środa, 27 grudnia 2017

Coś się zaczyna, coś się kończy.

W styczniu 2017 roku miałem przyjemność pisać o debiutanckim materiale UR (tutaj do poczytania). Przyjemność, bo „Hail Death” to świetny debiut, który tylko rozbudził smak na kolejne dzieło Wielkopolan. Minął rok i dostaliśmy w prezencie pierwszy długogrający krążek tego nad wyraz ciekawego zespołu. Premiera miała miejsce dwudziestego drugiego grudnia i choć wielu już w tym okresie miało swoje roczne podsumowania zamknięte, ja jedno miejsce na swojej liście top trzymałem wolne, bo przecież w dziewięćdziesiątej minucie też można strzelić zwycięskiego gola (z drugiej strony mogłem wydłużyć listę). Właśnie dla „Black Vortex”. Wiedziałem co robię.  






Już na „Hail Death” zespół pokazał, że dysponuje ogromnym potencjałem. Był to materiał krótki, ale pomimo tego naładowany najróżniejszymi patentami i wpływami jak kościół alkoholem na pasterce. Ja już wtedy myślałem sobie – jeśli oni potrafią w tych kilkunastu minutach odstawić taki szał i miks to co dopiero jak dostaną więcej czasu? No i mam wreszcie odpowiedź. Panowie dali sobie tym razem prawie czterdzieści minut, które podzielili na dziewięć utworów. Ja wiem, że jak się zaczyna to najlepiej od początku, ale prawda jest taka, że nie mam pojęcia gdzie zacząć, bo tu jest wszystko. I to w każdym kawałku, nie ma więc znaczenia od którego zaczniecie przygodę z tym albumem. Każdy zaprezentuje Wam go bardzo dobrze. To taki album, który w każdej minucie swego trwania nie odpuszcza i atakuje nas wszystkim co ma. Oczywiście mogę napisać Wam, że jest tu i black metal i thrash, przede wszystkim heavy, że są tu czyste wokale, że są tu piękne melodie i niesamowite riffy. Że perkusja niszczy mnie swoimi ciosami i techniką, że solówki budują atmosferę retro, że jest tu masa przestrzeni, że muzyka rzuca nas przez wszystkie stany emocjonalne, że jak UR chce to potrafi przywalić jak wytrawny bokser a jak nie chce to zaprasza nas do zabawy jak wodzirej z wieloletnim doświadczeniem. Mogę Wam tu pisać o każdym kawałku po kolei i rozkładać go na czynniki pierwsze, tylko po co to wszystko?

Ja napiszę tak. Jest taki album, jeden z moich ulubionych albumów wszech czasów. Jego tytuł to „Triarchy Of The Lost Lovers” a nagrał go Rotting Christ. Kocham tę płytę. Kiedy słucham „Black Vortex”, moje skojarzenia są jednoznaczne. Na pewno pomaga w tym wokal, ale generalnie chodzi o budowę albumu, jego złożoność, mnogość zastosowanych aranżacji i kompozytorską robotę najwyższego poziomu. Klimat i atmosferę. Jest oczywiście cały hektar różnic pomiędzy tymi płytami, ale wcale nie działają one na niekorzyść „Black Vortex”. To naprawdę najbardziej rozbudowany i złożony album na krajowej scenie roku 2017.

Bardzo niecierpliwie wyczekiwałem tego materiału. Wiedziałem, że Gregor ma inne obowiązki, więc nie nastawiałem się na szybką premierę, poza tym, wolałem by dał sobie czas. Szczególnie ten kompozytorski, by zrobił wszystko tak jak czuje, tak jak chce. By wszystko dopracował. I cieszę się, że mu się udało. Jeśli co roku ma zamiar nas obdarzyć takim materiałem, to już nigdy nie powiem, że święta są do kitu. I na koniec - „Black Vortex” to także jedno z ostatnich wydawnictw Arachnophobia Records, wytwórni, która zamyka swe podwoje, a której zawdzięczamy sporo świetnych płyt. Jak się żegnać, to w najlepszym stylu i z klasą!

Ocena: 10/10

UR - „Black Vortex”. Arachnophobia Records, 2017 rok, numer katalogowy  ARA036.






Na Discogs jeszcze "Black Vortex" nie ma. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz