które raz tną na plasterki by za chwilę miażdżyć i mocny, wyrazisty wokal. Dużo w tym wszystkim połamanych rytmów, chaotycznych melodii i wielkiego muzycznego wiru, przywołującego na myśl klasyków gatunku. Nie raz nie dwa uśmiechałem się pod nosem analizując kompozycję tego czy tamtego utworu lub słysząc zakręcone riffy wzbogacone o kultowy dla mnie „wibrator”. Ta płyta zabiera nas często na ścieżkę wspomnień, ale Devilpriest nie ogranicza się tylko do czerpania od najlepszych. Sam od siebie daje bardzo dużo świeżości, dzisiejszej mocy brzmieniowej i energii. Brzmienie „Devil Inspired Chants” jest świetnie wyważone pomiędzy agresję i brutalność a techniczny chaos kontrolowany. Gliwiczanie poza tym, że wiedzą jak dać w ryj, umieją też trzymać swoje instrumenty. Słychać to szczególnie w partiach gitar, choć perkusiście też niczego odmówić nie można. Co jeszcze ważnego, to to, że słucham tego albumu już któryś raz i za każdym razem odnajduję coś nowego. Nawet jeśli to tylko drobny smaczek, ukryty gdzieś riff, przejście na perce czy fragment solówki, to jest tu tego tyle, że starczy na długie zimowe wieczory. Bardzo bogata to płyta tym co posiada, ale także tym, czego tu nie ma. A nie ma tu żadnego zbędnego momentu, nie ma tu dłużyzn, nie ma tu wyciągania i naciągania materiału na siłę. Nie ma tu także wielu rzeczy, które mogłyby się znaleźć, bo gatunek jest pojemny, ale to przecież dopiero debiut, wszystko przed Devilpriest. W zasadzie cała ta recenzja powinna wyglądać tak - „Posłuchajcie sobie piątego numeru „Awaken in the Presence of Satan”. I wszystko, bo to majstersztyk.” Oczywiście pozostałe numery nie odstają praktycznie na krok, tamten po prostu jest chyba najbardziej wyrazisty. Doskonały debiut, doskonałe trzydzieści pięć minut potężnej, przemyślanej ale i żywiołowej muzyki.

Ocena: 9/10

Devilpriest - „Devil Inspired Chants”. Pagan Records, 2017 rok, numer katalogowy MOON111.






"Devil Inspired Chants" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz