poniedziałek, 27 listopada 2017

Heavy metal z ludowym pazurem.

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami i pewnie za kilkoma rzekami, leży kraina, którą kiedyś zwano Nordkarpatenland a teraz znana jest pod nazwą Słowacja. Dawno temu, gdy górami tej krainy rządzili zbójnicy a dzieci nie bawiły się jeszcze kolejkami elektrycznymi, gdy do snu lud ten prosty kładł się po zmierzchu a wstawał z kurami, żyli tam nie tylko ludzie. Gęste lasy, ciche jeziora, rwące rzeki, bagna a nawet stare młyny, skrywały swoje tajemnice, niektóre bardzo niebezpieczne, inne mniej, ale wszystkie były codziennością, nawet dla małych dzieci. To nie był świat bajek i nawet stary Bartolin, choć już nie pije, może o tym zaświadczyć.  

Do tego świata zabiera nas na swym drugim krążku słowacki Malokarpatan. Jasno to obwieszcza informacją w książeczce wkładki i faktycznie – jest to podróż do ludowej przeszłości, do zabobonów, legend i mitów. Ale nie tylko. Bo jest to także powrót do starych mądrości ludowych, do czasów, gdy wszystko miało swe miejsce i przypadkowa wizyta na bagnach mogła skończyć się tragicznie. Do czasów gdy pośród gęstych borów wiedźma urzędowała w swej chatce a w starym młynie diabły grały w wista. Teraz jesteśmy mądrzejsi i wiemy, że to tylko legendy i opowieści starych babć nad dziecięcymi łóżkami, ale przecież nie brały się one znikąd. Miały jakąś genezę i jakąś mądrość oraz cel. To wszystko przedstawia nam Malokarpatan albumem „Norkarpatenland”.




Począwszy od wspaniałej okładki, na wyjaśnieniu całego konceptu skończywszy. Po drodze są oczywiście niesamowite teksty i świetna muzyka. Choć Temnohor wykrzykuje liryki w swym ojczystym języku, w książeczce znajdziemy tłumaczenia na angielski, co znacznie ułatwia sprawę. Swoją drogą szkoda, że muszę posiłkować się angielskim by zrozumieć inny słowiański język, no ale w szkole nie było możliwości wyboru języka naszych południowych sąsiadów. Tak czy inaczej, teksty są ogromną siłą tego albumu i dodają mu niesamowitego uroku. Choćby ta opowieść o starym Bartolinie! Wszystko to oczywiście zilustrowane jest muzyką, bo w końcu Malokarpatan to zespół muzyczny a nie kółko pisarzy. I tu także jest wyśmienicie, moim zdaniem dużo lepiej niż na debiucie. Pierwsze co zwraca uwagę to lepsze brzmienie, bardziej czytelne, ale nie na tyle by powiedzieć, że to jakieś wygładzone popowe gówno. Co to to nie. Słowacy serwują nam rasowy metalowy krążek, którego głównym wątkiem jest heavy metal. Zaskoczeni? Ja byłem, biorąc pod uwagę debiut. Oczywiście są tu także elementy choćby thrashu, czy death metalu, ale to naprawdę tylko przyprawy do dania głównego. Solówki czy niektóre melodie to w stu procentach stary dobry heavy. Thrash odpowiada tu głównie za motorykę, a co do death metalu – może kilka riffów można podciągnąć pod ten gatunek. No i wokale, które heavy metalowe nie są, bo pasują bardziej do debiutu i tego dużo cięższego grania. Okazuje się jednak, że dodają „Nordkarpatenland” pazura i mroku. Są przepełnione grozą i nadają wszystkim opowieściom zawartym na płycie wiarygodności. Jest to album chwytliwy, raczej przystępny ale przede wszystkim bardzo ciekawy o ile nie pominiecie warstwy lirycznej. A całości dopełniają bardzo fajne intra przed niektórymi utworami i gościnny występ Toma Necrococka w jednym z utworów oraz spora dawka dystansu i puszczone do słuchacza oko, co jest częste w produkcjach zza południowej granicy. I to chyba cenię u nich wszystkich najbardziej. Świetny album!

Dobra, zmierzch zapadł, spadam zagrać w wista z diabłami!

Ocena: 9/10

Malokarpatan - „Nordkarpatenland”. Invictus Productions/The Ajna Offensive, 2017 rok, numer katalogowy IP115/FLAME109.






"Nordkarpatenland" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz