czwartek, 21 września 2017

Refleksyjny trans śmierci.

„Wszystko przemija. Przeminę i ja, bo przecież tego chcę. Dryfuję zanurzony w spokoju ciała i ducha, nic mnie nie wzburzy. Mijam obrazy z własnej przeszłości, świdrują mój mózg, przeszywają mnie, rzucają się do oczu, chcą dopaść, ale nie mnie nie dotkną. Nawet nie musną, bo pozbawiony jakiegokolwiek strachu jestem już ponad nie. Spokojnie płynę ku innym bytom. Jak w transie, lecę, choć przecież nie potrafię. Unoszę się nad swym dotychczasowym życiem, nad marnością, nad przeszłością. To już za mną. Teraz czekają na mnie inne światy...”




Kiedy w death metalu pojawia się tak bardzo refleksyjna płyta jak „Trance Of Death”, czas załączyć alarm. Jasne, ja nie twierdzę, że death metal nie potrafi być refleksyjny, ale ostatni album Venenum został właśnie moim liderem w tym temacie. Płyta miała swą premierę w marcu a ja z powodu natłoku innych albumów lekkomyślnie ją zignorowałem. Jakim byłem głupcem! Teraz gdy jej słucham, bardzo żałuję, że straciłem te kilka miesięcy, bo w jej przypadku liczy się czas. Trzeba go dać sporo, ale gdy już to zrobimy „Trance Of Death” oddaje nam to poświęcenie z nawiązką. Co za album! Wszystko zaczyna się świetnym intrem, wprowadzającym nas w refleksyjny nastrój. Potem jest oczywiście death metal bardzo wysokich lotów ale to co go określa najbardziej to klimat i skłonność do zadumy. Nie pomyślcie, że to jakieś wolne smęcenie. Nie. Venenum daje ognia, kopie po tyłkach ale zarazem mówi – odbierz ten album nie tylko słuchem. Przeczytaj teksty, zamyśl się, wejdź w tę muzykę. I robi wszystko by nam pomóc, bo muzycznie to niesamowicie zróżnicowany materiał. Akustyczne wstawki, solówki rodem z heavy metalu, klimatyczne zwolnienia. Ale nic tu nie jest na siłę. Wszystko brzmi naturalnie. No i wreszcie, gdy już myślimy, że nic lepszego nas już nie spotka, docieramy do tytułowego opus magnum. Utwór ten podzielony jest na trzy części (w zapisie CD istnieją jako osobne utwory) i razem do kupy trwa ponad dwadzieścia sześć minut. I jest WSPANIAŁY. Nie wiem czy nie lepiej byłoby wydać go jako EPkę by podkreślić jego moc. Nieważne, jest jak jest. A jest tak czy siak mistrzowsko. Pierwsza i trzecia część to utwory z tekstem, druga jest instrumentalna. I to jak instrumentalna! Kompletnie nie death metalowa, kompletnie nie metalowa! Wystarczy jednak przeczytać teksty dwóch pozostałych i wszystko staje się jasne. Komponuje się idealnie. Te zamykające album dwadzieścia sześć minut (czyli połowa płyty) to dzieło skończone i zamknięte. Pełne. Całkowicie samowystarczalne. Wspaniałe. Tak muzycznie jak i tekstowo. Klimatem. Uczuciami. Odczuciami. Jedna wspaniała całość. Szczyt refleksji w death metalu. Genialny utwór.

Kojarzy mi się to trochę z wygibasami Ensnared na ich ostatnim longpleju a jeśli kojarzy mi się właśnie z nimi, to znaczy, że musi być wspaniałe. Venenum robi to wszystko w skali mniejszej, ale za to bardzo intensywnie i z wielkim charakterem.

Venenum znaczy trucizna. Poproszę więcej, dużo więcej, bo po tej dawce co prawda leżę ze szczęką na ziemi, ale dobrowolnie chcę kolejnej dawki.

Ocena: 10/10

Venenum - „Trance Of Death”. Sepulchral Voice Records, 2017 rok, numer katalogowy SVRCD023.  






"Trance Of Death" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz