czwartek, 17 sierpnia 2017

Prastare, prymitywne zło.

Prastare, pierwotne, prymitywne zło. Zagnieżdżone głęboko pośród gęstych lasów, zaszyte w mroku, schowane wśród setek lat samotności. Na odludziu, gdzie nic nie dociera. W zapomnianej przez Boga i Świat krainie, z podupadającymi chatami, starą cerkwią trzeszczącą na wietrze. Prastare zło, zagnieżdżone w ścianach i w sercach. W duszach tych, o których wszyscy zapomnieli. W ich ruchach, spojrzeniach i słowach. W życiu codziennym i w snach. Ono jest tam wszędzie, bo wszystko co dobre już dawno stamtąd uciekło do lepszego życia. A tu, od setek lat nie zmienia się nic. Nikt już nie pamięta nazwy tej krainy, nikt nie wie jaka kiedyś farba pokrywała ściany cerkwi ani jak daleko do najbliższej miejscowości. Ale to nie jakieś tajemnicze siły są tym złem, to nie szatan czy diabeł. To ci, którzy tam mieszkają, to człowiek i jego spaczony umysł. Jego czyn i wola. To on przyniósł to zło ze sobą, porąbał, podpalił i osiadł. Zagnieździł się, jak stado robaków, i pasożytuje. Z siekierą w ręku i krwistym wzrokiem. Wyczekując kolejnych ofiar.

Takie obrazy mam przed oczami słuchając obu wydawnictw białoruskiego Ljosazabojstwa. Takie wzbudzają one we mnie odczucia. Cholernie mocne, bardzo naturalne i wręcz namacalne. Czuję się tak, jakbym tam był, jakbym na własne oczy był świadkiem tej zbrodni, jakby ta siekiera była momentami w moich rękach. To jak Białorusini tworzą klimat, powinno być wzorem dla wszystkich. Przy zastosowaniu dość ubogich środków wyrazu, bo poza klasycznym instrumentarium nie ma tu żadnych wodotrysków, potrafią oblepić nas prawdziwą grozą. I nie ma w tym żadnej przesady. Dawno nie odczułem tak naturalnego dotyku mroku słuchając muzyki. Dawno żaden album nie miał w sobie tak prymitywnego, atawistycznego zła. Grozy. Napięcia. Momentami , obie płyty Ljosazabojstwa są jak film, lub nawet lepsze. W tej chwili nie widzę nikogo, kto potrafiłby osiągnąć taki efekt. Wielkie brawa i słowa uznania. 




Białorusinów poznałem dopiero w tym roku, przy okazji premiery ich EPki. Oba materiały zostały wydane w rodzimej Hellthrasher Productions, więc przy okazji zamawiania „Sychodzańnie” pokusiłem się też o zakup „Starażytnaje Licha”. I był to bardzo dobry ruch, bo oba wydawnictwa są wyśmienite. Panowie grają utrzymany w średnich tempach death/black metal, z naciskiem na to pierwsze słowo. Wszystko wsparte jest niesamowitymi wokalami w języku białoruskim (sama barwa głosu i język dają potężny efekt, bardzo mocno wzmacniając klimat), organowymi wstawkami i klawiszami. Największe jednak wrażenie robi brzmienie tych materiałów. Z pozoru dość dobrze wykręcone ale jednak kojarzące się z totalnym prymitywizmem, siermiężnością i grobem. I jest to ogromna zaleta Białorusinów, że taki efekt udało im się osiągnąć. Jedyna różnica pomiędzy pierwszym wydawnictwem a drugim jest taka, że zespół się rozwinął – stosuje trochę więcej środków wyrazu wzbogacając tym samym klimat. Poza tym styl i kierunek obrany na „Starażytnaje Licha” pozostaje taki sam. Aż strach (dosłownie!) pomyśleć co będzie na kolejnym wydawnictwie.


"Starażytnaje Licha", materiał z 2015 roku

Wspaniałe połączenie klimatu z mocą. Nie trzeba wcale zakładać liturgicznych szat i na scenie robić teatru (nagrywając przy okazji nudną jak flaki z olejem muzykę) by porwać słuchacza. Muzyka potrafi bronić się sama i w tym wypadku robi to w stu procentach. No tak, w przypadku tamtego zespołu nie broni się, więc przepraszam – trzeba robić szopki i teatr i jak najszybciej wydawać tysiąc wersji swej żenującej płyty. Ale dość o tym czymś, bo Ljosazabojstwa niszczą ich jednym swym riffem. Perfekcyjne opanowanie prymitywizmu. To też trzeba umieć.

Ocena: 10/10

Ljosazabojstwa - „Sychodzańnie”. Hellthrasher Productions, 2017 rok, numer katalogowy LIX.




  

Ljosazabojstwa na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz