czwartek, 30 listopada 2017

Kto patrzy wewnątrz, budzi się.

Nie ma co ukrywać, że Blaze Of Perdition to zespół doświadczony, z okazałym dorobkiem i cieszący się poważaniem i szacunkiem na scenie. Ja osobiście nigdy z nimi po drodze nie miałem, nie spędzaliśmy razem czasu, nie czekałem z wypiekami na każdy kolejny album czy inne wydawnictwo. Po prostu dla mnie zawsze był to zespół jakich wiele, nie wyróżniał się niczym. Najbardziej podobał mi się ich debiut, który przyznaję, narobił smaku na przyszłość. Niestety kolejny album mocno ostudził moje oczekiwania i wrzucił zespół do szufladki „można, ale nie trzeba”. Wszystko to spowodowało, że gdy usłyszałem o premierze „Conscious Darkness”, nie dostałem spazmów i drgawek, tylko spokojnie przyjąłem tę informację, jakby był to wynik meczu w drugiej lidze angielskiej, bez wpływu na pozycję lidera.

poniedziałek, 27 listopada 2017

Heavy metal z ludowym pazurem.

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami i pewnie za kilkoma rzekami, leży kraina, którą kiedyś zwano Nordkarpatenland a teraz znana jest pod nazwą Słowacja. Dawno temu, gdy górami tej krainy rządzili zbójnicy a dzieci nie bawiły się jeszcze kolejkami elektrycznymi, gdy do snu lud ten prosty kładł się po zmierzchu a wstawał z kurami, żyli tam nie tylko ludzie. Gęste lasy, ciche jeziora, rwące rzeki, bagna a nawet stare młyny, skrywały swoje tajemnice, niektóre bardzo niebezpieczne, inne mniej, ale wszystkie były codziennością, nawet dla małych dzieci. To nie był świat bajek i nawet stary Bartolin, choć już nie pije, może o tym zaświadczyć.  

czwartek, 23 listopada 2017

W starym stylu.

Wyciągam z szafy starą koszulkę Bathory. Mocno sprany kozioł wciąż jednak ma w sobie to złowieszcze spojrzenie. Nie wiem, czy się w nią zmieszczę, bo lata płyną nieubłaganie i brzucha przybyło. Z dna ostatniej szuflady wygrzebuję wytarte, skórzane spodnie, pamiętające lepsze czasy. Pewnie nie będę potrzebował paska (o ile cudem się w nie zmieszczę), ale i tak rozglądam się za skórzanym pasem nabijanym ćwiekami, który odziedziczyłem po starszym bracie. Jest! Jeszcze tylko ramoneska ozdobiona naszywkami legend, niezniszczalne glany i mogę zaczynać. Mam wszystko co potrzebne do spędzenia najbliższych dwudziestu pięciu minut. Podchodzę do wieży, wciskam play i odpalam najnowszą płytę Butchery.  

poniedziałek, 20 listopada 2017

Wehikuł czasu.

Lubię grzebać w sklepach z płytami. Kiedyś, w zamierzchłej przeszłości miało to większy urok, bo człowiek przebierał w krążkach stojących na półkach sklepowych, teraz ogranicza się to głównie do klikania myszką. A to już nie to samo uczucie. Pomimo tego, nawyk pozostał. Lubię też czasami dać się ponieść starym przyzwyczajeniom i kupić płytę tylko ze względu na okładkę. W latach dziewięćdziesiątych to była norma, bo nie było gdzie posłuchać materiału przed zakupem. Teraz można, co mocno ogranicza nietrafione zakupy, ale też nie ma już w sobie tego elementu odkrywania. Ostatnio jednak postanowiłem zaszaleć i buszując w sklepie Malignant Voices (gorąco polecam, to jeden z moich ulubionych) w oczy rzuciła mi się okładka z cyklu tych, które bardzo lubię.  

czwartek, 16 listopada 2017

Papierowa dziewica.

Kilkanaście dni temu w moich rękach wylądowała kolejna składanka Iron Maiden. Kolejna, bo przecież sporo ich już mają na koncie, te wszystkie „best of” tych lat, tamtych lat, stron B singli itp. Jak do tego dorzucimy koncertówki, które też przecież w jakimś sensie są składakami, to robi się z tego dyskografia większa niż niejednego zasłużonego zespołu. Nie ma się jednak co dziwić, Maideni wypuścili w Świat tyle albumów i tyle przebojów, że mają pełne prawo co jakiś czas uraczyć nas kompilacją. Tym razem jednak, jest to składanka polska i w dodatku nie popełniona przez zespoły. Ok, w szacownym gronie jej autorów znajdziemy muzyków, ale są oni przede wszystkim ludźmi pióra. Bo jest to moi mili kompilacja papierowa.  

poniedziałek, 13 listopada 2017

O wyższości sałatki greckiej nad francuskim winem.

Daleko mi do kulinarnego smakosza czy też znawcy. Dla mnie kuchnia mogłaby się kończyć na schabowym, mielonym i roladach śląskich oraz rosole i ogórkowej. Do tego jakiś kompocik, prosta klasyczna surówka i załatwione. Jest oczywiście kilka potraw z dalekich krajów, które lubię, ale gdybym nigdy ich nie spróbował, nic wielkiego by się nie stało. Dziś będzie o takich właśnie płytach – jednej lepszej, będącej miłym zaskoczeniem, drugiej gorszej, która okazała się być rozczarowaniem. Nic wielkiego by się w każdym razie nie stało, gdybym żadnej z nich nie usłyszał.

środa, 8 listopada 2017

Samobójstwo perfekcyjne.

Różne są metody samounicestwienia. Można to zrobić w domowym zaciszu, popijając kawką dawkę arszeniku lub położyć się w wannie i wziąć ze sobą nóż kuchenny, bynajmniej nie do chleba. Można zrobić to z hukiem, odstawić przedstawienie w oknie mieszkania na dziesiątym piętrze, poczekać na służby ratunkowe i gapiów a potem przez chwilę poczuć się jak ptak. Można też robić to długofalowo, zatracając się w narkotykach, alkoholu i tym podobnych przyjemnościach określanych mianem używek. Ja na przykład jem sporo schabowych a to podobno też niezdrowe. Można też kupić płytę. I oczywiście na własne życzenie jej posłuchać. Samobójstwo perfekcyjne.

poniedziałek, 6 listopada 2017

Jack Daniels Overdrive.

Będąc metalowym wariatem, skupiam się głównie na metalu właśnie. Mam jednak swoje odchyły i nie jestem ślepo zamknięty na death/black/thrash. Jest co najmniej kilka zespołów spoza stricte metalowego świata, które bardzo lubię a które również konkretnie przywalić potrafią. Z drugiej strony, może niektóre z nich są w dzisiejszych czasach określane mianem metalowych, ale ponieważ jestem konserwatystą, sam ich do tego grona nie zaliczam. Jednym z nich, tym najbardziej lubianym, jest śląski J.D. Overdrive. I choć za cholerę nie wiem jak fachowo nazwać to co grają, to po prostu świetnie się bawię przy ich muzyce. Od wielu lat.  

piątek, 3 listopada 2017

A imię jego czterdzieści i cztery.

Z pompowaniem balona jest tak, że jak za mocno napompujesz, może pęknąć. Może jednak okazać się na tyle mocny, że wytrzyma presję i ciśnienie. Od momentu w którym poznałem Spectral Voice (tu o tym ważnym wydarzeniu), czekałem na pełny album, bo choć to doświadczony zespół, długograja się jeszcze nie dorobił. Kiedy gruchnęła wiadomość, że jesienią się wreszcie ukaże, zacząłem pompować mój balon oczekiwań. W pewnym momencie byłem już od tego dmuchania czerwony i brakowało mi tchu, na szczęście wtedy wlaśnie w moich rękach wylądowała płyta „Eroded Corridors of Unbeing”. Balon nie pękł. Wytrzymał.