czwartek, 27 kwietnia 2017

Płock, czyli królestwo death metalu (część druga).

Nasz piękny nadwiślański kraj zawsze był mocny na polu death metalu. Wystarczy wspomnieć takie nazwy jak Vader, Damnation, Armagedon, Betrayer czy (wspaniały i wielki) Imperator. Lista mogłaby być długa, ale nie będę Wam truł o rzeczach oczywistych. W tej chwili nadal trzymamy się mocno, choć większość z tych dawnych legend już nie gra. Ale miał kto przejąć pałeczkę i muszę przyznać, że w kilku wypadkach młodzi przerośli starych. Jednym z takich przykładów niewątpliwie jest płocki Kingdom. W ubiegłym roku wydali doskonały wręcz, trzeci album w swej dyskografii (o nim tutaj). Moja z nimi przygoda i znajomość na dobre rozgorzała właśnie wtedy. Jasne, znałem dwójkę, choć nie posiadałem CD (co szybko zostało nadrobione), natomiast debiut ominął mnie kompletnie. Do ostatniego piątku. Udało mi się na allegro wylicytować ją w przystępnej cenie (limit 750 sztuk z 2008 roku, tym bardziej cieszy) i właśnie w ostatni piątek wylądowała w moim odtwarzaczu. A zaraz po niej dwa kolejne albumy. Zrobiłem sobie taki przekrojowy wieczór i powiem Wam jedno – jest to wielka trójka polskiego death metalu. Szczerze mówiąc nie tylko polskiego.  


Wielka trójka

Z jednej strony fajnie gdy zespół ma na koncie tylko trzy płyty, bo można spokojnie je przesłuchać w jednym ciągu, z drugiej strony szkoda, że panowie nie nagrali więcej, bo grają niesamowicie zajebiście. W ten piątkowy wieczór uświadomiłem sobie w pełni dwie rzeczy. Po pierwsze, oni ciągle grają to samo. Po drugie – zrobili wielki postęp na przestrzeni tych trzech albumów. Sprzeczność? Ani trochę. Kingdom ma swój szkielet i kręgosłup (raczej nie moralny), który po prostu obrasta nowymi warstwami ciała. Tak, można powiedzieć, że grubną (bez obrazy panowie, nie mówię o brzuchach) a konkretnie ich muzyka. Jest coraz bogatsza aranżacyjnie, brzmieniowo, wokalnie ale oparta na tych samych zasadach. Z tą samą energią i mocą niszczy na każdym albumie, tu w każdej minucie każdego krążka jest po prostu rzeź i masakra. To taki rodzaj death metalu bezpośredniego, nie przesadnie gęstego, bardzo energetycznego. To czysta, niepohamowana agresja i pęd ku czeluściom i otchłaniom piekieł. Coś bardzo naturalnego i szalonego, bez żadnych kalkulacji. Ich dorobek artystyczny to trzy potężne ciosy w ryj. Kropka.

We wstępie wspominałem o wielu dobrych załogach death metalowych pochodzących z naszego pięknego nadwiślańskiego kraju. Cóż, Płock leży nad Wisłą. I ma najlepszą death metalową załogę w tym kraju. Nie mam wątpliwości.

Szlag mnie tylko trafi jeśli na kolejny album trzeba będzie czekać kilka lat.  

P.S. Numer "Nameless King" z dwójki to po prostu jest cudo najwyższych lotów. I król wcale nie jest pozbawiony imienia. 

Kingdom - "Unholy Graveyard". Time Before Time Records, 2008 rok, numer katalogowy Death 046. "Morbid Priest of Supreme Blasphemy" - Hellthrasher Productions, 2013 rok, numer katalogowy XXVII. 






"Unholy Graveyard" na Discogs:

"Morbid Priest..." na Discogs:

poniedziałek, 24 kwietnia 2017

Szaleństwo.

Jak zabija diabeł? Wielu na przestrzeni wieków szukało zapewne odpowiedzi na to pytanie. Niektórych zawiodło to na skraj szaleństwa, innych zamieniło w zgarbionych starców spędzających życie w setkach ciemnych klasztornych bibliotek, jeszcze inni nie mogąc znaleźć odpowiedzi odbierali sobie życie. Byli też pewnie tacy, którzy szukając odpowiedzi przeszli na stronę ciemnego władcy, licząc że ten im odpowie. Kto wie, może odpowiedział? Wiele wieków poszukiwań, pytań, wyrzeczeń a przecież odpowiedź jest prosta. Diabeł zabija ludzkimi rękami bo człowiek to dla niego narzędzie, jakich on ma wiele. Jedno z nich poznaliśmy w 2017 roku. Po wsadzeniu do odtwarzacza zabija w czternaście minut za pomocą trzech szalonych utworów. Imię tego narzędzia brzmi Death Like Mass.


Szaleństwo. To słowo najlepiej opisuje najnowszy materiał tego owianego tajemnicą zespołu. Czternaście minut szaleńczej grozy, obłąkania i poszukiwania swych zmysłów. Czternaście minut dźwiękowego szturmu mogącego skruszyć każdą psychikę. I moc. Potężne brzmienie świdrujących mózg gitar, szalone wokale i lekko momentami ukryta, ale niszcząca wszystko perkusja. Czternaście minut skondensowanego black metalu podanego w oparach death metalowej stylistyki. Death Like Mass zadebiutował w 2015 roku materiałem „Kręte drogi” (dwadzieścia siedem minut), jednak ja wtedy ich nie poznałem. Gdzieś mi umknęli. Na fali pochlebnych opinii i recenzji nadrobiłem ten brak rok później. Nie oczarował mnie ani nie powalił, choć to bardzo solidny kawał muzyki. W przypadku „Jak zabija diabeł” jest inaczej. Tu zostałem powalony od razu. Szkoda, że to tylko trzy utwory, bo aż chciałoby się tej stylistyki słuchać co najmniej pół godziny. Trwać w tym szaleństwie choćby chwilę dłużej, bo tak ono jest pociągające. Nie przypadkowo znajdziemy tu utwór o tym, który dał się szaleństwu nocy ponieść i wszedł w ciemność. Tak, Faust może być ambasadorem tego materiału i najlepszym jego narratorem.  




Płyta nie zachwyca jedynie muzyką. Jest pięknie wydana. Oprawa graficzna, zainspirowana ryciną Flammariona po prostu zachwyca. Wszystko tu jest spójne, ma swój specyficzny klimat, który bardzo mi odpowiada. Swoją drogą to chyba pierwszy raz gdy zespół zamieszcza informację co zainspirowało oprawę graficzną płyty. W każdym razie nie pamiętam bym się z czymś takim spotkał. Bardzo ciekawy zabieg.

Jak zabija diabeł? Skutecznie. Na śmierć. Poprzez opętanie i szaleństwo. Oddajcie się mu bezgranicznie, nie brońcie się, nie ma sensu.

Ocena: 8/10

Death Like Mass - „Jak zabija diabeł”. Malignant Voices/Under the Sign of Garazel, 2017 rok.  






"Jak zabija diabeł" na Discogs:

piątek, 21 kwietnia 2017

Różowy dzwon.

Dziś nie będzie o metalu. Pomyślałem sobie, że czas wreszcie napisać coś o zespole, który nawet o metal nie zahacza a znaczy dla mnie bardzo wiele. Od samego rana chodziła za mną jedna z ich płyt i gdy już wróciłem do domu, dopadła. Sama wskoczyła do odtwarzacza i się kręci. Gdzieś już pisałem, że poza metalem słucham choćby muzyki klasycznej ale też dobrego rocka. Zamyka się to w kilku raptem zespołach, ale za to gigantach. Jednym z nich jest Pink Floyd. Moja największa poza metalowa miłość muzyczna. Co ciekawe, pomimo iż z metalem nie mają nic wspólnego (poza instrumentarium), znam wielu kochających i metal i Floydów. Cóż, ich muzyka jest uniwersalna, świetnie zagrana i często bardzo refleksyjna a to ostatnie do romantycznych metalowych dusz pewnie łatwo trafia. I dobrze, bo Anglicy są warci każdej minuty z nimi spędzonej i każdej złotówki wydanej na ich nagrania (znam ludzi wydających naprawdę sporo – pozdrowienia Adam).  




Nie będzie to jednak tekst o jednej z ikonicznych płyt, takich jak „The Wall” czy „Dark Side of the Moon”. Są wspaniałe, nie przeczę. Jest jednak jedna taka, do której mam szczególny sentyment i chyba od niej zaczęła się tak na poważnie moja przygoda z Pink Floyd. Mowa o „The Division Bell”. To ona właśnie tak za mną chodziła i to jej w tej chwili słucham. To ją dostałem na gwiazdkę od rodziców w latach dziewięćdziesiątych (1995 lub 1996) i był to mój pierwszy CD Anglików. To z niej przetłumaczyłem wszystkie teksty i nawet to wydrukowałem, z czego skorzystało kilka osób To tu jest genialny, mistrzowski instrumentalny „Marooned”, gdzie tak przeze mnie ukochana „gitara Gilmoura” pokazuje na co ją stać. Zresztą, to jak ten facet gra, zasługuje na osobny tekst. To na tym albumie jest niesamowicie refleksyjny „High Hopes”, który przy każdym przesłuchaniu wprowadza mnie w nostalgiczny nastrój i to tu jest przebojowy „Take It Back”, przedstawiciel (jak sam to na swoje potrzeby określam) „szybkich Floydów” - a ja bardzo lubię, kiedy grają szybciej, bo to też wychodzi im wyśmienicie. To album doskonały aranżacyjnie i kompozycyjnie, no ale czego się spodziewać, nie ma sensu pisać tu banałów. Dość powiedzieć, że kocham go już wiele lat i za każdym razem gdy wracam, pamiętam gdy znalazłem go pod choinką.

Zdaję sobie sprawę, że o Floydach można napisać wiele (a jeszcze więcej już napisano) i to nie koniecznie zaczynając od tego albumu. W swoim dorobku posiadają dużo bardziej uznane płyty, które oczywiście też bardzo lubię, wręcz wielbię. Ale cóż, takie to życie przewrotne i dla mnie to właśnie „The Division Bell” był, jest i będzie na pierwszym miejscu. Od niego zacząłem w swym muzycznym życiu, od niego zacząłem na blogu. Ponieważ jednak pisać nie przestaję, wrócę jeszcze do Anglików i pochylę się nad choćby takim „The Wall”, bo dzieło to przecież wielkie. Tylko czy podołam? Nic to, w tej chwili bij różowy dzwonie, właśnie zaczyna się „High Hopes”, czyli czas już się z Wami pożegnać.

Przez długi czas posiadałem pierwsze wydanie (to to spod choinki), ale niestety komuś pożyczyłem i już nie wróciło. Teraz mam wznowienie w digipacku, ale jest cudowne, więc nie płaczę.

Pink Floyd - „The Division Bell”. EMI 2011 rok, numer katalogowy 5099902896120.







"The Division Bell" na Discogs:

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Osiemnaście.

Dawno temu, bo w latach osiemdziesiątych, które były szare, bure i ponure, pewien facet miał plan. Plan bardzo ambitny a jednocześnie bardzo prosty. Plan nadzwyczajny, który miał zadać cios. Plan dla sfory dzieci, które chciały więcej od życia, chciały wejść w noc. Ten plan miał wywrócić wszystko do góry nogami, zmienić rzeczywistość i stworzyć ją na nowo. Gdyby się powiódł, szatan byłby dumny.
Dawno temu, bo w latach osiemdziesiątych, które były szare, bure i ponure, pewien facet był dzieciakiem. Nie miał planu, bo głowy nie zaprzątały mu takie rzeczy. Dla niego, te lata wcale takie szare i ponure nie były, bo przecież to jego dzieciństwo. Po co komu plan, kiedy w głowie zabawa i beztroska? Ten facet nie poznał jeszcze wtedy nadzwyczajnego planu starszego mężczyzny. Ale uczynił to później.

Tym dzieciakiem, jak zapewne się domyślacie, byłem ja. Facetem, który miał plan (może wciąż go ma?) był Roman Kostrzewski. A plan nazywał się (i wciąż się nazywa) – „Noce Szatana”. W latach osiemdziesiątych byłem stanowczo za młody, by poznać płytę „666”, czyli debiut jednego z moich ukochanych zespołów. KAT pojawił się w moim życiu na początku lat dziewięćdziesiątych i jest w nim do dzisiaj. Do dzisiaj bardzo ważny. Kiedy wreszcie Roman przedstawił mi swój plan, w lot na niego przystałem i przyjąłem dłoń szatana. Tak jak Faust!


„666” to dla mnie jedna z dziesięciu najważniejszych płyt polskiego metalu. Po pierwsze, jedna z pierwszych naprawdę metalowych, po drugie – doskonała! Tu nie ma nudnego momentu, słabszej chwili czy kiepskiego tekstu. Tu jest ogień, pasja, dzika radość z grania i ekspresja godna burzy. Płyta pędzi przez noc zatrzymując się tylko raz. Gitary tną takie riffy i melodie, że aż trudno uwierzyć, iż grają to panowie debiutanci, Roman wokalnie zachowuje się jak stary wyjadacz, ale wszystko to tchnie młodzieńczą energią. I to brzmienie! Płyta nagrywana w warunkach dalekich od dzisiejszych, brzmi tak drapieżnie, tak przekonująco i autentycznie a zarazem klarownie. Kompletnie nie rozumiem nagrania po latach nowej wersji „Szóstek” (no dobra, trochę rozumiem, kasa tez gra rolę). Jest to tak miałkie, tak gładkie, że nie wytrzymuje przy oryginale nawet pięciu sekund. I więcej czasu jej nie poświęcę. „666” z lat osiemdziesiątych to czysta, niczym nie skrępowana dzikość, to prawdziwy, szalony heavy metal, przesiąknięty piekłem i mistyką. To tu zaczyna się saga o diabelskim domu, to tu Roman śpiewa o znaku wszystkich ludzi i to tu Abaddon wznosi stary miecz. To tu wszystko się zaczyna i trwa do dziś. Absolutny klasyk i arcydzieło.

Rodzeństwo

Jak wiemy płyta ma też swą anglojęzyczną wersję czyli „Metal And Hell”. To już jednak nie do końca to, choć też ją bardzo lubię. Dużą siłą a wręcz mocą KATa jest język polski – w nim Roman czuje się najlepiej, poza tym, jego teksty są tak niepowtarzalne, że nie zawsze da się je sensownie przetłumaczyć na język angielski. I lepiej tego nie robić.
A najlepsze w tym wszystkim jest to, że tekst „Noce Szatana” napisał niejaki Robert Lor, więc może to wcale nie był plan Romana? Może on był tylko wysłannikiem?  

KAT - "666". Silverton, 1996 rok, numer katalogowy CD ST 006-96. 




"666"/"Metal And Hell" na Discogs:

środa, 12 kwietnia 2017

Taniec z gwiazdami.

Ech, Obituary... Ile to już lat się znamy? Będzie ze dwadzieścia cztery, bo poznaliśmy się w 1993 roku. Ja byłem wtedy gówniarzem wkraczającym w świat muzyki, która miała mnie całkowicie pochłonąć. Oni już byli znani, mieli wyrobioną markę. W końcu byli już po premierach swoich trzech pierwszych a zarazem najbardziej ikonicznych i najlepszych albumów. Nie mam cienia wątpliwości, że te płyty są wśród najważniejszych dzieł death metalu, nie tylko lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Szczególny sentyment łączy mnie z trzecią płytą Amerykanów - „The End Complete” (o tym dlaczego – tutaj), ale do dwóch poprzednich również często wracam. Kiedy już się poznaliśmy ze sobą jak bliscy koledzy, oni wydali album numer cztery, który troszkę nas od siebie oddalił, głównie za sprawą tematyki tekstów. Death metal i ochrona środowiska nie idą dla mnie w parze. Chwilę potem nasze drogi rozeszły się całkowicie. Spotkaliśmy się ponownie przy okazji bardzo dobrego albumu „Inked in Blood” wydanego w 2014 roku. To były już inne Obituary, zarówno od tego, co kochałem jak i od tego, czego nie. Bardziej taneczne, rock'n'rollowe i swingujące. Ale z jaką mocą! W zeszłym roku zobaczyłem ich na żywo, dali świetny koncert w Warszawie i moja miłość odżyła. Nie, nie wracam do albumów spomiędzy „World Demise” i „Inked in Blood”, ale bardzo spodobały mi się te ich bujające numery, czyli nowe i jak ja to określam swingujące oblicze.


fot. oficjalna strona zespołu

Właśnie wydali nowy album. Trzeba było czekać aż do tej chwili (jest to ich dziesiąta studyjna płyta) by zatytułowali ją po prostu „Obituary”. No i tańczę. Nie ma siły by przy tym nie poruszać bioderkiem i nie zakręcić nóżką. Jaki to jest feeling a jednocześnie moc! Człowiek kompletnie nieświadomie zaczyna wykonywać dziwne ruchy, by po chwili zorientować się, że właściwie to już od pięciu minut nie siedzi. Świetnie ta płyta buja i w zasadzie w każdej sekundzie zaprasza do zabawy. Trafimy tu na zwolnienia, no ale panowie mają je w DNA, więc trudno się dziwić. Dziewięćdziesiąt procent tego materiału to jednak swingujący death metal doprawiony rock'n'rollem i podany w sosie a'la Celtic Frost (co akurat zaskoczeniem nie jest). Bardzo wyraźny to sos, momentami wręcz przenika do tego kawałka mięcha stanowiącego główne danie, ale hej! - to przecież Celtic Frost więc komu to przeszkadza? No i ten charakterystyczny, niesamowity wokal Johna Tardy. Gdyby ktoś mnie obudził o drugiej nad ranem i puścił jedno słowo wyryczanego przez tego faceta, nie pomyliłbym się. Ten głos to dla mnie jedna z ikon gatunku, obok choćby riffów Morbid Angel czy tekstów Cannibal Corpse. Świetnie się tego nowego albumu słucha – każdego kawałka osobno i jako całości. Mam wydanie z bonusowym utworem, nie wiem czy tak jest na każdym (bo i takie zabiegi się ostatnio widuje) więc jeśli go nie macie, dorwijcie. Bardzo dobry numer. No i ten ósmy „Turned to stone” - jaki to jest hołd dla trzech pierwszych albumów! Palce lizać!

Kupować, odpalać i ruszać w tany. Metalowy taniec z gwiazdami czeka. Zbyszek Wodecki pewnie by im nawet szóstki nie dał (o trzech nie wspomnę), ale to tylko dobrze o tym albumie świadczy.

Ocena: 9/10


Jazda!


Obituary - „Obituary”. Relapse Records, 2017 rok, numer katalogowy RR7370. 






"Obituary" na Discogs:

poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Zagłada.

„A kiedy opadł już gorący pył, kiedy ostatni podmuch wiatru zamiótł go na ściany ruin ludzkiego stworzenia, nie było wciąż widać słońca. Straszliwy smród spowił zgliszcza setek lat panowania człowieczej ignorancji. Ziemia konała, wydając z siebie ostatnie tchnienia trujących oparów. Śmierć była panem, bogatym gospodarzem, siejącym obficie swe ziarno zagłady. Nawet gdyby jakaś forma życia przetrwała, zgasłaby z braku powietrza, wody i nadziei. Ale nie przetrwał nikt. Gdyby podejść bliżej, dałoby się zauważyć powykręcane w cierpieniu ciała, zwęglone, nadpalone, pozbawione krwi i tłuszczu. Ich martwe oczy nie wyrażały nic poza przerażeniem, nienazwanym strachem siedzącym głęboko w myślach, nie spotkanym nigdy dotąd. Wszystko umarło, niczego już żywego ten glob nie zrodzi, nie urodzi się już żadne dziecko, nie wyrośnie źdźbło trawy, nie zaśpiewa ptak, nie spadnie deszcz. Pozostanie tylko powolne gnicie aż wszystko zniknie, zmarnieje, zostanie pochłonięte przez niepamięć i czas. Bo nie będzie miał kto pamiętać. Nie zostanie nawet jeden kamień z ludzkich dzieł próżności, nie będzie państw i narodów. Rzeki i oceany wyschną ale i tak nikt nie przejdzie po nich suchą stopą, bo nie będzie komu chodzić. Nastąpi koniec wszystkiego i ten glob, tak umęczony, wreszcie odpocznie.
A wszystko to, cała ta hekatomba i zagłada, cała ta śmierć i zniszczenie, te otchłanie cierpienia i bólu, z jednego powodu. Z jednego, drobnego powodu, którego nikt nie zauważył, nie spostrzegł w porę. Ten fakt przeszedł zupełnie bez echa, przyćmiony propagandą. Cóż to takiego, zapytacie? Poronienie w Betlejem."


Jest wiele surowych płyt black metalowych, o których można powiedzieć, że spełniają wymogi gatunku. Jednak niewiele jest takich, które nie dość, że spełniają, to wręcz wytyczają nowy poziom surowości i odrazy. „Stillbirth In Bethlehem” duetu Recluse jest jedną z nich. To niesamowite jak odrażającą muzykę można nagrać. Myślałem, że granice już zostały wytyczone, ale nie - one cały czas są przesuwane. Podejrzewam, że laik podczas kontaktu z tą płytą ma duże szanse na zawał serca. Tak się gra black metal. Kropka.
Recluse – „Stillbirth In Bethlehem”. Vault of Dried Bones, 2016 rok, numer katalogowy VAULT030.




"Stillbirth in Bethlehem" na Discogs:

wtorek, 4 kwietnia 2017

Tysiąc mieczy, po które należy sięgnąć.

„Tysiąc mieczy. Wykutych by zasmakować krwi niewiernych. By skąpać je w niej i nigdy nie czyścić. Kiedy nadejdzie czas, znów ich dobędziemy jak przed wiekami, by odebrać co nasze. Tysiąc mieczy, które kiedyś broniły, dziś będą się mścić. W naszych rękach, po jelce we krwi. Tysiąc mieczy w szkarłacie.
Tysiąc mieczy. Na mrocznym polu bitwy, spowitym ciemnymi chmurami i odorem krwi. Walające się wnętrzności i obcięte kończyny, krzyki umierających wśród świstu i brzęku ostrzy. Tysiąc mieczy toruje drogę do zwycięstwa, niesie nas ich pęd i siła. Zgiełk tej bitwy niesie się po okolicznych wzgórzach by przejść do historii. To jedna z ostatnich, zwycięstwo coraz bliżej.
Tysiąc mieczy. Gotowych na ten ostateczny moment. Na ten czas, którego pragniemy. Czas zemsty. Zemsty krwawej i bezlitosnej, bo krwawa i bezlitosna była zbrodnia tych, co krzyczeli o zbawieniu. Palili, mordowali i ścinali. Za to zapłacą a sądem i katem będą nasze miecze. Nadejdziemy, dzierżąc je mocno i pewnie, gdy się nie będą spodziewali. Tysiąc mieczy zemsty. O świcie.
Tysiąc mieczy. Dla tych, którzy zrodzili się by walczyć. Dla takich jak ja, od małego szykowanych do tylko jednego celu, jednego zadania – do wojny. Tysiąc mieczy dla małych dłoni, by z płynącymi latami stały się jednością. I gdy dłonie będą już męskie, gotowe do walki i śmierci, tysiąc takich jak ja wyruszy by spełnić przeznaczenie. Swoje i tysiąca mieczy.
Tysiąc mieczy. Dla wojowników, by mogli umrzeć w walce i odeszli godnie. Tysiąc mieczy jak tysiąc powodów by umrzeć. Tysiąc mieczy, by trafić tam, gdzie każdy wojownik trafić powinien. Tysiąc mieczy użytych we właściwym czasie i miejscu, by znowu być wolnym i innym dać tę wolność. By zginąć dla nich i dla siebie. Tysiąc mieczy, by żyć wiecznie.

Tysiąc mieczy. I ani jednego mniej. Potrzebujemy wszystkich.”  


„Thousand Swords”, wydany w 1995 roku, to drugi studyjny album wrocławskiej legendy naszej sceny, Graveland. Jest to zarazem jedno z najlepszych dzieł polskiego black metalu i dla mnie osobiście plasuje się w czołowej dziesiątce wszech czasów krajowego podwórka. Pewnie znaleźlibyśmy w ich dyskografii (nie mówiąc już o całej scenie) albumy dojrzalsze („Following the voice of blood”) ale to na Tysiącu Mieczy panuje ten niepowtarzalny barbarzyński klimat tchnący pogańskim lochem z najczarniejszych czeluści. To tu energia i entuzjazm stoją ponad wszystkim, tworząc album doskonały, choć pod wieloma względami tak przecież niedomagający. Ale to w końcu black metal a „Thousand Swords” do miana niczego innego nie aspiruje. Jest jednym z jego pomników.  
Kiedyś dawno temu posiadałem pierwsze wydanie, z Lethal Records. W tej chwili na półce stoi bardzo udane wznowienie z 2012 roku - okładka jak należy, logo też, wszystko w klimacie pierwszego wydania. 
Graveland - "Thousand Swords", No Colours Records, 2012 rok, numer katalogowy NC 032.




"Thousand Swords" na Discogs: