poniedziałek, 18 grudnia 2017

W ciemnym lesie, nad jeziorem.

I znowu jestem w fińskim lesie. Niedawno tu byłem i wędrowałem samotnie. Te wędrówki odbywałem często, bo pewni fińscy muzycy zapraszali na nie często. Tym razem nie mam ochoty wędrować. Chcę po prostu siedzieć i słuchać. Pośród tych wysokich i cichych lasów, zapomnianych jezior o czarnych taflach, siedzieć i słuchać. Rozkoszować się brakiem obecności intruzów, w tym idyllicznym środowisku. Za towarzyszy mieć jedynie muzykę i naturę. I nawet jeśli postanowię się przespacerować, będzie to szlak znany, choć momentami zaskakujący. 




„Routamaa”, nie zliczę który to już album Finów, ukazała się niedawno choć przecież jeszcze w tym roku mogliśmy poznać „Demonwoods”. Płodność tego zespołu jest jak deszcz meteorów albo wybuch wulkanicznej lawy. Co chwilę zalewa nas nowym materiałem i nie chce odpuścić. I za każdym razem jest to ten sam poziom ciosu. Choć „Routamaa” w mojej opinii jest najmocniejszym z dotychczasowych. Nie kryję mojej sympatii dla tego zespołu i każdego ich materiału wypatruję niecierpliwie. I jeszcze się nie zawiodłem. Tak było i tym razem. Jest to najbardziej zróżnicowany i najbardziej dojrzały album w dyskografii zespołu. Najbardziej klasycznie black metalowy i najbardziej klasyczny jako płyta. Sześć utworów, dodajmy, że mocno zróżnicowanych, rozbudowane aranżacje i ciekawe środki wyrazu. Startujemy w średnim tempie utworem, który mógłby być zwykłym kawałkiem black metalowym z lat dziewięćdziesiątych, ale nim nie jest, bo Finowie nadają mu swój zimny klimat. I choć pierwszy riff zdaje się być optymistyczny, potem wszystko się zmienia. Drugi numer to z kolei coś, co przywodzi na myśl starsze dokonania zespołu, czyli wolniej i bardziej monotonnie, ale nie w takim stopniu jak kiedyś. Trzeci kawałek znowu atakuje nas szybszym tempem, świetnym prostym i zimnym riffem, z najlepszych lat gatunku. I tak jest do końca materiału. Szybciej, wolniej, momentami posępnie, czasami optymistycznie, cały czas ciekawie i wciągająco. Słucha się tego wspaniale, bez momentu nudy, bez wrażenia, że to już gdzieś było, choć przecież było. Ciekawą pracę wykonują klawisze, użyte bardzo delikatnie i z wyczuciem, wprowadzając głębię i dystans. To co chyba najlepiej cechuje ten zespół, to jego zdolność do wytworzenia jedynego w swoim rodzaju klimatu. No cholera jasna aż się chce wskoczyć w samolot do Finlandii.

Zdecydowanie najlepszy album Finów. Tym razem trochę słabsza okładka, ale za to piękne zdjęcia we wkładce.

Mam prośbę do panów z zespołu a w szczególności do lidera – zrób sobie człowieku chwilę przerwy, odpocznij, wyjedź gdzieś. Daj się ludziom na spokojnie nacieszyć tym, co już stworzyłeś. Taaa, jasne, pewnie za cztery miesiące znowu się spotkamy.

I dobrze!

Ocena: 9/10

Kalmankantaja - „Routamaa”. Wolfspell Records, 2017 rok, numer katalogowy Spell 060. 






"Routamaa" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz