środa, 29 marca 2017

Odwiedziny starego przyjaciela.

Wreszcie! Przemówiła do mnie! Platon twierdził, że milczenie jest złotem, ale co on tam wiedział? Złotem pokryty jest ten krążek i wreszcie odezwał się do mnie językiem zrozumiałym, przystępnym i jasnym. Był u mnie w domu od dłuższego czasu, jak stary znajomy, z dawnych, młodzieńczych lat, który nagle cię odwiedza i jakoś trzeba tę nić z przeszłości złapać i nawlec na igłę wspólnych płaszczyzn. Zaczynacie więc rozmawiać, ale cholerka, nie klei się ta gadka. No bo o czym tu gadać po tylu latach rozłąki? „Co u Ciebie? - W porządku. A u Ciebie? - Też.” Wiecie, co mam na myśli. Problem w tym, że im więcej razy mówił, że u niego w porządku, tym mniej chciałem w to wierzyć. Nie mogliśmy się zrozumieć. Ale dawałem mu szansę, bo przecież tyle lat się znamy, więc przez choćby sam szacunek należało wysłuchać go kilka razy. I słuchałem. Ale nic nie docierało. No po prostu nie mój klimat rozmowy. Nie to środowisko, oddaliliśmy się od siebie przez te długie lata. A trzeba Wam wiedzieć, że ostatni raz bardzo dobrze rozmawiało się nam w 1994 roku. Potem nie mogliśmy za cholerę znaleźć wspólnych tematów. Ten 1994 rok wspominam jako szczytowy okres naszej znajomości, złoty rok.


Aż któregoś marcowego wieczoru 2017 roku to złoto powróciło. Wysłuchałem, dałem szansę i wiem, że zrobiłem dobrze. Bo stary znajomy opowiedział mi piękną historię. O tym jak się zmienił, jak dojrzał, jak potrafił zostawić za sobą przeszłość ale o niej nie zapomniał, bo ciągle w nim tkwi. I dobrze, pomyślałem, bo przecież kiedyś człowieku byłeś pieprzoną legendą wśród tych, którzy wiedzą. A dla wielu nadal jesteś. Tego potencjału nie można marnować. I powiedział mi o tym wszystkim szczerze i ze spokojem, którego się spodziewałem bo z niego słynął. Ale także z mocą i siłą, akcentując każdy wyraz, barwnie snuł swą opowieść. Długo trwało, nim mnie przekonał, ale wreszcie mogę w pełni rzec – witaj, stary przyjacielu!




W lutym tego roku łódzki Pandemonium wydał swój piąty studyjny album o tytule „Nihilist”. Jak już zaznaczyłem wcześniej, długo się do niego przekonywałem. Ale ponieważ to Pandemonium, czyli nie pierwszy lepszy byle jaki zespół, dałem tej płycie wiele szans. I opłaciło się, bo to bardzo dobry album. Miałem długą przerwę z załogą Paula, bo tak mnie rozbiła "The Ancient Catatonia" z 1994 roku (o niej tutaj), że wszystko co potem nie robiło na mnie wrażenia. Może to był błąd? Będę musiał to zweryfikować, bo do tego albumu też podszedłem przez pryzmat nieśmiertelnego dzieła Łodzian. I dopiero kiedy wyrzuciłem z siebie te porównania, „Nihilist” w pełni do mnie trafił. No dobra, jeszcze trochę czasu zajęło mi oswojenie z wokalem, ale już jesteśmy kolegami. Pandemonium na najnowszej płycie to zupełnie inna historia niż ta, którą tak dobrze znałem. Dużo bardziej rozbudowana, zaawansowana i, o zgrozo, skomplikowana. Na szczęście to nie fizyka kwantowa, tylko metal, więc prędzej czy później trafi. Panowie pomimo rozwoju i zmian nie wypierają się swojej przeszłości i są momenty jakby żywcem nawiązujące do pierwszych materiałów. Szkielet pozostał, ubrany jest jednak w trochę inne ciało. Przyznaję, momentami ciekawsze. To bardzo złożony album i kompletnie nieoczywisty. Trudno przewidzieć co będzie za chwilę choć nie ma tu szaleństw stylistycznych. Pandemonium po prostu tak dobrze porusza się w swoich rejonach, że z czegoś dla siebie oczywistego potrafi uczynić zagadkę dla słuchacza. To cenna i godna podziwu sztuka. Można trochę narzekać na produkcję tej płyty, ale w końcu nie o jedwabną skórę niemowlaka tu chodzi, tylko o mocny cios szorstkiej, styranej dłoni. Bo to co najlepiej charakteryzuje ten album to jedno słowo – moc. Pandemonium nie stawia na szybkość, nie stawia na melodie, stawia na moc. Moc i siłę przekazu niesioną ciekawymi aranżacjami. A że doświadczenia panom nie brakuje, bogactwo tej płyty jest spore. Teraz mam ochotę na częstsze rozmowy i wiem, że ta konwersacja potrwa jeszcze długi czas.

Jeśli odwiedzi Was stary znajomy, dajcie mu szansę, otwórzcie szeroko drzwi. Warto. Bardzo możliwe, że pozytywnie Was zaskoczy. Nawet jeśli miałoby to trwać miesiąc.

Ocena: 9/10

Pandemonium - "Nihilist". Old Temple, 2017 rok, numer katalogowy OLD.100.






"Nihilist" na Discogs:

poniedziałek, 27 marca 2017

Ukraińskie dylematy.

Ukraina. Ciągle z nią jakieś zamieszanie i kłopot. Ciężko powiedzieć jak się do niej zabrać, bo wiadomo – z jednej strony Bandera i Wołyń, z drugiej wspólna postawa wobec Rosji, demokratyczne przemiany, handel. Na szczęście to jest blog o muzyce a nie o polityce, więc ten dylemat mnie (przynajmniej tu) nie dotyczy. Poza tym, panowie o których dziś będzie mowa są ze Lwowa a to praktycznie jak nasi. W końcu Semper Fidelis, prawda? Ukraiński black metal to dla mnie zawsze będzie Nokturnal Mortum i ich pierwsze albumy (do Nechrist włącznie), bo to co na nich wyprawiali było naprawdę godne podziwu. Szerzej w kontekście black metalu (jest świetny 1914 – ale to nie bm) mój wzrok nigdy na ten kraj nie padł, aż do dziś. Choć pewnie trudno nazwać szerokim spojrzeniem poznanie kolejnego zespołu w dodatku tak młodego. Eskapism to duet, zespół zrodził się w 2015 roku i ma na koncie debiut – wydany w tym roku „Tales of Elder Forest”. Na Ukrainie jak wiadomo lasów nie brakuje, więc aby podkreślić moc tytułu, na okładce mamy las. Przyznaję, wygląda zachęcająco. Niestety, pierwsze odsłuchy albumu nie napawały mnie entuzjazmem i nie skłaniały do kolejnych. Uparłem się jednak jak Putin na Krym i stwierdziłem, że dam im jeszcze szansę. I dobrze zrobiłem, bo generalnie nie jest tak źle by nie mogło być lepiej.  




Eskapism jest właśnie takim ukraińskim dylematem – sięgać po siekierę czy napić się wspólnie wódki? Nie wiadomo. Zwolennicy ekstremalnego black metalowego piekła, sięgną po siekierę, choć znajdą tu momenty dla siebie dobre. Ci, którzy wolą granie bardziej klimatyczne, naleją sobie gorzałki ale będą ją popijali bez specjalnych zachwytów. To duży problem młodego lwowskiego zespołu – brak tożsamości i jednej męskiej decyzji – co my właściwie chcemy grać? Wszystkiego tu pełno a niektórych rzeczy za dużo, na przykład klawiszy. W niektórych momentach sposób ich użycia woła o pomstę do podziemia. Mam wrażenie, że na siłę upchnięto je gdzie się da, jakby były one podstawowym instrumentem w black metalu. Informuję – nie są. Z tych dwóch oblicz płyty stanowczo lepiej zespół sprawdza się w klasycznej blackowej jeździe i tu widzę spory potencjał Eskapism. Naprawdę potrafią dać ognia, niestety zaraz potem dorzucają za dużo dźwięków parapetu i pojawia się problem. W przyszłości proponuję też popracować nad wokalami, są trochę za cienkie i za płaskie. Podsumowując – gdyby wyciąć te wszechobecne klawisze, byłby to naprawdę fajny album a tak to nie wiem czy panowie chcą być atmosferyczni, symfoniczni czy po prostu bardzo źli. Bo bycie wszystkim naraz im nie wychodzi.

Album wszedł mi z delikatną popitką gdzieś przy piątym przesłuchaniu. Zyskuje dużo na większym poziomie głośności, co też trochę mnie zaskoczyło, ale pokazuje, że jest tu ukryta moc. Eskapism ma przed sobą trochę pracy ale już ta płyta pokazuje, że fundamenty są. Trzeba po prostu się zdecydować i kroczyć tą drogą. Bardzo chciałbym by Ukraińcy poszli drogą klasycznego piekła, bo są w tym po prostu lepsi. Kiedy chcą grać symfonicznie i atmosferycznie momentami popadają w bardzo niebezpieczne dla black metalu cukierkowate plumkania. Tak czy siak będę ich obserwował i chętnie zapoznam się z kolejnym materiałem.

Ocena: 6/10

Eskapism - „Tales of Elder Forest”. Wolfspell Records, 2017 rok, numer katalogowy Spell 045.






"Tales of Elder Forest" na Discogs:

środa, 22 marca 2017

Ciemnym lasem, ku wieczności.

„Tym razem przybyłem do Finlandii wcześniej. Byłem przed czasem. Nie to, żebym chciał. Musiałem. To już stało się narkotykiem. Musiałem znowu wejść w te nieskalane lasy i przebyć trudną drogę, bez żadnego celu. Po prostu by wędrować, wdychać i czuć. Nie zważałem na to, że jest głucha, ciemna noc. Stanąłem u progu lasu i poczułem zew. Musiałem wejść. Wtopiłem się w ten mur i poczułem, że znikam. Nie ma mnie dla Świata. Ciemność, gęsta i ciepła prowadziła w nieznane. Co za uczucie! Znowu tu jestem, czuje się jak w domu. Każdy krok stawiam pewnie, bo znam ten las, każdy krok w coraz ciemniejszą głuszę. Wiem, że mógłbym tak wędrować wiecznie, mierząc się jedynie ze swoimi myślami i naturą. Bo to jest moje przeznaczenie, wieczna wędrówka pośród tych drzew, pośród jezior cicho zatopionych w kniei. Nie wiem czy kiedykolwiek opuszczę te lasy, bo w nich jest moja przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. Nie wiem czy chcę znaleźć wyjście. Właściwie to wcale go nie szukam.”




Leśne wędrówki już zawsze będą mi się kojarzyły z fińską Kalmankantają. Tym razem wstęp zainspirowany został tekstem do utworu z najnowszego wydawnictwa zespołu - „Demonwoods”. Materiał jest relatywnie krótki, tylko trzydzieści pięć minut. Z drugiej strony to jedynie trzy utwory, w tym jeden instrumentalny. Kalmankantaja wraca tu do tego co potrafi najlepiej, długich, mocno jednostajnych kompozycji, przesiąkniętych dojmującym smutkiem i poczuciem osamotnienia. Czyli gra to co na większości swoich wydawnictw. To jest właśnie fenomen tego zespołu – grać ciągle to samo ale tak, że każdy materiał jest ciekawy, potrafi zaskoczyć jakimiś drobnostkami (tym razem są to czyste partie wokalne) a zarazem sprawia wrażenie doskonale oswojonego i znanego. Nie nudzi, wciąga i daje pole i czas do rozmyślań i wędrówek duszy. Wiem, brzmi górnolotnie ale tak to odbieram i czuję. I bardzo to lubię. Daje odetchnąć, dzięki niespiesznemu zaproszeniu do towarzystwa, które zawsze chętnie przyjmuję. Kolejny raz ten prosty, jednostajny rytm mnie porwał i dałem się urzec długim, przepełnionym wilgocią nocy kompozycjom. Kolejny raz rozmarzyłem się o tych cholernych fińskich lasach i jeziorach, o ciszy i spokoju. O zostawieniu wszystkiego co doczesne i wędrowaniu. Tak po prostu, byle dalej, byle w noc.

Szlag, jak ja lubię ten zespół. I Finlandię!

Ocena: 8/10

Kalmankantaja - „Demonwoods”. Wolfspell Records, 2017 rok, numer katalogowy Spell 046.







poniedziałek, 20 marca 2017

Powrót do lasu.

Wycieczki do lasu to fajna rzecz. Piękne okoliczności przyrody, czyste powietrze, zieleń. Tu sarenka przebiegnie, tam ptak zaśpiewa. Takie spacerowanie dostarcza spokoju ducha, odpoczynku i relaksu. Można się na chwilę zatrzymać, pokontemplować, zastanowić się nad sensem tego wszystkiego co nas otacza. Można też spotkać dwóch półnagich facetów, wysmarowanych krwią. Ale spokojnie, to tylko w Norwegii.  


Przepraszam, panowie też na grzybach?

Był to kiedyś kraj, gdy wysmarowanych najróżniejszymi substancjami, ubranych na czarno osobników można było spotkać w tamtejszych lasach bardzo często. Gdy jednak panowie ci zaczęli robić kariery, wyszli z lasu i zadomowili się w miastach - z ich salami koncertowymi, nagrodami przemysłu muzycznego i tym podobnymi dziwactwami. Dziś jednak, za sprawą Gjendod, norweski black metal wraca tam, gdzie jego miejsce – do lasu. Dosłownie i w przenośni. I cholernie mnie to cieszy.

Mieszkańcy fiordów zawsze mieli łatwość w łączeniu sił przyrody i jej samej z ciemnymi mocami. Tak muzycznie jak i tekstowo. Po prostu sami stworzyli taki klimat i doskonale potrafili go rozwijać i się w nim odnaleźć. Nic dziwnego, to wszystko było dookoła, wystarczyło tylko po to sięgnąć. Niestety, ta droga została zapomniana. Wraca do niej Gjendod, duet z Trondheim. Wraca bardzo dosłownie – za pomocą okładki – która aż krzyczy, że miejsce black metalu jest właśnie tam. Wraca muzycznie, bo nawiązuje wspaniale do tych mitycznych czasów biegania z toporami po lasach otaczających idylliczne miasteczka i miejscowości. Dawno już żadna płyta pochodząca z Norwegii nie sprawiła mi tyle radości. Ostatni tak norweski materiał nagrał Dagorath (o nim tu), problem w tym, że chłopaki są z Bydgoszczy. Gjendod przenosi nas w czasie do wczesnych lat dziewięćdziesiątych, dodając od siebie jedynie wyrazistsze brzmienie, posiadające większą dawkę mocy. Nic tu jednak nie jest wygładzone. Ta dobra stara chropowatość i piwniczne zabrudzenie towarzyszy nam przez cały materiał. Nie brakuje skąpych, typowych dla Norwegów melodii i agresywnych, lekko zamglonych gitarowych ataków. Nie odważyłbym się porównać ich do jakiegokolwiek konkretnego zespołu, oni po prostu świetnie łączą w sobie wszystko to co było i niosą tego ducha w swojej muzyce. Nie kryją ani trochę co ich inspiruje, ale też nie zżynają. Są kontynuatorami wspaniałej tradycji black metalu z fiordów.

Album mija szybko i to nie tylko dlatego, że trwa zaledwie trzydzieści cztery minuty (demo poprzedzające płytę trwa dwadzieścia minut). Jest po prostu na tyle intensywny, zwarty i spójny, że odbieram go jako jeden szybki, mocny cios. Bez zbędnych kalkulacji i przemyśleń. To nie niedzielny spacer lasem z rodziną. To szybka wizyta by ukryć czyjeś zwłoki, pełna napięcia i adrenaliny. Trzeba tylko uważać, bo wysmarowani znowu grasują!

Ocena: 9/10

Gjendod - „Nedstigning”. Hellthrasher Productions, 2017 rok, numer katalogowy LII.  






"Nedstigning" na Discogs:

czwartek, 16 marca 2017

Życiowa nadzieja.

Nic poza zmianą nie jest stałe. To motto pojawia się na wydawnictwach zespołu i szczerze mówiąc jest trochę zwodnicze. Bo Mord’A’Stigmata się nie zmienia, jedynie ewoluuje. Nie jest to w żadnym wypadku coś negatywnego, bo w przypadku tego zespołu ewolucja daje wspaniałe efekty. Najnowszy album nosi tytuł „Hope”, czyli nadzieja i to kolejna zwodnicza rzecz związana z tą płytą. Z wieloma rzeczami ten album mi się kojarzy ale nijak z nadzieją. No, może poza ostatnim utworem i jeśli to było zamierzone, to gratulacje. Nie spodziewajcie się jednak albumu smutnego czy dołującego. Jest to po prostu płyta bardzo życiowa, a życie jak wiemy nie zawsze jest różowe. Jest to też płyta absolutnie wspaniała.
Na „Hope” składają się cztery długie utwory. Na początku jest ciekawość, jak zawsze, jednak szybko przechodzi w uczucie niepokoju i poczucia jakiejś straty. To co uderza od pierwszych sekund to świetne brzmienie, szczególnie w kwestii wokali. Podkreślają one bardzo mocno ten ponury nastrój. Teksty pierwszych trzech utworów też nie pozostawiają złudzeń, choć pierwszy to tytułowy „Hope” – nadziei jednak wielkiej nie daje. Muzyka tychże utworów prowadzi nas w rejony oszczędnych melodii w których nie znajdziemy radości, jednak równocześnie bardzo zajmujących. Dobrze się tego słucha, choć w tyle głowy siedzi wrażenie bólu. Czytając teksty odnoszę wrażenie, że ktoś kto je pisał stracił kogoś bliskiego, ale nie chcę wnikać i bawić się w „co poeta miał na myśli” bo tego nie lubię. Interpretację pozostawiam Wam, bo każdy może tam odczytać co innego. Te trzy pierwsze utwory, stanowiące większość albumu, są spójną opowieścią rozwijającą się wraz z biegiem czasu. Czwarty uważam za zamknięcie fabuły płyty, przynajmniej muzycznie, bo tekstowo nie odstaje od pozostałych a może wręcz jest najsmutniejszy. Już z pierwszymi sekundami „In less than no time” nastrój się zmienia. Pojawia się nadzieja i odrobina radości. Nie dajcie się jednak zwieść, to tylko mała dawka. Pomimo to wystarcza by odróżnić ten utwór od reszty dość znacząco. To umiarkowanie chwytliwa kompozycja ze świetnymi aranżacjami. W odniesieniu do całej twórczości zespołu można ją nazwać przebojem. Wspaniale zamyka album i daje chwilę wytchnienia.
„Hope” to płyta bardzo refleksyjna i skłaniająca do zadumy. To album, który wymaga spokoju, odkrywania go w środowisku nie zakłóconym codziennością, choć do tej codzienności bardzo mocno nawiązuje. Jest świetnie zrealizowany i bardzo sprawnie zagrany, co ułatwia jego odbiór, jednak wymaga od słuchacza wzmożonej uwagi. I warto ją poświęcić, bo raz odkryty, daje bardzo dużo przyjemności. Bo w gruncie rzeczy nie jest to płyta pesymistyczna, ona po prostu jest życiowa. Aż do bólu.
Ocena: 10/10

Mord’A’Stigmata – „Hope”. Pagan Records, 2017 rok, numer katalogowy Moon 108.





"Hope" na Discogs:

wtorek, 14 marca 2017

Śmierć w Chorwacji.

Ech, Chorwacja... Słońce, piękne plaże, woda błękitna jak najczystsze niebo i wspaniałe zabytki. Jachty, małe urokliwe porty i zabawy do późnej nocy. Idylla, luz i raj na Ziemi. Żyć nie umierać, nie starzeć się, nie chorować, tylko radośnie egzystować wśród wspaniałych okoliczności przyrody.
To oczywiście spojrzenie turysty, bo pewnie inaczej jest, gdy mieszkasz w takim choćby mieście jak Beli Manastir (Biały Klasztor, idealna wręcz nazwa). Nie dość, że do morza masz dalej niż do Budapesztu (zawsze pozostaje Balaton, też bliżej), to żyjesz w zapomnianym miasteczku (ledwo ponad 8000 mieszkańców) wciśniętym gdzieś na krańce tego raju na Ziemi, pomiędzy Węgrów (których nie rozumiesz ni w ząb) a Serbów (którzy nie kochają cię gorliwie). Ale co tam, to wszystko się nie liczy bo to nadal Chorwacja, prawda? I tego się trzymamy. No więc żyjesz sobie w takim raju na Ziemi i nagle postanawiasz zamienić go w piekło, bo pewnie coś ci się nie podoba, coś cię wkurza i kiedyś w młodości ktoś ci pożyczył kasetę Slayera. Od tej pory nie jeździsz już nad piękne lazurowe chorwackie może tylko szlajasz się z kolegami po okolicznych norach i zaroślach, od czasu do czasu na dłużej nad Balaton, bo tam więcej metalowej węgierskiej braci. A potem zakładasz zespół o wspaniale brzmiącej nazwie Hereza (kiedyś w centrum Białego Klasztoru będziesz miał swoje muzeum, to pewne) i dajesz łupnia wszystkim tym, którzy cię wkurzali. Pierwszy cios wyprowadzasz w 2015 roku, drugi w 2017. I ten strzał jakimś cudem (albo raczej Gregiem – pozdrowienia!) dociera do Warszawy, raju na polskiej ziemi, czyli adres dobry. I niszczy mi mieszkanie od kilku dni, całkiem skutecznie. Kompletnie tylko nie rozumiem, dlaczego słuchając „I Become Death” nie mam przed oczami pięknej plaży i czystej wody, tylko brudne piwnice zapyziałej mieściny pełne pleśni i śmierdzące strachem. Strachem umęczonych i torturowanych oraz krzykiem cierpiących. Ale nad wszystkim unosi się twój śmiech, szyderczy i przerażający, bo właśnie spełnia się to czego chciałeś – zagłada wszystkiego co znane. Chorwackie plaże właśnie przestają istnieć a wszyscy turyści już gniją martwi. Biały Klasztor zrodził śmierć.  




Chorwacja jak już wspomniałem kojarzy się z wieloma przyjemnymi rzeczami, jednak nie bardzo z ekstremalnym metalem. A tu proszę, można żyjąc pod pięknym Słońcem zrodzić muzyczną czerń. W raju żyć a komponować piekło. I to właśnie czyni Hereza. Zaprasza nas do piekła i funduje zagładę. To teoretycznie death metal, ale słychać tu i thrash i punka i Motorhead. Gdybyśmy uparli się jednak na ten death metal, to najbliżej chłopakom do Szwecji. Jest kilka takich momentów, które aż krzyczą „Valkommen till Sverige”, ale tylko kilka. Większość materiału zalatuje śledziem z wybrzeży Ostergotland, ale nie jest to zapach bardzo silny i byłoby dużym uproszczeniem wrzucać Chorwatów do tej samej beczki. Dominuje tu po prostu nieskomplikowany aranżacyjnie death metal, który sam określam jako "byle do przodu". To chyba największa wada tego materiału i w zasadzie jedyna – trochę to wszystko jest na jedną modłę i nie ma w tym typowej dla takiego grania przebojowości (w dobrym tego słowa znaczeniu). Nie mam zamiaru jednak załamywać rąk, bo to w końcu metal z krwi i kości i uderzenie jest tu najważniejsze. Tego na szczęście nie brakuje. Wartość materiału podnosi świetne brzmienie. Nie, nie jest krystaliczne, jest chropowate i lekko zabrudzone, ale potężne, rasowe a kiedy trzeba odpowiednio zdołowane. Podkręćcie głośność to zrozumiecie, o czym mówię. Dobry materiał i mam zamiar upolować debiut Chorwatów, bo kompletnie mnie ominął. Pewnie dlatego, że nigdy nie byłem na wakacjach w Chorwacji.

Dodatkowy plus za fajne wydanie dla Godz Ov War Productions. Czerwone pudełko i okładka robią robotę!

Ocena: 7/10

Hereza - „I Become Death”. Godz Ov War Productions, 2017 rok, numer katalogowy GOWPXXXVIII.






"I Become Death" na Discogs:

niedziela, 12 marca 2017

Pierwsze urodziny.

Będzie krótko i treściwie bo to w końcu tylko rok, nie osiemnastka.

Dwunastego marca 2016 roku pojawił się tu pierwszy tekst – Balustrada. Zleciało, rzekłbym, jak napięcie na albumie Batjuszki, nawet tego nie zauważyłem. Czas jednak płynie nieubłaganie, dwanaście miesięcy za mną. Dwanaście miesięcy ciekawej przygody jaką jest ten blog. Z radością wkraczam w kolejny, mam nadzieję, że tak samo fajny.

Podsumowanie tego pierwszego roku w liczbach musi być, bo jak wiadomo statystyka nie kłamie (z drugiej strony, statystycznie pewnie powinienem mieć płytę Batjuszki, a nie mam). Pojawiło się na blogu 125 wpisów (przeważnie recenzje i refleksje dotyczące płyt) a wraz z nimi 440 (!) zdjęć mojego autorstwa (99% to zdjęcia płyt). Przyszłość Przeszłości w tym pierwszym roku gościła 95 zespołów (niektórym poświęcony jest więcej niż jeden wpis) oraz zanotowała ponad 66000 odwiedzin.
Sporo działo się też na fejsbukowym fanpejdżu bloga. Zamieściłem tam 207 zdjęć (także własnego autorstwa, różnych od tych na blogu), sporą liczbę linków i kilka kontrowersyjnych opinii (o Batjuszce też). Fanpejdż w ciągu tego pierwszego roku doczekał się 590 polubień.

Dlaczego wciąż wspominam Batjuszkę? Bo to największa wydmuszka jaka pojawiła się podczas pierwszego roku bloga. Kompletny przerost formy nad treścią, przereklamowana nudna muzyka w niby odkrywczej formule jaką ma być prawosławna liturgia. Yhm, zamienił stryjek siekierkę na kijek, tyle w tym odkrywczości. Potraktujcie to jako kolejną recenzję. Zdjęć nie będzie, bo nie mam ich płyty. Tak, serio.


Dzięki za ten pierwszy rok! Trzymajcie rogi w górze!  

czwartek, 9 marca 2017

Walec.

Wracam sobie wesoło z pracy, patrzę w skrzynce awizo. No to spacerek na pocztę, chwila stania w kolejce i ląduję przy okienku. Pani patrzy w komputer i oznajmia, że to niestandardowa paczka i muszę ją odebrać przy tylnych drzwiach poczty. Ok, co robić. Idziemy wspólnie i po chwili widzę na parkingu za pocztą ogromny pakunek. Pani wręcza mi papierek do podpisu oraz nożyk i życzy powodzenia. Na odchodnym mówi jeszcze, że paczka ze Stanów. Paczka, dobre sobie. No nic, odpakowuję dobre piętnaście minut i wraz z odsłanianiem zawartości moje zdziwienie rośnie. Wreszcie, gdy wszystkie warstwy papieru opadają, moim oczom ukazuje się czarny jak smoła walec. Nowiutki, fotel jeszcze owinięty folią. Zrywam ją i wsiadam, bo cóż innego pozostało, przynajmniej podjadę pod dom. Bak pełen, więc ruszam. Od pierwszych sekund jazdy czuję, że znam tę maszynę, tak, jakbym już nią jechał. Kurde, ale kiedy? Może coś mi się miesza? Nie, tu każda wajcha, każdy przycisk i wskaźnik są znajome. Ale zarazem jakby była to lepsza, nowsza wersja. Jadę. Próbuję dodać gazu ale niestety, maszyna zawrotnej prędkości nie rozwinie. Za to jak majestatycznie się toczy! Z jaką mocą i łoskotem! Dumnie, bez zawahań prze naprzód niszcząc wszystko po drodze. Czy to był samochód sąsiada? Szlag, chyba tak. Trudno, kupi nowy. Jadę dalej i cholernie mi się ta dostojna, powolna jazda podoba. Czuję się jak władca Świata, nic mnie nie zatrzyma. Niszczę wszystko na swej drodze, miażdżę każdy napotkany obiekt. Co za radość, co za uczucie – jakby stare dobre czasy wróciły. Znowu ten cholerny amerykański walec jest potężny jak kiedyś, choć nadal nie mogę sobie przypomnieć, kiedy w nim ostatni raz siedziałem. Jeżdżę już tak prawie pięćdziesiąt minut, zaczynam rozglądać się za miejscem do zaparkowania. Kiedyś trzeba wrócić do domu. Albo nie, kichać to, jeszcze pojeżdżę!


Producenci walca

Dawno już żadna klasyczna death metalowa płyta nie sprawiła mi takiej radości jak najnowsze dzieło Immolation. Jej tytuł to „Atonement”, czyli pokuta, ale nie ma tu ani chwili skruchy i żalu za grzechy. Jest tylko uśmiech na twarzy, że tak można nadal grać. W ostatnich latach death metal poszedł w dość nowe dla niego regiony, głównie jeśli chodzi o klimat płyt, o ich gęstość (Blood Incantation, Ulcerate czy Teitanblood). Immolation tego nie zauważa i w najlepsze gra to, co potrafi bardzo dobrze a w tej chwili może i najlepiej ze wszystkich – klasyczny amerykański death metal, choć przecież są z Nowego Jorku, nie z Florydy. Ten album to dwanaście utworów (ostatni to bonusowy numer) i prawie pięćdziesiąt minut czystego, miażdżącego kości i duszę death metalu, podanego w niesamowicie głębokim, niskim sosie brzmieniowym. Tutaj nawet wokal jest potężniejszy niż gitary na niektórych płytach. No i te wszystkie zwolnienia, złamania tempa i gitarowe melodie! Ta perkusja, która jest jak pociąg towarowy załadowany po same brzegi! Coś niesamowitego. W tej chwili, to płyta roku. Wiem, jeszcze dużo czasu do końca 2017 ale nawet jeśli pojawią się kolejne wspaniałe albumy, to nie sądzę by „Atonement” wypadł poza podium. Koniec pisania, wskakuję do walca!

Ocena: 10/10


Immolation - "Atonement". Nuclear Blast, 2017 rok, numer katalogowy 27361 35110.






"Atonement" na Discogs:

wtorek, 7 marca 2017

D aphelium, czyli okładka roku.

Przy okazji tej płyty, przypomniały mi się lata dziewięćdziesiąte. Wtedy, jednym z czynników, który decydował o zakupie kasety, była okładka bądź logo. Im bardziej mroczna i szatańska, tym lepiej. W tym przypadku nie możemy mówić o szatańskości, jednak to tak ciekawa okładka, że kupiłbym tę płytę dla niej samej. Zaczarowała mnie i co chwilę się na nią gapię. Zaryzykuję stwierdzenie, że jest i będzie to dla mnie okładka 2017 roku. Płyta tak daleko nie zajdzie, ale to naprawdę ciekawy materiał.


Szwedzki projekt D aphelium (co za nazwa! - już tłumaczę: aphelium to punkt na orbicie ciała niebieskiego najbardziej oddalony od Słońca; D pochodzi pewnie od imienia jedynego członka projektu) to bardzo młody twór, który powstał w 2016 roku. Za wszystkim stoi jeden człowiek – D. Seestrand. „Sprungen ur lust” to prawie czterdzieści minut (osiem utworów) ciekawego i zróżnicowanego black metalu. Fajnie, że materiał został wydany przez naszą Wolfspell Records, bo pozwoli to im wyrwać się trochę z kleszczy tzw atmosferycznego black metalu, z którym są kojarzeni. D aphelium to kompletnie inna bajka od Kalmankantaja czy Hermodr. Tu nie ma tej dominującej jednostajności, nostalgicznych klimatów, czy jesiennych melodii. Oczywiście, bywają takie fragmenty, ale to tylko fragmenty, bo trzonem dla muzyki szwedzkiego projektu jest po prostu black metal. Nie jakiś przesadnie jadowity i piwniczny, ale nadal z mocą i uderzeniem. Brzmieniowo mam skojarzenia z latami dziewięćdziesiątymi co akurat działa na plus. Podobają mi się ciekawie i z umiarem użyte klawisze (choć bywają momenty, kiedy pasują do reszty jak ja do kościoła) oraz sporo zmian tempa. Czasami odnoszę wrażenie, że Szwed nie mógł się zdecydować, co chce grać i momentami powoduje to bardzo częste zmiany klimatu, ale po kilku odsłuchach nie zwracam już na to uwagi. Nie zmienia to faktu, że w przyszłości nasz bohater mógłby być bardziej zdecydowany. Płyta nie nudzi, czasami pozytywnie zaskakuje mnogością rozwiązań i aranżacji, czasami jest ich za dużo i lepiej byłoby postawić na prostotę. Dla D aphelium to jednak dopiero początek drogi i rozumiem, że niektóre rzeczy wymagają dotarcia. Nie ulega jednak wątpliwości, że potencjał jest i warto wypatrywać kolejnego albumu.
Cieszy fakt, że takie materiały są dostrzegane i ktoś je wydaje. Nie jest to żadna muzyczna rewolucja, nikt tu niczego nie odkrywa, ale przecież płyty odkrywcze czy przełomowe to rzadkość. Solidna porcja ciekawego black metalu, który po prostu momentami wymaga więcej konsekwencji od autora. To jeden z tych debiutów, który pozwala spoglądać z nadzieją w przyszłość i ja to czynię.
Ocena: 7/10
D aphelium - „Sprungen ur lust”. Wolfspell Records, 2017 rok, numer katalogowy Spell 044. 




"Sprungen ur lust" na Discogs:

niedziela, 5 marca 2017

Z miłości do thrashu.

Pod koniec 2016 roku życzyłem sobie dwóch spokojnych miesięcy w 2017, bym mógł nacieszyć się wszystkimi świetnymi płytami z poprzedniego roku. Dostałem je, nacieszyłem się. Przyszedł jednak marzec i czas wreszcie napisać o czymś świeżym. Stosik oczekujących materiałów urósł, więc zabieram się do roboty. Za którą nikt mi nie płaci, ale dzięki temu nie muszę nic. Piszę o czym chcę i kiedy chcę. To tak jak zespół, o którym w tym tekście będzie mowa. I fajnie, że takie kapele wciąż istnieją i wciąż im się chce.  




Jakiś czas temu, przy okazji ostatniej płyty Testament (tutaj), pisałem, że jak thrash to najlepiej z weteranami. Bo oni potrafią i wiedzą o co chodzi w tej muzyce. Nowa płyta krakowskiego Hellias jest na to kolejnym dowodem. Panowie są weteranami bez wątpienia i właśnie wydali swój piąty pełny album. Nie jest to oszałamiająca liczba, biorąc pod uwagę, że istnieją od trzydziestu lat. Czy to coś zmienia? Nie, bo primo – nie ilość a jakość, secundo – ich historia prosta nie była, tym bardziej docenić należy fakt wydania kolejnego albumu. Solidnego i naprawdę dobrego albumu. Thrash to taka fajna muzyka, którą można grać na kilka sposobów. Jedni robią to na wesoło, inni epicko a jeszcze inni na zwyczajnym wkurwie. Hellias w pewnym stopniu łączy te wszystkie elementy, jednak tym co dominuje na płycie jest najzwyczajniej w świecie luz. Słychać, że tu nikt nic nie musi, że oni po prostu to kochają, bawią się tym i daje im to masę satysfakcji. Bo przecież pieniędzy z tego nie będzie. Ale thrash i generalnie metal, to przecież nie pieniądze. Chodzi o to by się dobrze bawić a przy okazji powiedzieć coś ważnego, wykrzyczeć swój gniew no i oczywiście wypić kilka piw. Taka jest ta płyta. Momentami zaskakuje poziomem wkurzenia i gniewu, by za chwilę zaprosić nas do dobrej zabawy w gronie kumpli. I gdy już wychylimy pierwszy kufel pojawia się trudny temat i znowu wkraczamy w świat dyskusji ideologicznych. Na szczęście wszyscy mówimy jednym głosem i powszechna zgoda powoduje, że po chwili ruszamy do tańca a głowy same wirują.

Fajnie się tej płyty słucha. Daje dużo radości wyłapywanie poszczególnych smaczków oraz sama gra muzyków. Jak na weteranów przystało, panowie wiedzą jak trzymać instrumenty i co z nimi zrobić. Dopełnia to wszystko dobre, mocne brzmienie, jednocześnie selektywne i takie po prostu skrojone pod thrash. Jest moc i zadziorny klimat. Bardzo fajnym zabiegiem było zaproszenie kilku znanych postaci ze sceny. Mamy tu między innymi wokalistę Holy Death, Cemetery Of Scream czy mojego dobrego kumpla Sierścia z Czterech Szmerów (pozdrowienia!).

Podsumowując – fajnie, że są wciąż takie zespoły jak Hellias. Warto kupować takie płyty, bo jeśli tym facetom wciąż się chce i robią to z nieskrywaną radością, to zasługują na to, by wysupłać trochę złociszy i dostać tym sposobem jakieś wsparcie. Choć przecież nie o kasę chodzi. Chodzi o metal. 

Ocena: 8/10


Hellias - "Eight Cardinal Sins". Thrashing Madness, 2017 rok.






"Eight Cardinal Sins" na Discogs:

czwartek, 2 marca 2017

Nad warmińskimi jeziorami.

Są takie płyty, których nie słucha się na co dzień. Potrzeba dla nich określonego otoczenia, klimatu, nastroju. Nie każdy album w każdej chwili naszego dnia jest odpowiedni, nie każdy będzie dobrze korespondował z ciszą nocy. Nie każda płyta zakręci się w odtwarzaczu kiedy jesteśmy radośni i nie każdą puścimy gdy nastrój minorowy. Są też płyty, których nie słuchamy na co dzień, bo po prostu nie są tak dobre. Ale zdarza się to przecież i tym dobrym. Są wreszcie takie płyty, których nie słuchamy często, bo po prostu są inne od reszty muzyki, którą kochamy. I to jest właśnie taka płyta – inna, choć bardzo dobra.


Są takie płyty, których nie nagrywa się na co dzień. Szczególnie, gdy jest się metalowym zespołem. Nie nagrywa się ich jednak często, bo po prostu nie są metalowe. Korespondują jednak z metalem, szczególnie tym zorientowanym na tematykę rodzimowierczą. Jednak eksperyment to tylko eksperyment, chleb powszedni to mocne uderzenie. A jeśli nawet nie rozpatrywać tego w kategoriach eksperymentu, tylko materiału przemyślanego i zamierzonego, to i tak nikt nie robi tego co chwilę. Do tego potrzeba innego rodzaju natchnienia i innej wrażliwości, której nie doświadczamy codziennie. I taka właśnie jest ta płyta. Posiada zupełnie inną wrażliwość i skłania do zupełnie innej zadumy.  


fot. fb Stworz

Stworz to ciekawy zespół. Bardzo go sobie cenię, bo podoba mi się ich podejście do tematyki rodzimej wiary, słowiańskich (i nie tylko) tradycji i kultury. Pisałem już o tym tu, przy okazji albumu „Zagony Bogów”, ale powtórzę – to bardzo świadome, pełne pokory podejście, bez palenia, mordowania i wojny na każdym kroku. Ostatnim wydawnictwem zespołu jest płyta „Na Trzy Strony Słońca”, wydana w 2016 roku. Materiał nie na co dzień i nie co dnia nagrywany. Materiał potrzebujący swojej chwili, by przysiąść i posłuchać oraz spontanicznej potrzeby wyrażenia innej wrażliwości by go nagrać. Na płycie mamy zapis dwóch sesji nagraniowych. Pierwsza to sześć utworów pochodzących z 2016 roku, będących wg mnie totalnie spontanicznym przedsięwzięciem. Jak pisze sam autor, utwory inspirowane są palinockami u brzegu warmińskich jezior, w co łatwo mi uwierzyć. Wiem jak piękna i czarująca jest Warmia i rozumiem, że takie noce bez problemu wzbudziły artystyczny zew. Utwory są krótkie, proste, instrumentalne i akustyczne. Czasami to wręcz zwykłe plumkanie przy ognisku, ale z urokiem i ciekawymi melodiami. Dobrze wprowadza nas w drugą część płyty którą tworzy dziewięć utworów dużo bardziej rozbudowanych, również akustycznych i wydanych w 2010 roku jako EP o tytule „Słońcakres”. Tu już aranżacje i instrumentarium są dużo bogatsze. Tu wszystko powstało jako dzieło zamierzone i słychać, że Stworz po prostu coś takiego nagrać chciał. Słuchając „Na Trzy Strony Słońca” nie można uciec od skojarzeń z Kveldssanger Norwegów z Ulver (o niej tutaj), ale to jednak zupełnie inna bajka. Tu nie ma wokali no i melodie inne, bo z naszych stron. Oczywiście to co łączy obie płyty to to, że są akustycznymi materiałami nagranymi przez zespoły metalowe. Komu wyszło to lepiej? Na szczęście to nie zawody, obie mają swój urok i czar, obie potrafią urzec. Szczególnie gdy człowiek cały tydzień spędza zamknięty w betonie wielkiego miasta.  




Muszę jeszcze wspomnieć o pięknym wydaniu płyty. Kolorystyka, zdjęcia, grafiki, malunki. Bardzo przyjemnie się to ogląda i wspaniale koresponduje to wydanie z muzyką.  

Stworz - "Na Trzy Strony Słońca". Werewolf Promotion, 2016 rok, numer katalogowy WP-CD48.






"Na Trzy Strony Słońca" na Discogs: