poniedziałek, 29 maja 2017

Opowieści z przeszłości.

Saltus to jeden z tych zespołów, które gdzieś tam w podziemiu, na obrzeżach szerszej świadomości egzystują od lat i robią swoje. Trochę niedoceniany, przez niektórych ignorowany, idzie wciąż swoją drogą jasno wyznaczoną kilkanaście lat temu. Nie poddając się. Moja znajomość z zespołem trwa już właśnie kilkanaście lat. Wtedy, gdy jeszcze aktywnie działałem w, nazwijmy to, rodzimowierczej części sceny, spotykałem Bithorna przy różnych okazjach. Trochę przegadaliśmy, dużo muzyki przesłuchaliśmy i sporo wypiliśmy. Potem kontakt się urwał i odnowiliśmy go dopiero przy okazji najnowszego wydawnictwa Saltus - „Opowieści z przeszłości”.  




czwartek, 25 maja 2017

Mój czas w Pieninach.

1996 rok. Wakacje. Obóz wędrowny, Gorce i Pieniny. Piękne okoliczności przyrody (wtedy na zabój zakochałem się w Pieninach), dobre towarzystwo, młodość i wszystkie jej przywileje. Nie zabrakło jednak metalu. Miałem niecałe siedemnaście lat (do grudnia brakowało kilku miesięcy) i metalem żyłem już jak wariat. Każdego dnia chłonąłem go jak gąbka, bo przecież tyle było do odkrycia. Na moje szczęście jeden ze starszych kolegów wędrujących ze mną po górach też był tym wirusem muzycznym zarażony. Poznałem dzięki niemu sporo nowych zespołów, ale jeden utkwił mi w pamięci szczególnie i to z nim wiążę tę wakacyjną przygodę. Grzegorz kilka lat dłużej zgłębiał tajemną wiedzę i miał dostęp do ciekawych wydawnictw. Trochę rzeczy, w postaci kaset, miał ze sobą i bardzo szybko lądowały one w moim łokmenie (takie małe przenośne ustrojstwo do odtwarzania kaset). Jedną z nich była płyta zespołu o nic mi nie mówiącej, wręcz dziwnej nazwie, Fleurety. To była nowość, bo Norwegowie dopiero co wypuścili ją w Świat, ale nie tylko dlatego. Ona była po prostu inna, nowatorska i odkrywcza. Niby Norwegia, niby black metal więc wszystko powinno się zgadzać. A jednak nie, nie zgadzało się i to od pierwszych dźwięków. A właściwie zgadzało się, tylko inaczej. „Min Tid Skall Komme” i Pieniny. Czy można lepiej?


1996, Szczawnica. Na pierwszym planie Grzegorz z gitarą,
w tle biczujący się dla szatana autor tekstu ;)

poniedziałek, 22 maja 2017

Bez pośpiechu.

"Mamy czas. Nigdzie się nam nie spieszy, bo w naszej naturze nie leży pośpiech. Jesteśmy pewni, że prędzej czy później dotrzemy do ciebie i opanujemy całego. Sączymy nasz mrok powoli, wpełzamy każdą szparą jak czarny, gęsty dym. Z prędkością rozlewającej się smoły atakujemy zmysły i wypełniamy twoje życie. Pomieszczenie, w którym jesteś. Przestrzeń, którą do tej pory uważałeś za jasną i bezpieczną. Oblepimy każdy mebel, każdy centymetr podłogi aż wreszcie dotrzemy do ciebie. Gęsty, smolisty dym wypełni wszystko dookoła. Ale to nie koniec. Bo w naszej naturze leży też ciężar. Będziemy naciskać, z początku lekko, na każda twą kość, na każdy centymetr ciała. Z czasem coraz mocniej, aż wreszcie usłyszymy dźwięk łamanych kości, gniecionych żeber i ściskanego jak imadłem mózgu. Bo naszym celem jest zaduszenie cię ciężarem. Powoli, bo w naszej naturze nie leży pośpiech."


Idę po ciebie!

czwartek, 18 maja 2017

Czarna włosiennica.

"Pierwszy raz założyłem ją niedawno. Nigdy wcześniej nie miałem z nią styczności, teraz jest ona wręcz dosłowna. Wrzyna się w skórę, pali, gryzie i drapie. Nie pozwala o sobie zapomnieć. Atakuje ciało i zmysły. Noszę ją od kilku dni i mam problemy ze spaniem, bo nie pozwala mi oddać się kojącemu snu. Przy gwałtowniejszych ruchach pojawiają się maleńkie krople krwi, nawet ich nie zmywam. Wiem, że będą następne. Doświadczam dzięki niej napadów smutku i zwątpienia, ale wtedy zaciskam sznurki jeszcze mocniej, by tylko utwierdzić się w swej wierze iż czynię dobrze. Ona powoli opanowuje mnie całego, zaczyna rządzić mym marnym żywotem i wytyczać jego bieg. Włosiennica. Bo wiem, że grzeszę i muszę odbyć pokutę."


Tak, grzeszyłem, słuchałem zbyt przyjemnej dla ucha muzyki, zbyt radosnej i optymistycznej. Moją pokutą stała się Czarna Włosiennica a właściwie Black Cilice, bo tak brzmi to po angielsku. 




wtorek, 16 maja 2017

Odrażająca niespodzianka.

Z płytami takimi jak ta, jest tak, że albo się je lubi, albo nie. Nie ma tu miejsca na uczucia pośrednie, bo jest to tak ekstremalna twórczość, że wzbudza tylko skrajne reakcje. Ja, po kilku odsłuchach zaliczam siebie do grona tych, którzy będą ten materiał lubili. Nie było tak od pierwszej minuty naszego kontaktu, ale ponieważ mam zryty muzyką mózg, mało co jest w stanie mnie ruszyć czy odrzucić. Nie do końca jestem pewien co prawda, czy można tę EPkę nazwać muzyką, ale co tam ;) O czym mowa? O materiale niemieckiego Inexorable, który niedawno został wydany przez naszą Godz Ov War Productions. Greg, szef wspomnianej wytwórni ostrzegał mnie przed tym materiałem i chyba próbował zniechęcić (brawo za wspaniały marketing!), ale mu się nie udało. Gdy wyraziłem chęć bliższego zapoznania się z „Sea of dead Consciousness”, uległ i przysłał nawet limitowane wydanie, bardzo zresztą ładne.  




czwartek, 11 maja 2017

Taśma demo, znaczy płyta.

Ponieważ urodziłem się w latach siedemdziesiątych (fakt, w samej końcówce, ale jednak), kiedy słyszę „demo” myślę „taśma”. Dla mnie ten rodzaj wydawnictwa nieodłącznie wiąże się z kasetą. Najczęściej wydaną własnym kosztem, z kserowaną wkładką i ręcznie, bądź na maszynie, pisanymi tekstami. Miało to swój urok. Oczywiście szczyt takich wydawnictw to lata osiemdziesiąte, więc sporo mnie ominęło, ale swoje zobaczyłem i przesłuchałem i sentyment mam. Kropka. Teraz jednak mamy rok 2017 i demówki (choć oczywiście nie wszystkie) wydawane są na CD, przez profesjonalne wytwórnie. Pomimo całego sentymentu jaki mam, to dobra wiadomość. Kasety z radością porzuciłem na rzecz krążków i szczerze mówiąc dziwi mnie ich powrót (ten kto nie namęczył się z nimi w młodości pewnie nie zrozumie). Nie zmienia to faktu, że w mej głowie już zawsze demo związane będzie z kasetą, bo jestem starym, sentymentalnym metalowcem a tacy są niereformowalni.  




poniedziałek, 8 maja 2017

Piekielna kanonada.

Medialna wrzawa i poruszenie w internetowej społeczności metaluchów, związana z premierą kolejnego krążka Azarath, była tak duża, że chcąc nie chcąc musiała zwrócić moją uwagę. I zwróciła na tyle skutecznie, że „In Extremis” wylądował u mnie na półce (wcześniej oczywiście w odtwarzaczu). Azarath nigdy nie był dla mnie jakimś wybitnym zespołem i nie potrafiłem zachwycać się ich wcześniejszymi dokonaniami, poza tym kazali nam czekać na najnowszy album sześć lat. To wszystko spowodowało, że kompletnie o nich zapomniałem. No ale od czego jest fejsik i niezawodni znajomi/wytwórnie/blogi/grupy (niepotrzebne skreślić)? No i tak mnie bombardowali tym Azarathem, że się skusiłem. Co prawda 20 dni po premierze, ale finalnie krążek znalazł się w moich rękach. Lepiej późno niż wcale? Tak, w tym przypadku jak najbardziej i wiedziałem to już po pierwszym utworze.  



piątek, 5 maja 2017

Death metalowa poezja.

Death metal. Te dwa słowa są dla mnie ważne od wczesnych lat dziewięćdziesiątych. Był to pierwszy gatunek, który poznałem po okresie totalnej fascynacji Metallicą. Floryda, Szwecja, Polska. Każdy inny, ale wszędzie wspólne pierwiastki. Death metal na przestrzeni tych lat mocno się zmienił, ale zawsze było w nim coś porywającego. Z sentymentalnego punktu widzenia stare, klasyczne albumy stawiam ponad to co dzieje się teraz, ale patrząc całkowicie obiektywnie, to co się teraz w tym gatunku dzieje jest szalenie ciekawe i wcale nie gorsze.

Brytyjski  death metal.  Wiadomo, Bolt Thrower, Benediction i… cisza. W latach dziewięćdziesiątych te dwa zespoły znałem i kochałem. Wspaniałe zespoły ale jednak tylko dwa. Kiedy mówisz death metal nie myślisz o Wyspach. Zaraz, wróć, powinienem napisać w czasie przeszłym. Paradoksalnie, bo przecież Bolt Thrower już nie gra, Benediction ostatni album wydał w 2008 roku co oznacza, że czasy świetności brytyjskiego death metalu to właśnie lata dziewięćdziesiąte. Jest jednak jeden drobny fakt, który powoduje, iż w tej chwili mówiąc death metal mam ogromną ochotę pomyśleć – Brytania. Ten fakt to Cruciamentum i ich album „Charnel Passages”. 




środa, 3 maja 2017

Tam, gdzie kończy się życie.

Wszystko się kiedyś kończy. Nic nie trwa wiecznie bo przecież wszystko co dokoła nas jest naszym wytworem a człowiek przemija. Nic nie trwa wiecznie, nawet to co w nas, bo przecież człowiek umiera. Pociąg życia toczy się powoli po nierównych szynach i wcale nie jest powiedziane, że dotrzemy do ostatniej stacji. Wielu wysiada na wcześniejszych a przecież nawet ci, którym będzie dane dotrzeć do ostatniej, wiedzą, że kolejnej już nie będzie. Wiedzą, że wszystko się skończy ale nikt nie wie co będzie potem. I dlatego wielu tak bardzo boi się śmierci. A ona jest nieuchronna, wisi nad nami od urodzenia. Są tacy, którzy twierdzą, że śmierć to dopiero początek. Inni przekonują, że koniec wszystkiego. Tak naprawdę tam gdzie kończy się życie, jest tylko jedna wielka tajemnica. Każdy z nas ją pozna, ale nikomu nie opowie.
Chciałem ten tekst zacząć bardziej optymistycznym wstępem, ale biorąc pod uwagę płytę o której on traktuje, nie było to możliwe. Szwedzki projekt Deadlife nie daje nadziei. Ostatnia płyta zatytułowana „Where life ends” to, poza jednym utworem, podróż przez depresyjne uczucie beznadziei i smutku. To doświadczenie nieuchronności losu oraz pogodzenie się z nim. To przyznanie, że ludzkich uczuć już nie ma, że Słońce umarło a niebieskiego nieba już nie zobaczymy. „Where life ends” to płyta, której nigdzie się nie spieszy. Zabija nas tym swoim ślamazarnym tempem, smutnymi melodiami i potępieńczymi wokalami. Wciąga nas w podróż, której wcale nie chcemy odbyć choć tak naprawdę już jesteśmy jej uczestnikami. Zaciąga nas siłą przed lustro i krzyczy – „umrzesz!”. Odziera z wszelkich złudzeń i nie pozostawia wątpliwości co do naszego losu. Wszystko jest tu spójne, począwszy od nazwy zespołu (choć to tylko jeden człowiek), przez tytuł płyty, po tytuły utworów, które są wręcz urocze. Generalnie nie jest to płyta, której można słuchać w ciągu dnia, prowadząc jakieś inne czynności. Świetnie natomiast sprawdza się wieczorem, przed spaniem, w ciemności. W takich właśnie warunkach trafiła do mnie w pełni. Muzyka wolno sączy się z głośników atakując swym smutkiem tworząc dobry klimat do spokojnych przemyśleń. 


Za ten depresyjny materiał i cały projekt odpowiedzialny jest jeden człowiek, Rafn. Tego Szweda znamy już choćby z Hermodr (o którym tu i tu). O ile jednak ten ostatni twór jest relatywnie melodyjny, momentami radosny i epicki, o tyle Deadlife to stanowczo inne oblicze naszego bohatera. Słychać podobieństwa ale przejawiają się one w budowaniu nastroju, aranżacjach i strukturze utworów. Klimat jest zupełnie inny. Zastanawia mnie czy ten facet robi cokolwiek innego w życiu poza muzyką. Szybkie spojrzenie na dorobek wydawniczy Deadlife i Hermodr no i szczęka opada. W sumie to dziesięć albumów, dwa dema, siedemnaście EPek, oraz spora liczba splitów. I to wszystko od 2011 roku! Przy takim nagromadzeniu materiałów trudno uniknąć podobieństw, szczególnie, że Rafn ma swój ulubiony styl i to wyraźnie słychać. Nie zmienia to faktu, że większość z tych wydawnictw jest naprawdę ciekawa. Do mnie jego twórczość trafia, choć wiem, że „Where life ends” nie będę często słuchał, bo wymaga nastroju i okoliczności. Ale wiem też, że zbliża się kolejny album Hermodr a to cieszy.
Ocena: 7/10
Deadlife – „Where life ends”. Wolfspell Records, 2017 rok, numer katalogowy Spell 048. 




"Where life ends" na Discogs: