wtorek, 28 lutego 2017

Afro, czyli problem.

Pamiętam mój pierwszy kontakt z tą płytą. To był 1995 rok, nowe albumy poznawało się wtedy w ilościach hurtowych, szczególnie te pochodzące z Norwegii. Wiele z nich szybko przepadło, jeszcze więcej zostało na dłużej ale nie mogę o wielu z nich powiedzieć, żebym pamiętał pierwsze spotkanie. Tu jest inaczej, pewnie za sprawą jednego zdjęcia. Wkładkę „Heart Of The Ages” (poznawałem ten album na kasecie) zdobi charakterystyczne zdjęcie grupy ludzi przy ognisku. Kilku z nich nijak się ma do wizerunku black metalowca z lat dziewięćdziesiątych. Szczególnie jeden facet posiadający konkretne afro. No i tak, dzięki tej fryzurze, moment pierwszego spotkania z debiutem In The Woods, mocno wbił mi się w pamięć. Co jeszcze zapamiętałem? Że okładka i nazwa były jak najbardziej w klimacie, niestety muzyka wtedy do mnie jakoś mocniej nie trafiła. Panowie odeszli na bok, bo na ich miejsce w magnetofonie czekała kolejka innych mrocznych dzieł z krainy fiordów.


Afro na lewo od ognia

I tak czas płynął a ja gdzieś zawsze się z tym albumem mijałem i ilekroć słyszałem ich nazwę, przypominałem sobie o afro a ono otwierało skojarzenie z muzyką, która nie do końca do mnie trafiła. Po kilku latach wreszcie przysiadłem do „Heart Of The Ages”. Tak porządnie, ze skupieniem, poświęciłem czas bo wreszcie zrozumiałem, że głupia fryzura nie będzie mnie zniechęcała. No i oczywiście, jak to zwykle w moim przypadku bywa, uświadomiłem sobie błąd. Straciłem kilka lat obcowania z tym bardzo dobrym albumem. Z drugiej strony, nic strasznego się nie stało, może dzięki temu miałem czas na poznanie kilku innych? Moc debiutu In The Woods uświadomiłem sobie jednak dopiero niedawno. Udało mi się dorwać pierwsze wydanie na CD, chwilę później zmieniłem sprzęt grający na kilka klas lepszy i kiedy odpaliłem „Heart...”, w pełni przekonałem się o nietuzinkowości i wyjątkowości płyty, nagranej w czasach największej diabelskości Norwegii.

Nie da się ukryć, ża wyprzedzała swój czas i obok równie wizjonerskiego „Min Tid Skall Komme” Fleurety (wydany w tym samym roku) położyła podwaliny pod to, co dziś wielu lubi nazywać post black metalem. Ja tej nazwy nie lubię, stwierdzam więc po prostu, że „Heart Of The Ages” to płyta, której wizjonerstwo było wielkim atutem ale także przekleństwem. Wydana kilka lat później byłaby w pewnym momencie obiektem kultu dla rzesz hipsterów. Z drugiej strony, może dobrze, że nie jest. Hipsterzy niech pozostaną na Placu Zbawiciela, to wystarczająco daleko od norweskich lasów. 

In The Woods - "Heart Of The Ages". Misathropy Records, 1995 rok, numer katalogowy AMAZON 004. 






"Heart Of The Ages" na Discogs:

czwartek, 23 lutego 2017

Poprzez Śródziemie, ku przeznaczeniu.

"Trzy Pierścienie dla królów elfów pod otwartym niebem,
Siedem dla władców krasnali w ich kamiennych pałacach,
Dziewięć dla śmiertelników, ludzi śmierci podległych,
Jeden dla Władcy Ciemności na czarnym tronie
W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie,
Jeden, by wszystkimi rządzić, Jeden, by wszystkie odnaleźć, 
Jeden, by wszystkie zgromadzić i w ciemności związać
W Krainie Mordor, gdzie zaległy cienie." *  


Przez zielone łąki Shire, ponad strumieniami i wśród zagajników. Dzikimi równinami aż do Rivendell, oazy spokoju i mądrości. Ku Caradhrasowi, groźnie mruczącemu w śnieżnej czapie. A wilki wokół. W dół, do mrocznych otchłani Morii, w których zaległo ogniste zło. Przez cienki most, ku życiu. Ratunek wśród mallornów, w bajkowej krainie Lorien. Czy odważysz się spojrzeć w zwierciadło? Wodami potężnej Anduiny, obok kamiennych władców, ku Amon Hen. Pościg już blisko, kolejna krew. Martwymi Bagnami, wśród dryfujących ciał. Ku Czarnej Bramie, zamkniętej i niewzruszonej. Długimi stromymi schodami, tuż pod Minas Morgul, ku tunelowi, w którym odór i śmierć. Przez wypaloną równinę Gorgoroth, wśród tysięcy wrogów, ku przeznaczeniu. Ku samotnej górze, by wypełnić losy świata. 

"Gakh Nazgi Golug durub-uuri lata-nuut,
Udu takob-ishiz gund-ob Gazat-shakh-uuri,
Krith Shara-uuri matuurz matat duumpuga,
Ash tug Shakhbuurz-uur Uliima-tab-ishi za,
Uzg-Mordor-ishi amal fauthut burguuli.
Ash nazg durbatuluuk, ash nazg gimbatul,
Ash nazg thrakatuluuk, agh burzum-ishi krimpatul
Uzg-Mordor-ishi amal fauthut burguuli." **



The Passing of the Grey Company” to mój ulubiony utwór z ulubionego albumu Summoning – „Minas Morgul”. Pozwoliłem sobie więc streścić w kilku zdaniach trasę Drużyny poprzez ziemie Śródziemia. Album, wydany w 1995 roku, był sporym zaskoczeniem i swego rodzaju novum. Tak szerokie oparcie się o twórczość Tolkiena, nawiązanie muzyką do klimatu Świata przez niego stworzonego i ogólny koncept – wszystko to budowało całkiem nowy obraz black metalu i jego koneksji z literaturą, czy szerzej – ze sztuką. Summoning pokazał też, że uniwersum wykreowane przez angielskiego pisarza bardzo dobrze wpisuje się w konwencję gatunku, bez żadnej wizerunkowej straty dla samego zespołu czy założeń black metalu. Wspaniała to płyta i towarzyszka lektury. Jest jak podróż przez krainy Śródziemia i do najdalszych jego zakamarków. Warto się w tę podróż wybrać, bo przecież nigdy nie wiemy, dokąd zaprowadzą nas stopy. 

Summoning - "Minas Morgul". Napalm Records, numer katalogowy NPR013.




"Minas Morgul" na Discogs:
https://www.discogs.com/Summoning-Minas-Morgul/master/57181

* - przekład: Maria Skibniewska
** - Czarna Mowa

poniedziałek, 20 lutego 2017

Dryfowanie drogą cierpienia.

Kilka dni temu odszedł od nas Tony Sarkka, znany także jako IT. Spojrzałem wtedy na półkę z płytami szukając czegoś, w czym maczał palce. Jest tego sporo ale dla mnie wybór był prosty – „Via Dolorosa”. W drodze do odtwarzacza (daleko nie mam) po raz kolejny omiotłem wzrokiem tę niezwykłą okładkę, tak bardzo nie metalową, tak bardzo odstającą od wszystkich okładek lat dziewięćdziesiątych. A potem wcisnąłem play i po raz kolejny pozwoliłem się ponieść tym niesamowicie rozbudowanym, klimatycznym pasażom. Całkowicie oddałem się muzyce i pozwoliłem nieść się z prądem. Ten album chwyta Cię w całości i powoli unosi nad ziemię. Nie porywa, nie demoluje, nie niszczy. Jest konsekwentny i wyrachowany a zarazem pełen pasji, uniesień i smutków. Przez ten album się dryfuje, czasami tylko zrywając się do skoku jak pojedyncze uderzenie wiatru, szarpiące żaglem. A potem wszystko wraca do normy. Dookoła tylko muzyczne pola, ciągnące się po horyzont i w swej złożoności tak proste, jak budowa łodzi, którą płyniemy.  


Ophthalamia, zespół założony pod koniec lat osiemdziesiątych, jest dla mnie jednym z najlepszych black metalowych tworów pochodzących ze Szwecji. Niebanalny, z pomysłem i masą zawirowań personalnych. Można powiedzieć, że był to taki super zespół, bo przewinęło się przez niego wielu znanych z innych kapel muzyków. Za wszystkim stoi IT, który stworzył swój własny fantastyczny świat, z językiem, wierzeniami, geografią. Nazwał go właśnie Ophthalamia. Teksty większości wydawnictw odnoszą się właśnie do tego uniwersum. No i te tytuły! Chyba nie ma zespołu, który miałby dłuższe tytuły numerów. I chyba żaden nie ma tak poetyckich.
Via Dolorosa to droga cierpienia, droga, którą Jezus przemierzył z krzyżem na ramieniu. Jeśli taka była ta jego ostatnia wędrówka, to się na nią piszę. Ciekawe który kawałek podobał mu się najbardziej?  

IT

Ophthalamia - "Via Dolorosa". Peaceville Records, wznowienie z 2009 roku. Numer katalogowy CDVILED226. 




"Via Dolorosa" na Discogs:

środa, 15 lutego 2017

Muzyczne runy.

Nie zdradzę wielkiej tajemnicy, pisząc, że moim ulubionym gatunkiem muzycznym jest metal. W zasadzie musiałbym tu dodać, że najważniejszym elementem, który decyduje o tym ,czy muzyka ma szansę do mnie trafić, jest obecność gitary, najlepiej elektrycznej. To ważny czynnik, bo pozwala mi słuchać także Pink Floyd czy Dire Straits. Generalnie jednak, dziewięćdziesiąt dziewięć procent muzyki słuchanej przeze mnie od lat dwudziestu pięciu stanowi metal. Szybko tu jeszcze dodam, że lubię muzykę klasyczną ale bardzo wybiórczo.
Nie zdradzę też wielkiej tajemnicy, pisząc, że nie przepadam za wszelkiego rodzaju modami, trendami, chwilowymi gwiazdami i bogami jednego lata. Ja jestem raczej przekorny i jeśli wszyscy na hura biegną w lewo, to ja sobie powoli skręcam w prawo lub co najwyżej stoję po środku i czekam co z tego wyniknie. Kiedy więc pojawia się nagle jakiś wykonawca, który momentalnie wszystkich odurza, jestem trochę nieufny i sceptyczny. Czasami to się opłaca (Batushka), czasami nie (Mgła). Nie przeszkadza mi taka postawa, bo w najgorszym wypadku stracę może kilka miesięcy od premiery takiej płyty ale i tak posłucham, w najlepszym – nie będę marnował czasu na szajs.

A teraz składamy dwa pierwsze akapity w całość i otrzymujemy jedno słowo: Wardruna.  


Gitar elektrycznych nie stwierdzono. Metalu nie stwierdzono. Był szał? Był. Stąd ominęły mnie dwie pierwsze płyty i poznałem ich dopiero w tym roku, po zakupie trzeciej. Premierę miała w październiku 2016 więc jak widzicie, dałem sobie trochę czasu. W przypadku tego konkretnego zespołu trzeba dodać jeszcze trzeci czynnik, bądź trzeci akapit i wtedy dostaniemy pełny obraz. Chodzi mianowicie o folk, metal folk, granie tradycyjne czy jakkolwiek to nazwiecie. Poza kilkoma ciekawymi płytami (do policzenia na palcach jednej ręki) nie ma w tym graniu nic co by mnie urzekało a kiedy w latach dziewięćdziesiątych stało się to bardzo modne i każdy chciał grać na drzewach i liściach, kompletnie się od tego nurtu oddaliłem bo po prostu nie dało się tego słuchać. I ten czynnik spowodował, jako trzeci, że Wardrunę omijałem szerokim łukiem i nawet związki zespołu ze sceną metalową nie mogły tego zmienić. To wszystko razem było oczywiście jednym wielkim błędem.
I właśnie zaczynam go naprawiać.  


Nie znam dwóch pierwszych płyt, jednak trzecia to czysta magia. Niezwykły rytuał poświęcony runom, opowiedziany z wielkim oddaniem i szacunkiem dla przeszłości. Zarazem jednak nie jest to jakaś skamielina, coś archaicznego i dziś już nieprzystępnego. To muzyka świeża, na co dzień oddychająca teraźniejszością, wspaniale kłaniająca się przeszłości. Użycie tradycyjnych instrumentów oraz zastosowanie nietypowych aranżacji i dźwięków pogłębia wrażenie obcowania z czymś z innej epoki, z innego świata, innego wymiaru i innej mitologii. „Runaljod - Ragnarok” zamyka trylogię poświęconą 24 runom tzw Starszego Futharku. Każdy utwór opowiada o innym symbolu. Z tego tytułu w książeczce znajdziemy nie tylko teksty (z przekładem na angielski) ale także krótkie wprowadzenie w tematykę runów. Bardzo ciekawy pomysł i świetne uzupełnienie muzyki.
Dla mnie przygoda z Wardruną dopiero się zaczyna i już nie mogę się doczekać poznania pozostałych albumów. Wiem, że to będzie podróż do dawno zapomnianej krainy, jednak takiej, do której się tęskni. Do świata baśni, ale i do świata krwawych bitew, rozpostartych żagli i ofiarnego dębu w Uppsali. Do świata, który choć dziś wydaje się magiczny, kiedyś był ciałem i krwią. Tak jak muzyka Wardruny.  

Wardruna - "Runaljod - Ragnarok". ByNorse Music, 2016 rok, numer katalogowy BNM002CD.




"Runaljod - Ragnarok" na Discogs:

poniedziałek, 13 lutego 2017

Sehr gut!

Dwudziestego siódmego stycznia premierę miał nowy album legendy niemieckiej sceny thrash metalowej, Kreatora. Zatytułowany jest „Gods of Violence”, co jest dość przewrotne, bo to album miękki, wygładzony i popowy. Z thrash metalem ma wspólnego tyle, że nagrał go Kreator. Nie będziemy mu więc poświęcali więcej miejsca, bo nie warto. Był on jednak jednym z czynników, dzięki którym powstał ten tekst. Kolejny to dwa słowa – niemiecki thrash. Kiedyś znaczyły one bardzo dużo, tamtejsza scena wytyczała trendy, kierunki i była jednym z liderów gatunku. Ten czas już minął, ale nadal możemy tam znaleźć kapele, które są wierne swojej drodze i potrafią nagrać dobre, agresywne albumy.


Na początku tego roku, przekonałem się, że 2016 był dla niemieckiego thrashu bardzo udany. Wiem, późno, ale w poprzednim roku mieliśmy tyle wspaniałych premier z kręgu black i death metalu, że thrash gdzieś mi uciekł. Szczególnie, że do tych dwóch pierwszych gatunków mi ostatnio bliżej. W ciągu kilku ostatnich tygodni poznałem trzy świetne albumy. Dwa z nich są dziełem niemieckich drugoligowców, choć powiem szczerze – dają im one awans do ekstraklasy. Twórcy trzeciego zawsze w tej ekstraklasie grali i kiedyś, dawno temu byli tak wielcy jak Kreator. Teraz nie są tak medialnie rozdmuchani ale przynajmniej grają swoje. Bez zbędnego gwiazdorzenia i parcia na szkło.  




Sodom, Exumer i Darkness. Trzy nazwy świetnie znane każdemu wielbicielowi thrashu. Nie tylko niemieckiego. Pierwszym zespołem z tej trójki, który poznałem, był Darkness. Możecie przeczytać o tym tutaj. Potem był Sodom (wraz z Kreatorem) no i Exumer. Nigdy nie byłem wielkim fanem tych trzecich, ale ich ostatni album - „The Raging Tides” - mocno to zmienił. Płyta jest wprost świetna! Chyba najlepsza z tej trójki. Agresja, pazur, cięte riffy i brzmienie o ostrości samurajskiego miecza. Nie ma tu zbędnych momentów, niepotrzebnych przestoi czy grania na jedno kopyto (jak Kreator). Płyta niesie nas z prędkością pociągu ekspresowego, urzekając po drodze bardzo inteligentnie skonstruowaną melodyką. Darkness pokazał, że proste rozwiązania są najlepsze. Po co kombinować, gdy wystarczy sięgnąć pamięcią do własnych początków, doprawić to kilkoma dosłownie nowościami w zakresie aranżacji i przepis na dobry album gotowy. „The Gasoline Solution” to płyta ciekawa, o charakterystycznym chrypiącym brzmieniu i z naprawdę ciekawymi riffami. Nie wciąga po piętnastu sekundach ale po czterdziestu już tak. Album ten na głowę bije ostatnie dokonania Kreatora, a przecież to zawsze byli drugoligowcy. Już nie. No i na koniec „Decision Day”, ostatni album Sodom, odwiecznego reprezentanta ekstraklasy. Trochę się bałem tej płyty, choć kiedy usłyszałem, że będzie, poczułem podekscytowanie. Bałem się, bo po pierwsze – nie miałem pewności czy panowie z Gelsenkirchen nie pójdą drogą zespołu na K. Po drugie – kawałek wybrany na singiel nie powalił i szczerze mówiąc nie zachęcił do natychmiastowej wizyty w sklepie. Teraz nadal uważam, że to najsłabszy numer na płycie, ale cała reszta to świetna robota. Sodom ma nadal to coś. Ten gen agresji, ten zadziorny pazur, tę moc łączenia spraw ważnych z piekielnymi ideami. Zaczyna się to już na okładce (w pierwszej chwili wydała mi się bardzo kiczowata, ale już ją lubię) a potem wystarczy poczytać teksty. No i nadal Tom i spółka świetnie wplatają w ten swój thrash epickość i podniosłość, nie tracąc przy tym solidnej dawki kopa w zadek. Bardzo dobry album.

A w zasadzie wszystkie trzy. Niemiecki thrash metal. Te słowa nadal dużo znaczą. Oby tak pozostało. 


Darkness - "The Gasoline Solution". High Roller Records, 2016 rok, numer katalogowy HRR517CD.



 Discogs:


Exumer - "The Raging Tides". Metal Blade Records, 2016 rok, numer katalogowy 3984-15443-0.



Discogs:


Sodom - "Decision Day". Steamhammer/SPV, 2016 rok, numer katalogowy SPV270600CD.



Discogs:

czwartek, 9 lutego 2017

Oddech Metalowego Świata.

Wiele lat, dla mnie chwil, kocham ten album. Lat dłuższych, krótszych, lepszych i gorszych. Wszystkie jednak są jak chwile, bo nigdy nie będzie mi dane nacieszyć się tym albumem w pełni, nasycić się. Ilekroć zaczyna się pierwszy utwór, odkrywam tę płytę na nowo, uczę się jej i rozkoszuję. Zawsze, zawsze odkryję jakiś nowy smaczek. Gdy lata temu, wychowywany w lesie przez wiedźmy, usłyszałem go po raz pierwszy, porwał mnie obłęd. Ileż razy wyśpiewałem do księżyca pieśń o córce, by wzięła perły ziemi! Ileż razy płakałem nad losem stryja! Ileż łez uroniłem myśląc o gnijącej w lochach dziewczynie, której czoło raniły ciernie! Ileż nocy nie przespałem myśląc o diabelskim domu, gdzieś, na końcu światów.

Wiele lat, dla mnie chwil. Wiele chwil, a zdaje się, że najwyżej jedna. A to nigdy dość! Ta płyta to istne bramy żądz, raz przekroczone – nie wypuszczają. Zamykają się za tobą z trzaskiem, opada pył i znajdujesz siebie w Wymarłym Świecie. Otoczony zewsząd jego Oddechem. 




I ani przez moment nie chcesz uciekać.

No bo dlaczego? Skoro właśnie trafiłeś do tak bogatego muzycznie świata? Wymarły jest tylko na okładce. Jego wnętrze to czysta metalowa uczta. Taka, której nie opuszcza się po pierwszym daniu, taka, której nie kończysz nawet po deserze. Jesteś jak ten Francuz z Monty Pythona, który po opróżnieniu stosu talerzy, chce jeszcze. I co z tego, że możesz wybuchnąć? Tu rozum nie ma głosu, tu liczy się dziki głód. Dziki głód dźwięków, słów i emocji.

Bo to jeden z najwspanialszych metalowych albumów w historii gatunku. 




Tak, te słowa padły z pełną świadomością i odpowiedzialnością za nie. Jest to dla mnie najlepszy polski metalowy album w historii gatunku i jeden z najlepszych jakie zrodził Świat. Płyta, która towarzyszy mi od ponad dwudziestu lat i nie jestem w stanie policzyć jak wiele razy ją słyszałem. Jak wiele razy zdzierałem gardło na koncertach do „Mag-Sex” czy w leśnych ostępach chrypiałem słowa z „Głosu z Ciemności”. Tu każdy fragment zapada w pamięć i jest wyjątkowy, tu każde słowo Romana ma moc dziesięciu innych. Do tej pory mam ciarki za każdym razem gdy on pyta czy Bóg to mój wróg? A ja przecież wiem, znam odpowiedź od tylu lat. Ale zawsze czekam na to pytanie. Do tej pory mam ochotę chwycić za nóż, gdy on śpiewa o tym rdzawym, którego czas już naostrzyć. I tak podczas każdego utworu.

Dzieło wybitne, ponadczasowe i wiem, że choć grób to strach to może i nad moim, ktoś, kiedyś usłyszy ten krzyk i porwie go obłęd. Bo z wilka wilk, z nędzy nędza a z krwi krew. A z metalu Oddech. Oddech Wymarłych Światów. Oddech Metalowego Świata. 


No to jeszcze raz!

KAT - "Oddech Wymarłych Światów". Wydanie Metal Mind Records z 1994 roku. Numer katalogowy MMPCD 0017.






"Oddech..." na Discogs:

wtorek, 7 lutego 2017

Klechdy pośród bezdroży.

Słuchając tej płyty czuję, jakbym wędrował zapomnianymi, kiepsko ubitymi drogami Podlasia czy Małopolski. W promieniach zachodzącego słońca, z letnim żarem na twarzy, w otoczeniu unoszącego się pyłu. Spacerował po polach i lasach, jesiennym dniem i zimową nocą. Czasami spotkałbym niepokojąco uśmiechniętą staruszkę, czasami młodą parę w otoczeniu weselników. Natknąłbym się na zapadające się wioski ukryte pośród lasów, samotne chaty, do których strach wejść. Zaraz potem trafiłbym w sam środek pradawnego obrzędu, trudno jednak powiedzieć, czy bardziej przerażającego czy wesołego. Wszystko byłoby rozmyte, jak w jakimś transie. Szedłbym tak i poznawał te wszystkie zapomniane miejsca, odsądzone od czci i wiary, przesiąknięte dawną mądrością i ludową duchowością. Zatopiłbym się w tym samotnym wędrowaniu i jedynym celem byłby horyzont. Myśli i ducha.


No i się zatopiłem. W „Klechdach” przepadłem, bo są jak baśń, jak prastara opowieść nagle odkryta przez głodnego Świata brzdąca. Z wypiekami na twarzy odkrywającego coś, co kiedyś BYŁO, a teraz jest głęboko ukryte. Zapomniane i nie dla wszystkich dostępne. Choć przecież bliskie, bo jest wśród nas. Nie mamy jednak czasu by to dostrzec, by posłuchać. Dlatego siedzi głęboko wśród kniei i milczy. Czeka. Może dzięki temu malcowi kiedyś powróci?




„Klechdy” to płyta bardzo mocno przesiąknięta ludowością, pierwotnym śmiechem i mrokiem zarazem, czarem babcinych opowieści i zaklęciami wiedźmy. I dlatego jest tak niesamowita. Thy Worshiper konsekwentnie idzie w takim kierunku i słychać, że wie jak to robić. Co prawda poprzedni album mnie nie zachwycił, jednak postanowiłem „Klechdom” dać szansę. Fakt, zabierałem się jak pies do jeża, wiedziałem jednak, że prędzej czy później posłucham. Bo Thy Worshiper to dla mnie ważny zespół, o czym możecie przeczytać tutaj.

Album jest długi, to aż dwie płyty CD. Wolę pierwszą, ma dla mnie bardziej niesamowity, tajemniczy klimat. Prastarego obrzędu, ciemnego lasu i tajemniczych chat. Wianków rzucanych na wodę, uwielbienia dla gromu i czaru rusałki. Nie znaczy to oczywiście, że druga płyta mi nie podchodzi. Jest bardzo dobra, po prostu nie tak wyrazista. Generalnie lwią część tego albumu budują niesamowite, wspaniałe żeńskie wokale. Nie mogę zapominać o bogatym instrumentarium i niebanalnych aranżacjach, ale gdyby nie te wokale, nie wędrowałbym tymi zapomnianymi drogami. No i jest tu sporo solidnego, metalowego grania.

Ocena: 9/10 

Thy Worshiper - "Klechdy". Arachnophobia Records, 2016 rok, numer katalogowy ARA029.







"Klechdy" na Discogs:

czwartek, 2 lutego 2017

Księżycowe noce.

Wszystko zaczyna się gitarą. Spokojną, ale zwiastującą burzę. Gitarą trzymaną na uwięzi, jak dzikie zwierzę, które zaraz zaatakuje. Potem dołączają bębny. Jakby z oddali, przytłumione, wybijające marszowy rytm. Piekielne kotły zagłady. Wreszcie, po chwili, atakuje pełne instrumentarium. Spokojnie, powoli, bez nawałnicy. Wokalista wypowiada pierwsze, jakże ważne słowa. Wciąż panuje spokój, zero szaleństwa, za to tony gęstego, mrocznego, czarnego klimatu. I znowu sama gitara, jak ta z początku. I już wiadomo, że za chwilę ruszą, że nadejdzie cios. Bo wreszcie nadejść musi. I oczywiście nadchodzi. Rytmicznie, żwawo ale bez gonitwy, ze wspaniałymi klawiszami w tle, mkną przez księżycową noc. Klimat tego fragmentu jest tak powalający, że mógłby trwać trzy razy dłużej. Na koniec dostajemy porcję black metalowej rzezi poprzecinanej zwolnieniami. Nad całym utworem unosi się gęsta czarna mgła, potęgowana przez bardzo ciekawy tekst. Całościowo jest to utwór prawie doskonały, jeden z najlepszych jakie stworzyła norweska scena. Księżycowe Noce. Najpiękniejsze, gdy śnieg pokrywa daleką północ.  




„Lunar Nights” to ósmy utwór na debiutanckim długograju Carpathian Forest - „Black Shining Leather”. Zawsze lubiłem i szanowałem ten zespół, bo w czasie gdy pozostali wielcy norweskiej sceny odbierali nagrody grammy, zaczynali grać totalną popelinę czy w jakikolwiek inny sposób rozmieniali się na drobne, Carpathian Forest wciąż dumnie bronił tronu zła. „Black Shining Leather” usłyszałem po raz pierwszy w roku jego premiery, czyli w 1998. Norwegia już wtedy była w ogromnym kryzysie i nie obiecywałem sobie wiele po tej płycie. Stało się jednak inaczej, urzekła mnie od pierwszych dźwięków, a gdy usłyszałem Księżycowe Noce, byłem kupiony totalnie. Zakochałem się w tym utworze i kocham go do dziś. Nie znaczy to, że nie doceniam reszty albumu (jest tu też przecież wspaniały cover The Cure - "A Forest"!). Lubię go jako całość bardzo, ale szczerze przyznaję – "Lunar Nights" są tu absolutnym szczytem. Wspaniały utwór, świetny album, jedno ze świadectw norweskiej potęgi lat dziewięćdziesiątych.





Posiadam wydanie "Snakeskin digipack" (imituje skórę węża). Avantgarde Records, 1998 rok, numer katalogowy AV031.






"Black Shining Leather" na Discogs: