czwartek, 7 września 2017

Manchester jeszcze postoi.

Mam problem z Manchesterem. Duży problem. Właściwie, to ogromny. Mówiąc w skrócie nie znoszę Manchesteru i wszystkiego co się z nim wiąże. A jeśli weźmiemy pod uwagę futbol, to sprawy naprawdę idą na noże. United to dla mnie jeden z dwóch najbardziej znienawidzonych klubów, City plasuje się niewiele wyżej. Generalnie to miasto mogłoby nie istnieć, kompletnie bym się tym nie przejął. Z jednym zastrzeżeniem – zanim zrzuciłbym na ten zaścianek atomówkę, poprosiłbym muzyków Wode o jak najszybszą ewakuację. Należy im się, bo właśnie wydali świetny black metalowy album i mam nadzieję, że nagrają takich więcej. 




Już kilkakrotnie podkreślałem, że ten rok to dla moich uszu dominacja death metalu. Co pewien jednak czas dociera jakaś perełka black metalowa i jedną z nich jest najnowszy krążek angielskiego Wode - „Servants of the Countercosmos”. To jest black metal jakiego chcę słuchać. Potężny, agresywny ale i poniekąd mistyczny, klarowny w swej wymowie jednak z lekko zabrudzonym brzmieniem. I słychać tu bas! To tylko nieco ponad trzydzieści minut muzyki, ale krążek naładowany jest emocjami i atrakcjami jak gotowy do wystrzału pancernik Yamato. On co prawda za wiele sobie nie postrzelał, ale był potworem mogącym zmiażdżyć każdego. Taki jest ten album. Wode może i gra black metal, ale mocą i agresją oraz niebanalnymi riffami jest w stanie konkurować z wieloma tegorocznymi albumami death metalowymi. Tu się dzieje tak dużo i tak szybko, że po kilkukrotnym przesłuchaniu nadal mam mętlik w głowie. Trudno się nawet zorientować, który numer właśnie chłoszcze nam uszy, bo wszystko jest tu tak skondensowane. Nieszablonowe riffy, ciekawe aranżacje, zmiany tempa i zróżnicowane wokale. To wszystko wyróżnia ten album. I nie jest to wcale żaden przekombinowany post coś tam ble ble. To rasowy, świetny, ognisty black metal, zagrany z zaangażowaniem i pasją. Cieszy mnie fakt, że można pogodzić trochę lepszą produkcję z naprawdę black metalowym klimatem nie tracąc na autentyczności. Nie zawsze trzeba siedzieć w piwnicy (choć bardzo lubię i takie materiały) by nagrać rasową black metalową jazdę. Nie znajdziemy tu jakichś przebojowych numerów, które nadają się do nucenia pod prysznicem, ale całość prezentuje za to bardzo wyrównany poziom, który jest zarazem bardzo wysoki. Nie ma tu momentów nudy, nie ma czasu na dłubanie w nosie w oczekiwaniu na kolejny numer. One przelatują nie wiadomo kiedy i ręka sama chwyta pilota by odpalić jeszcze raz. Świetny album.

Pierwszy album Anglików nie wywarł na mnie wielkiego wrażenia. Drugi wysadził mnie w powietrze. Co będzie na trzecim? Nie wiem, ale dam im szansę i na razie tej atomówki na Manchester zrzucał nie będę.

Ocena: 9/10

Wode - „Servants of the Countercosmos”. Avantgarde Music, 2017 rok, numer katalogowy AV316CD.






"Servants of the Countercosmos" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz