środa, 14 czerwca 2017

Walą się mury Konstantynopola.

Skandynawia to taki piękny region, w którym metalowe zespoły rosną jak grzyby po deszczu i są wiodącymi markami w swoich gatunkach. Szwecja – królestwo death metalu, choć oczywiście nie tylko. Norwegia – tradycyjna twierdza Black metalu, może i nieco podupadła, ale zasługi ma wielkie. Nawet Finlandia, która co prawda do Skandynawii się nie zalicza (wspominam o niej ze względu na położenie), to metalowa potęga. Na południu Niemcy, od zawsze mocny metalowo kraj, tak na polu zespołów jak i bazy fanów. Pomiędzy wspomnianymi obszarami leży jeszcze jedno państwo. I to państwo skandynawskie. Dania. Mała plamka, połączona z Niemcami granicą lądową a ze Szwecją mostem. Do Norwegii też blisko, można przepłynąć kajakiem. Nie będę już nawet wspominał o kulturowych więzach i historycznych łącznikach, które w jakimś stopniu oddaje ten wspaniały most nad Sundem (polecam, byłem). A jednak najbardziej znanym na Świecie zespołem duńskim jest Gang Olsena.

Dobra, wiem, trochę się zagalopowałem bo przecież mamy Mercyful Fate, Kinga Diamonda i kilka innych, jednak poza wspomnianymi pierwszymi dwoma Dania nie dorobiła się wielkich metalowych nazw. Aż do roku 2017. Aż do momentu ukazania się debiutu Phrenelith, death metalowej załogi z Kopenhagi. Wiem, jedna płyta to mało by kogoś wynosić na trony i wrzucać do światowej czołówki, ale jeśli panowie utrzymają poziom to prędzej czy później wszyscy ich w tej czołówce będą widzieli. Bo debiut wydali wspaniały.
To kolejna płyta, która utwierdza mnie w przekonaniu, że dla mnie to rok death metalu. Nie sądziłem, że spotkają mnie takie ciosy jak choćby Immolation, Cruciamentum (ja odkryłem ich w tym roku), Spectral Voice czy właśnie Phrenelith. Death metal zdecydowanie złapał drugi oddech i czuje się świetnie. Niszczy niespotykanym do tej pory gęstym klimatem, oblepiającym wszystko mrokiem i smolistą, duszną aranżacją. Duńczycy nie odstępują od tych środków wyrazu, czują się w nich swobodnie, od siebie dodając niesamowity gitarowy atak. Ta płyta to hołd dla tego instrumentu. On tu rządzi i rozdaje karty. Riffy miażdżą i powalają na kolana, oszczędne melodie świdrują wnętrzności jak ostrza. Znajomy stwierdził, że brzmi to jakby waliły się mury Konstantynopola. I coś w tym jest. Gruz zmieszany z hukiem upadających budowli. Niesamowita potęga. I ekspresja. Tu każda sekunda tchnie niesamowitą mocą, życiem, energią i agresją. Z jednym wyjątkiem – genialny utwór tytułowy to instrumentalne dzieło wprowadzające chwilę spokoju. Ale tylko chwilę i wcale nie dużego uspokojenia. A ten klimat! I potem znowu atak i znowu wszystko się wali i upada. Nic dziwnego, pod takimi ciosami upadłoby każde imperium. A Phrenelith idzie po swoje jak dzika maszyna, której nikt nie zatrzyma.
To jest death metal, który kocham. Dla mnie już w tej chwili Phrenelith jest w czołówce gatunku, bo ich debiut kasuje wiele całych dyskografii innych kapel. Zjada je przed śniadaniem bez mrugnięcia okiem. Wielki album. Dziękuję, wracam niszczyć ten Konstantynopol.
Ocena: 10/10
Phrenelith - "Desolate Endscape". Dark Descent Records, 2017 rok, numer katalogowy DDR179CD.




"Desolate Endscape" na Discogs:

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz