poniedziałek, 30 października 2017

Gruz krajowy kategorii A.

Dużo w tym roku sypie się gruzu na scenie death metalowej. Jest to gruz raz gęstszy, raz rzadszy, ale zawsze mocno bijący po nerkach i głowie. Niestety, w większości wypadków jest to gruz zagraniczny, a patrząc na stan naszego kraju, to gruzu powinniśmy mieć swojego od groma. Poza tym, ja jestem jak ten Dyzma i mi zawsze krajowy gruz smakował będzie lepiej, niż ten zza granicy. No dobra, może nie do końca o to chodzi, po prostu cieszę się, gdy ktoś z naszego podwórka potrafi dorównać poziomem do gruzu światowego, który w tej chwili prezentuje się nad wyraz okazale. Takiego właśnie wysypu nam trzeba. Kiedy słucham debiutanckiego materiału Rites Of Daath, wiem, że doczekałem się godnego gruzu eksportowego.  

czwartek, 26 października 2017

Powrót emisariuszy.

Dobrze widzieć, że moje rodzinne Tychy nie śpią. Powstały co prawda jako „miasto-sypialnia”, ale termin ten już dawno nie jest aktualny, poza tym, nie odnosił się raczej do muzyki. Kto zechce, ten sprawdzi i sobie poczyta. W każdym razie w tej sypialni powstało sporo ciekawych zespołów, kilka z nich jest wciąż aktywnych, o niektórych pamiętają już tylko nieliczni. Ostatnio nowy materiał wypuścił Odour of death (o nich tutaj), mamy także przebojowy Gallower no i piekielną hordę Devil’s Emissary. Pisałem już o nich wcześniej (tutaj), w jednym tekście skupiając się na dwóch pierwszych wydawnictwach. Wspomniałem także o nadchodzącym trzecim, które dane mi było w tamtym czasie poznać w wersji surowej. Teraz mam już w rękach CD i o nim poniżej słów kilka.

poniedziałek, 23 października 2017

Kult wiecznie żywy, czyli Heaven and Hell.

Dayal Patterson zrobił w ostatnich latach sporą karierę pisarską za sprawą swoich książek o black metalu. Urodził się już z tego swego rodzaju biznes, no ale taki przywilej autora, że może spijać śmietankę. I nawet pomimo tego, że jego pozycje wybitne nie są, to fakt osamotnienia w poruszanej materii, gwarantuje mu spore grono czytelników. Jednym z nich jestem ja, choć podchodzę bardzo ostrożnie, szczególnie po lekturze pierwszej wydanej w naszym kraju książki Pattersona - „Black Metal Ewolucja Kultu” (o niej tutaj). Niedawno jednak pojawiła się kolejna a ponieważ lubię czytać i lubię też trochę black metal, to postanowiłem się zaopatrzyć.  

środa, 18 października 2017

Australijski cios.

Australia jest daleko, to prawda. Ale tylko na mapie bo przecież to nie dziewiętnasty wiek i wielotygodniowa podróż żaglowcem. Mamy erę internetu i samolotów odrzutowych, więc teoretycznie blisko nam do Sydney czy Perth. Teoretycznie. Biorąc dodatkowo pod uwagę fakt, że świat muzyczny jest jeszcze bardziej zbliżony i skomasowany od tego rzeczywistego, australijska muzyka powinna być prawie na wyciągnięcie ręki. Prawie. Bo weźmy na przykład taki Denouncement Pyre i ich ostatni, wydany w 2016 roku, album. Dotarł do mnie stanowczo za późno, bo jakieś dwa miesiące temu. Gdyby pojawił się w roku swego wydania, bez wątpienia byłby na podium zeszłorocznego podsumowania.  

poniedziałek, 16 października 2017

Historia Samona.

Po raz drugi w tym roku jest mi dane pisać o nowym materiale Saltus. Pierwszy raz miał miejsce w maju, gdy Bithorn podesłał mi EPkę „Opowieści z przeszłości” (o niej tutaj). Teraz jest październik a ja mam w rękach pełnowymiarowe wydawnictwo zatytułowane „Jam jest Samon!”. Co się zmieniło? Szczerze mówiąc niewiele i prawda jest taka, że w trzech czwartych mógłbym tu wkleić to samo, co pisałem w maju. Oba te materiały traktuję jako jeden rozdział w historii zespołu i to nie tylko dlatego, że dzieli je kilka miesięcy.

czwartek, 12 października 2017

Pogrzeb.

„Gdzie ja jestem? Czemu jest tu tak ciemno i duszno? Nie mogę się ruszyć. Coś mnie blokuje, oplata, jakieś ściany. I cisza. Nie mogę nawet podnieść głowy. Mogę tylko leżeć na wznak. Nic nie słyszę, nic nie widzę. Czuję tylko zapach drewna. Świeżego. Jest wszędzie wokoło. Wdziera się do nozdrzy i wypełnia cały organizm. Ciemno, duszno. Zaczyna mi brakować powietrza. Ludzie, ratunku! Pomocy! Kopię i wierzgam nogami, ale nic. Cisza. Wstrzymuję oddech, ale ile tak wytrzymam? Nagle coś uderza w deski nade mną. Lekki stukot, jakby ktoś turlał kamienie. Po chwili głośniej, regularnie spadają nad moją głową jakieś lawiny. Co chwilę rozlega się łomot, jakby ktoś demolował gruzowisko. Z czasem cichnie, oddala się, już go nie słyszę. Nie wiem ile to trwało, ale niedługo. Nie mam już siły walczyć, powietrze się skończyło. Czas odejść. Tu już nie wydarzy się żaden cud.  

poniedziałek, 9 października 2017

Znajomy smród powrócił.

Za oknem wiało, padał deszcz i jak na wrzesień pogoda była bardzo ponura. Ciemne chmury nie dopuszczały Słońca a chłód wdzierał się każdą szparą. Dzień wcześniej listonosz przyniósł przesyłkę zawierającą nowy album Odour of Death. Mając w pamięci ich pesymistyczny i depresyjny debiut, pomyślałem, iż to perfekcyjny dzień by odpalić „In Search of Eternal Darkness”. Nastawiłem się na jeszcze bardziej spotęgowaną dawkę smutku i beznadziei, zasiadłem z widokiem za okno, tak by wszystko się zgadzało i bym był pewien, że jeśli pojawi się jakiś promień Słońca, w porę zasunę zasłony. Start.  

czwartek, 5 października 2017

Album do kotleta.

Satyricon. Bez wątpienia legenda i zespół bardzo zasłużony dla black metalowej sceny. To przecież ich „Nemesis Divina” uważana jest za płytę, która wyniosła black na kolejny poziom. To właśnie na tym albumie znajduje się największy hymn północy - „Mother North” (o nim tutaj). Ale zarazem – kierunek obrany po trzecim albumie i to co generalnie stało się z black metalem po przełomowym „Nemesis...” to też Satyricon, w tym też swój udział mieli. Niechlubny, niestety. Kolejne płyty są dla mnie kompletnie nie do zaakceptowania. Stali się dla mnie jednym z tych norweskich zespołów, które z lasu poszły w wielkie miasta a nawet gmachy oper, porzucając pierwotne ideały. Dla jednych to pewnie jakieś wizjonerstwo, dla mnie zwykła zdrada. W pewnych rzeczach jestem bardzo konserwatywny.  

poniedziałek, 2 października 2017

Skumring.

I

Lato chyliło się ku końcowi. Chłodne wiatry od północy coraz częściej wdzierały się do niewielkiej chaty, zagubionej pośród lasów i wzgórz. Słońce, które jeszcze niedawno tak cieszyło Kjetila, już tylko z rzadka dawało poczucie prawdziwego ciepła. Z jednej strony cieszył się na nadchodzącą jesień, bo wreszcie wróci ojciec, z drugiej strony żal mu było letnich eskapad, trwających nie raz i cały dzień. Właśnie, ojciec. Nie było go już od pierwszych wiosennych roztopów, gdy to wraz z towarzyszami wyruszyli na jedną z wielu swoich wypraw. Kjetil bardzo chciał płynąć z ojcem, wszak liczył sobie już czternaście wiosen i był młodzieńcem jak na swój wiek postawnym i wyrośniętym, jednak doświadczony Kjell odmówił. To miała być wyprawa inna niż wszystkie, gdzieś bardzo daleko i ojciec bał się o syna. Obiecał jednak, że na następną na pewno popłyną razem. I to Kjetila niesamowicie podniecało. Może więc dobrze, że idzie jesień, bo po niej zima i już zaraz będzie można wypływać.