poniedziałek, 31 lipca 2017

Ensnared, czyli odkrycie roku (część druga).

Gdy tylko w odtwarzaczu przestał się kręcić „Ravenous Damnation's Dawn” (o niej tutaj), wrzuciłem do środka „Dysangelium”. To, co stało się kilkanaście minut później, najlepiej określić jako mocny cios w sam środek całego mojego odbierania muzyki – czy jest to serce, czy głowa, czy jakiekolwiek duchowe wnętrze. Wszystkie te miejsca zostały sponiewierane zachwytem i zgniecione uwielbieniem. Wiedziałem już, po odsłuchu EPki, że ten zespół to coś dużego i niebanalnego, ale dopiero po spotkaniu z długograjem w pełni uświadomiłem sobie ich wielkość. Byłem już całkowicie pewien, że jest to dla mnie odkrycie roku, a sam „Dysangelium” to murowany kandydat do albumu roku. Nawet w kategorii metalu progresywnego, choć to oczywiście album death metalowy.  





Pisałem już, że oba wydawnictwa dzielą spore różnice stylistyczne. To było dla mnie pierwszym zaskoczeniem podczas premierowego odsłuchu „Dysangelium”. Jest to album dużo bardziej death metalowy. Nie, on po prostu jest death metalowy na wskroś. Ensnared wyrzucili pierwiastki black metalowe, nie ma tu już żadnych skojarzeń z Dissection. Wszystkie te elementy zostały zastąpione rasowym death metalowym ciężarem, choć podanym nie do końca w szwedzkiej formie, do jakiej się przyzwyczailiśmy. Prawda jest taka, że gdybym nie wiedział, że to Szwedzi, nigdy bym nie stwierdził, że album pochodzi właśnie z tego kraju. To oczywiście żaden przytyk, wręcz odwrotnie – działa to jak najbardziej na plus „Dysangelium”. Zresztą, kompozycje zaproponowane przez panów z Ensnared dziwnie brzmiałyby w typowym szwedzkim sosie. On najlepiej czuje się wypełniony kompozycjami raczej prostymi a tutaj takich nie ma. Dawno nie słyszałem tak złożonej metalowej produkcji, tak zróżnicowanej i tak rozbudowanej. Death metal, pełen chaosu i mocy, miesza się tu z progresywnymi wręcz fragmentami, których początki mogliśmy już znaleźć na „Ravenous Damnation's Dawn”. Na „Dysangelium” zostały rozbudowane, nadano im dużo ważniejsze znaczenie i są centralnym elementem budowania klimatu tego albumu. Choć okładka płyty informuje nas o sześciu utworach, w rzeczywistości jest ich jedenaście. Pięć „ukrytych” to właśnie te progresywne dzieła sztuki, pełniące rolę łączników ale także zakończeń i początków kolejnych utworów. Wszystkie zatytułowane są po prostu „Interlude”. Są wspaniale wkomponowane w poszczególne etapy albumu i w zależności od potrzeb, są bardziej lub mniej wyraziste. Wystarczy wspomnieć choćby o pierwszym z nich, który wspaniale wycisza otwierający płytę „Crushing Those Meek of Heart” oraz rozkręca następujący po nim „Gale of Maskim”. Sześć utworów wymienionych we wkładce, czyli tych „oficjalnych” to także majstersztyk kompozycyjny. Są w końcu „mięsem” tego albumu, jego ciałem i daniem głównym. Szwedzi oferują nam death metal chaotyczny, ale jak najbardziej kontrolowany. Dużo zmian tempa, połamane rytmy oraz zawiłe riffy dopełnione szalonymi solówkami (czasami kompletnie nie z obszarów death metalowych) i ogromną dawką pierwotnej mocy w brzmieniu. Surowość, ale surowość zamierzona i nie powodująca utraty potęgi. Wszystko to razem daje nam wyborne danie muzyczne zabierające słuchacza w bardzo różne stany uczuć. Momenty zadumy i odpoczynku (jak choćby Interlude 2) mieszają się z bardzo agresywnymi i pełnymi siły utworami atakującymi z zaskoczenia i momentalnie stawiającymi nas do pionu. Wspaniała mieszanka.

„Dysangelium” to dla mnie w tej chwili album roku. I ciężko będzie komukolwiek to zmienić, choć wiem, że przed nami ciekawe premiery. To jednak jest dzieło wspaniałe, wyśmienite i wielkie. No i ta okładka!

Ocena: 10/10

Ensnared - „Dysangelium”. Dark Descent Records/Invictus Productions, 2017 rok. Numer katalogowy DDR187CD/IP110.






"Dysangelium" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz