wtorek, 31 stycznia 2017

Pieśni zmierzchu.

Lata dziewięćdziesiąte to dla Norwegii okres wielkiej, black metalowej świetności. Szczególnie ich pierwsza połowa, choć oczywiście w drugiej też znajdziemy bardzo udane albumy. Ilość zespołów wypływających z fiordów na szerokie wody światowego uwielbienia była spora, jednak tak naprawdę tylko kilka zostawiło po sobie wielkie dzieła. Jest to rzecz jasna kwestia sporna, bezsporne natomiast jest to, że wszyscy ci panowie byli bardzo źli i w początkowym okresie swojej twórczości nie brali pod uwagę najmniejszego nawet złagodzenia wizerunku. Muzyka była doprowadzana do ekstremum, tak samo wokale. Nie wyobrażałem sobie wtedy, że można zastosować jakieś inne techniki wydawania dźwięków gardłem. Cóż, po raz kolejny Norwegowie okazali się być wizjonerami i pewnego pięknego dnia, pokazali, że można. Nagle okazało się, że większość z tych bardzo złych wokalistów potrafi zaśpiewać czystym głosem! W tamtym okresie był to dla mnie szok. Jednym z takich wizjonerskich zespołów był Ulver. Może wtedy, gdy startowali, nikt tak tego nie odbierał, jednak po latach możemy to stwierdzić z całą stanowczością. Ja poznałem ich dość późno, bo dopiero w 1997 roku, kiedy wydali „Nattens Madrigal” (o niej tutaj). Jako drugi usłyszałem ich debiut, jak na Norwegię wydany późno, bo w 1995 roku, będący jednak przykładem wielkiego zmysłu kompozycyjnego i odwagi – wokale tam zastosowane mogły odstraszyć każdego zwolennika black metalu. Ale to było jeszcze nic. Kiedy pierwszy raz usłyszałem "Kveldssanger" (drugi album, 1996 rok), doznałem szoku. Można tę płytę rozpatrywać na dwa sposoby – jako część black metalowej trylogii Ulver (po trzeciej płycie zespół kompletnie zmienił styl) lub jako samodzielne dzieło będące poniekąd eksperymentem. Broni się w obu przypadkach.  

O ile wcześniej czyste wokale pojawiały się najczęściej w towarzystwie klasycznych black metalowych krzyków, będąc jednocześnie w mniejszości, o tyle tu stanowią one 100% partii wokalnych. I to jakich! Garm już na „Bergtatt” pokazywał, że możliwości ma spore, jednak to co odstawił na „Kveldssanger” to czyste mistrzostwo. Po tym albumie stał się moim ulubionym norweskim wokalistą i to się nie zmienia (na ostatnim Borknagar też dał popis). Dodajmy do tego akustyczne gitary i przepis na szok wśród czarnej braci mamy gotowy. Ani sekundy metalu! Gdy jednak zniknie pierwsze zdziwienie, warto się w ten album zanurzyć. Usiąść na chwilę, zatrzymać się, odpłynąć gdzieś daleko. Magiczne trzydzieści pięć minut pozwala kompletnie oderwać się od rzeczywistości. Słuchając tej płyty byłem już w wielu miejscach, brałem udział w bitwach, obserwowałem drakkary wyruszające na wyprawę, chłodny wiatr smagał moją twarz. Spacerowałem po nieskażonych niczym lasach i wzgórzach, piłem krystaliczną górską wodę i kąpałem się w jeziorach pod zorzą polarną. 

To jeden z tych albumów, który wchodzi w nas głęboko, ale oczekuje wzajemności. Cierpliwych nagradza na lata. Nie pozwala o sobie zapomnieć. Bo jest absolutnym majstersztykiem. Wiele zespołów próbowało być „folk” tak bardzo jak tylko się da, ale nikt nawet nie zbliżył się do atmosfery „Kveldssanger”. A przecież to album zrealizowany tak małym nakładem środków! Czego by nie mówić o późniejszej twórczości Garma (ja jej nie trawię), facet jest genialnym kompozytorem i muzykiem. Pierwsze trzy płyty Ulver to arcydzieła, jedne z największych, jakie pozostawiła po sobie Norwegia lat dziewięćdziesiątych.

„Kveldssanger” można tłumaczyć jako „pieśni zmierzchu”. Nie dajcie się jednak zwieść, słucha się ich wspaniale o każdej porze dnia i nocy.  



Ulver - "Kveldssanger". Head Not Found, numer katalogowy HNF 014.






"Kveldssanger" na Discogs:

czwartek, 26 stycznia 2017

Wojna totalna.

Naprawdę lubię Finlandię. Już o tym pisałem, ale się powtórzę. Za przyrodę, krajobrazy, metal, nawet za język. Spędziłem tam zaledwie kilka dni, ale to wystarczyło bym bardzo chciał wrócić. Z muzycznym obliczem tego kraju po raz pierwszy spotkałem się we wczesnych latach dziewięćdziesiątych, za sprawą trzech zespołów: Beherit, Unholy i Impaled Nazarene. Ci ostatni byli stanowczo najbardziej ekstremalni, a w czasach, gdy chodziło tylko o ekstremę, było to bardzo ważne. Polubiłem ich z miejsca. Banda kompletnych pojebów, tworzących kompletnie walniętą muzykę. Dopiero trzecia płyta, „Suomi Finland Perkele” (ukazała się w 1994 roku), przyniosła jako takie uspokojenie i unormowanie pewnych ram muzycznych. To mój ulubiony album Finów. Za teksty, okładkę, zdjęcia zespołu, sam tytuł no i oczywiście za muzykę. Płyta zawiera kilka absolutnie niepowtarzalnych numerów. Nawet jak na standardy Impaled Nazarene.


Wojna zimowa

W 1939 roku ruskie zaatakowali Finów i rozpoczęła się tak zwana wojna zimowa. Po stu dniach, z wielkimi stratami, musieli sobie dać spokój i upokorzeni wracali do siebie. Jasne, zdobyli pewne terytoria, ale zatrzymała ich malutka Finlandia. Ich, wielkie mocarstwo. O tym delikatnym łomocie (wiwat Simo Hayha!) opowiada numer „Total War – Winter War”. W tekście pojawia się zapowiedź, że jeśli komuchy pojawią się znowu, zginą wszyscy. Tak trzymać chłopaki! Kolejny niezapomniany numer to, uwaga - „Vitutuksen Multihuipennus”. Czemu niezapomniany? Oczywiście dzięki tytułowi! Rozbraja mnie i kompletnie mi nie przeszkadza, że nie do końca go rozumiem. Jak pięknie brzmi! Na „Suomi...” znajdziemy także najbardziej romantyczny utwór fińskich wariatów, czyli „Blood is thicker than water”. Można powiedzieć, że jak na Impaled, to jest to wręcz ballada ;) Tekst natomiast to 100% pościelówy, choć z małym zgrzytem, bo ukochana ginie. Właściwie to oboje giną. No dobra, sielanki nie ma, ale trochę romantyzmu jest. Jest tu wreszcie zajebiście rock'n'rollowy „Let's fucking die”, z bardzo optymistycznym przesłaniem zawartym nie tylko w tytule. Płytę zamyka świetny muzycznie „The Oath of the Goat”, z bardzo długim jak na twórczość liryczną Finów tekstem. No i wreszcie – tytuł samej płyty - „Suomi Finland Perkele”. Suomi to „fiński, Finlandia”, Finland to Finlandia a Perkele to diabeł. Teraz sobie coś sensownego z tego ułóżcie ;)


Fińscy degeneraci gotowi na wojnę

Płyta jest krótka i treściwa, jak wojna zimowa. Musicie sobie więc odpowiedzieć na jedno proste pytanie : „Czy chcecie wojny totalnej? Czy chcecie pieprzonej wojny?” Jeśli tak, a tak powinna brzmieć odpowiedź, odpalajcie „Suomi...” i jazda!

Kiedyś, dawno temu posiadałem kasetę wydaną przez Morbid Noizz, z piękną złotą okładką. Aktualnie jestem w posiadaniu wznowienia na CD, wydanego w 2015 roku przez Osmose Productions. Niestety, wznowienie, ale nie płaczę, bo kolorystycznie jest piękne. Czerń i czerwień!

Impaled Nazarene - „Suomi Finland Perkele”. Osmose Productions, 2015 rok, numer katalogowy OPCD026.






"Suomi Finland Perkele" na Discogs:

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Krew na lodzie.

„Chodźcie, młodsi i starsi. Samotni i kochani. Odrzuceni i wielbieni. Chodźcie wszyscy, opowiem Wam historię. Taką, jakiej jeszcze nie słyszeliście. Taką, która napawa nadzieją ale też przeszywa strachem. Historię o zemście, przeznaczeniu, poświęceniu i tragedii. Chodźcie, nie lękajcie się. Usiądźcie wygodnie przy ogniu, ogrzejcie się. I posłuchajcie.

Opowiem Wam o młodym chłopcu, który ukrył się pod wielkim drzewem, gdy jego wioskę napadnięto. Gdy jego bliscy byli zabijani i porywani. Gdy wleczono ich daleko na północ, on został sam, w lesie. Opowiem Wam jak przetrwał, nauczył się lasu i stał się jego częścią. Dowiecie się jak poznał jego tajemnice i nauczył się rozmawiać ze zwierzętami.

Opowiem Wam o tym, jak spotkał Jednookiego Starca, od którego dowiedział się o swej przyszłości. O tym, co mu pisane i jak tego dokona. Starca, który sto dni i sto nocy szkolił go i uczył wszystkiego, co sam wiedział. Jednookiego, który swą mądrość czerpał z przeszłości tak zamierzchłej, że nie znanej nikomu. Nawet górom i lasom.

Opowiem Wam o mieczu i rumaku, które Starzec mu podarował. Miały mu pomóc w wykonaniu zadania, czekającego na końcu drogi. Prastary, magiczny miecz, o potężnej mocy i ośmionogi, śnieżnobiały rumak, pędzący jak wiatr. Starzec wiedział, że bez nich zadanie nie zostanie wypełnione.

Opowiem Wam o wiedźmie, z głębokiego lasu, która w zamian za młode serce naszego bohatera, dała mu odporność na ciosy. O jeziorze, które dało mu moc widzenia i wiedzy, po tym jak wrzucił do niego swe oczy. Opowiem Wam o Bogach Piorunu, Wiatru i Deszczu dla których miał walczyć.
W ciemnej krainie innego świata. A zaprowadzić go tam miały dwa kruki.

Opowiem Wam o jego ostatniej walce w Dolinie Śmierci, w świecie cienia. Jak szarżował na swym rumaku z mieczem w dłoni. Jak pokonał dwugłową bestię i uwolnił swych bliskich porwanych piętnaście lat wcześniej. O tym jak poświęcił wszystko by tego dokonać i o tym, jak potem ucztował wśród największych bohaterów.

Chcecie posłuchać?”

Jeśli tak, najlepiej puścić sobie „Blood On Ice”, album szwedzkiego Bathory, bo to on właśnie opowiada tę historię. Muzycznie, czyli tak jak Quorthon potrafił najlepiej. Był współczesnym skaldem, snuł opowieści i pilnował tradycji. Bo przecież wszyscy wiemy kim jest Jednooki Starzec, jak nazywa się ośmionogi rumak i kim są Bogowie Pioruna, Wiatru i Deszczu. A jeśli ktoś nie wie, to ma okazję sprawdzić.

Popatrzcie na kruki za oknem, kto wie jaką wskażą Wam drogę.


Bathory – "Blood On Ice". Posiadam wydanie z 2003 roku, czyli wznowienie. Black Mark Production, numer katalogowy BMCD666-12.






"Blood On Ice" na Discogs:

środa, 18 stycznia 2017

Ostatnie pożegnanie, czyli kolejna wędrówka.

Lato się kończy. Czuję to w powietrzu, rześkim i kłującym. Poranna rosa świeżo błyszczy na zielonym dywanie, który przede mną. Ta wędrówka to finalna droga. Nadszedł czas ostatniego rozdziału. Moja ludzka droga się kończy, duchowa rozpoczyna. Powoli pnę się łagodnym zboczem, nie trzymając się kurczowo ścieżki. Chcę się nacieszyć świeżością poranka, lekką mgłą i czystym powietrzem. Mijam starożytną bramę, nie wyrzeźbioną ludzką ręką. Za nią czeka na mnie mistyczny las. O tej porze dnia wygląda urzekająco. Idę powoli, stąpam ostrożnie, jakbym nie do końca wiedział gdzie poniesie mnie ścieżka. Ale przecież wiem. Jestem coraz wyżej, widzę już w oddali śnieg i lód. Chcę, by to pożegnanie, było wartej naszej znajomości. Zapamiętuję każdy zapach, dotyk wiatru, trawy, każdy widok złapany na sekundę. Wiele lat, dla mnie chwil, te góry były moim domem. I tak pozostanie już na wieki, nikt mnie już jednak nigdy nie ujrzy. Jedyne co pozostanie, to wycie góry.”


fot. InoriNoUta / DeviantArt

Hermodr po raz kolejny zabrał nas na wyprawę. Przewodnik z niego pierwszorzędny, więc znowu się nie nudzimy. W dodatku, co bardzo dobrze o nim świadczy, wzbogacił swój warsztat, ubarwił opowieść i pokazał kilka nieodkrytych wcześniej szlaków. Nie oznacza, to że rezygnuje ze swego credo. Nie. Dominującym klimatem na „The Howling Mountains” jest nieśpieszny, klimatyczny, monotonny i jednostajny black metal, z cyklu tych łagodniejszych. Ale w kilku momentach potrafi pokazać pazur. Przyspiesza, by po chwili znowu majestatycznie kroczyć. Wszystko to przyprawił bardzo dużą ilością melodii, szczególnie te grane na gitarze akustycznej robią świetne wrażenie. Hermodr nie jest projektem, który zmienia się z materiału na materiał, co nie zmienia faktu, że potrafi się rozwijać. I to dobitnie możemy na najnowszej płycie usłyszeć. Poza tym, bez wątpienia, nadal urzeka i jest idealny do samotnych wędrówek, bądź mroźnych wieczorów. Nie zwlekajcie, idźcie.

Ocena: 8/10

Hermodr - "The Howling Mountains". Wolfspell Records, 2016 rok, numer katalogowy Spell 042.






"The Howling Mountains" na Discogs:

poniedziałek, 16 stycznia 2017

Dostojna czerń, czyli ponadczasowa miłość.

„Majestat czerni. Głębia. I spokój, cisza. Samotny płynę nad ziemią, spowitą zimą. Niespiesznie, bo donikąd się nie spieszę. Cicho, bo hałas nie jest mi potrzebny. Spokojnie, bo nie ma tu miejsca na dzikość. Jest tylko powolne medytowanie w kierunku nieskończoności. Czarna Sztuka mnie prowadzi do ogrodu nocy, w którym doczekam świtu. Wraz z nim nadejdzie szaleństwo, ale do tego jeszcze czas. Mróz trzaska pode mną, śnieg jak dywan, mi nie potrzebny. Nie dotknę go stopą, nie poczuję na ciele. Będę tak płynął, falował, unosił się. Bez wiatru, bo pcha mnie siła mej woli. Bez żalu, bo już dawno pozbyłem się wspomnień. Wiem gdzie zmierzam, bo cała moja egzystencja prowadziła mnie do tego miejsca. Zima, ach zima! Już jej nie poczuję na skroniach, nie zaboli mnie w nozdrzach i nie zakłuje w sercu. Nie dla mnie już ona, bowiem do ogrodu nocy przybyłem, czekając na ostatnie szaleństwo bluźnierczej egzystencji.”

Sobota. Przedpołudnie. Właśnie skończył się Lathspell, staję więc przed półką z płytami i kombinuję. Wtedy mój wzrok pada na TEN album. Jak ja go kocham! Już po sobocie. Przepadłem.  




Pierwszy raz usłyszałem go jakieś dwadzieścia dwa lata temu. Nie pamiętam, czy było to zimą, ale dzięki wspaniałemu utworowi o tym tytule, myślę o „Ancient Catatonia” zawsze gdy spadnie śnieg. I często do niego wracam. To jest jeden z tych albumów, który powinien być przedstawiany młodym adeptom metalu jako część inicjacji. To jest wykładnia grania mrocznego, wolnego bądź w średnich tempach połączonego z techniką i klimatem. To jest po prostu podręcznik (dark doom black death) metalu. Celowo tak to ująłem, bo to jeden wielki kocioł, ze wspaniale zmiksowaną zawartością i wspaniałymi przyprawami. Te melodie! Ta perkusja! Ten cholerny majestat, dostojność! Tu nie ma złego dźwięku, nawet na sekundę nie można się nudzić. Dzieło wyborne, ponadczasowe i jedno z tych, które na zawsze będą ze mną. Zdecydowanie jeden z najlepszych polskich materiałów lat dziewięćdziesiątych. Co tam, zaryzykuję twierdzenie (choć ryzyko niewielkie), że to jeden z najlepszych polskich albumów metalowych w historii tej muzyki. Jeśli ktoś się nie zgadza, wie gdzie mnie szukać ;)

„Ancient Catatonia” w 1994 roku wyszła na kasecie i CD. Ja posiadałem ten pierwszy nośnik, CD mi umknęło. Na szczęście po latach (w 2013 roku) Old Temple wznowił ten materiał na srebrnym krążku. I to wydanie posiadam. Do teraz pamiętam radość jaka mi towarzyszyła gdy otrzymałem przesyłkę. 

Pandemonium - "The Ancient Catatonia". Old Temple, 2013 rok, numer katalogowy OLD.61.2013






"The Ancient Catatonia" na Discogs:

środa, 11 stycznia 2017

Trzy godziny w Mordorze, gdzie zaległy cienie.

Summoning. Austriacka legenda black metalu. Duet, który czerpanie z twórczości Tolkiena (dość powszechne w metalu) uczynił chlebem powszednim i wyniósł do rangi ideologicznej. Kilka płyt wspaniałych, kilka po prostu dobrych, nigdy jednak panowie nie nagrali czegoś, czego słuchałbym z przykrością. Nie będę nikogo oszukiwał, nie był to nigdy dla mnie zespół pierwszego wyboru i obudzony o drugiej w nocy nie wymieniałem go jednym tchem z Darkthrone czy Burzum. Nie zmienia to faktu, że lubiłem i lubię ich twórczość a kilka utworów wręcz uwielbiam. Są jednak na tym Świecie ludzie, którzy kochają ich dużo bardziej i to oni stworzyli to niesamowite wydawnictwo. 




Trzy płyty CD, prawie trzy godziny muzyki (CD1 – 51 min, CD2 – 61 min, CD3 – 55 min), dwadzieścia jeden utworów i dwudziestu jeden wykonawców. No, rozmach godny Saurona rzucającego armię na struchlały Gondor. Wydawnictw typu „tribute” mieliśmy w historii metalu mnóstwo. Największym problemem zawsze był poziom wykonania utworów idola. Wiadomo, dobry cover to coś więcej niż odegranie nutka w nutkę i pójście do domu. Tu trzeba dać coś od siebie. I na tym wydawnictwie, w jakimś stopniu się to udało. Są wykonania ciekawsze, są takie, które zostały tylko odegrane, jednak słucha się całości bardzo dobrze. Wśród dwudziestu jeden wykonawców nie znajdziemy tuzów sceny, tu można powiedzieć, grają orkowie z najgłębszych zakamarków Minas Morgul (z tych bardziej znanych – Kalmankantaja, Wyrd, Wędrujący Wiatr). Pomimo tego nikt nie zszedł poniżej poziomu dobrego. Słychać, że wszyscy potraktowali ten projekt poważnie. Do najciekawszych interpretacji zaliczyłbym „Grey Havens” w wykonaniu Mesarthim, Othalan i „The Passing of the Grey Company”, „Where Hope and Daylight Die” w wykonaniu Midnight Odyssey. Stanowczo ponad innych wzniósł się Wędrujący Wiatr, który po pierwsze – zagrał całkowicie w swoim stylu, po drugie – przerobił nawet tekst (wzięli na warsztat Like Some Snow-White Marble Eyes). Brawo. Mógłbym jeszcze co najmniej kilka zespołów wyróżnić, ale dość powiedzieć, że materiał wciąga jak Martwe Bagna na równinie Dagorlad. Ani jeden cover nie spowodował u mnie chęci przeskoczenia do kolejnego numeru a na takich wydawnictwach nie jest to często spotykane.

Jeśli chodzi o przekrój twórczości Austriaków, znajdziemy tu utwory ze wszystkich albumów. Cieszy mnie, że nawet niedoceniany przez wielu (a przeze mnie bardzo lubiany) Lugburz ma tu swoich reprezentantów. Utwory ułożone są na płytach chronologicznie, co jest ciekawym zabiegiem pozwalającym poniekąd prześledzić rozwój zespołu. Z drugiej strony wymieszanie ich mogłoby dać ciekawy efekt.

No i wisienka na torcie, lub jak kto woli Białe Drzewo w Minas Tirith. Wydanie. Wspaniała, świetna, genialna robota. Pierwsze co przykuwa wzrok, to czarna obwoluta ze srebrnymi napisami. Znajdziemy tu runy, bramę do Morii, logo Summoning i inskrypcję z Pierścienia. W środku trzy płyty. Każda z inną okładką oraz rewersem. Każda z obszerną książeczką, zawierającą cytaty z książek oraz notki od poszczególnych zespołów (wszyscy, oczywiście, kochają Summoning). Na końcu jest też kilka słów od Michała z Wolfspell Records. Ich lektura szybko pozwala nam zrozumieć, że facet spełnił marzenie swojego życia i jest to pewnie jego wydawniczy opus magnum. Gratulacje!

Podsumowując. Gdzieś tam w Gondorze, na górskich szczytach zapłonęły ognie. Rohan już odpowiedział, bo Czarny Władca jest coraz bliżej. Nie zastanawiajcie się, pieszo czy konno, samemu lub z drużyną, ruszajcie. Warto. Będzie to największa bitwa naszych czasów!

Ocena: 10/10

„In Mordor Where The Shadows Are” - Homage to Summoning. Wolfspell Records, 2016 rok, numer katalogowy Spell 043.  









"In Mordor Where The Shadows Are" na Discogs:

poniedziałek, 9 stycznia 2017

Diabelstwo mrocznego władcy.

„Nie była to duża piwnica. Ledwie dwa na dwa, może trzy metry. To co się tam wylęgło, było tak przerażające, iż gotów byłbym pomyśleć, że pochodzi z innego świata. Może i tak było, bo gdy wreszcie wszedłem do tego małego, cuchnącego i zatęchłego pomieszczenia, wszystkie moje rzeczywistości zniknęły. Nie zostało nic, co znałem. Nic pewnego i nic oczywistego. Nic, czego w godzinie największego strachu i rozpaczy, mógłbym się uchwycić. Zaczerpnąć powietrza, połknąć słońce, poczuć na twarzy lekki wiatr. Wszystko to zniknęło, jakby bezpowrotnie. Pochłonęła mnie czasowa nicość i otchłań przeszłości. Tam, wtedy, w tej zatęchłej małej piwnicy usłyszałem wołanie z przeszłości. Bojowy zew przedwiecznej siły. Wzywał do walki, do grzechu. Do śmierci i zniszczenia. Stałem tam i urzeczony tymi dźwiękami nie mogłem się ruszyć. Jego chropowaty głos był tak zły, tak brudny i brutalny, że nikt, nikt nie mógłby nie zadrżeć ze strachu. Nawet najwyższe kręgi w niebiosach. A to właśnie tam wycelował on swą pochodnię i miecz. Swój pazur i ogon. Nadchodził w całej swej potędze, w płomieniu, niezwyciężony. Nikt nie mógł stanąć mu na drodze i wiedziałem, że zwycięstwo jest pewne. Zniszczenie, ból i śmierć. Totalna zagłada i anihilacja. Kres ludzkości, cierpienie i płacz. Pół godziny. Tyle mu to zajmie.”




Tyle zajęło to Bestial Raids. Na nowej płycie odstawili takie diabelstwo, że nikt i nic się nie oprze. Skondensowana dawka zła. Rzeź.
Polecam poczytać teksty. I wejść do tej piwnicy.

Ocena: 8/10

Bestial Raids – Master Satan’s Witchery. Nuclear War Now! Productions, 2016 rok, numer katalogowy Anti-Goth 332.






"Master Satan's Witchery" na Discogs:

czwartek, 5 stycznia 2017

Thunderwar, czyli długa droga na szczyt.

Dawno nie miałem tak mieszanych uczuć. Biję się sam ze sobą od kilku dni a najgorsze jest to, że kolejne przesłuchania nie przynoszą werdyktu. Czy to nokaut? Czy zwycięstwo na punkty? A może kompletna porażka w pierwszej rundzie? Czy myśmy w ogóle wyszli na ring?


Szlag mnie trafia bo lubię młode zespoły, szczególnie takie, które poleca mi człowiek znający się na rzeczy. I którego osobiście cenię (pozdrawiam Sławku!). No ale co zrobić, kiedy człowiek słyszał już w życiu tyle, że żeby serce mocniej zabiło potrzeba albo czegoś bardzo świeżego, albo czegoś ukochanie klasycznego, albo po prostu zwyczajnie porywającego. A tu wszystkiego po trochu, ale niczego konkretnego, dosadnego. Jakby za mało życia.



  
Dobra, wystarczy tego ponurego i trochę dwuznacznego wstępnego marudzenia, bo koniec końców wcale nie jest tak źle. O czym tak przynudzam? O warszawskim Thunderwar i ich pełnowymiarowym debiucie „Black Storm”. Nie znałem wcześniej tego zespołu, więc po rekomendacji Sławka chętnie się zainteresowałem. Okazało się, że wydali już wcześniej EPkę („The Birth of Thunder”) i to chyba ona w największym stopniu uratowała całą sytuację. W jaki sposób? Otóż, gdybym jej nie usłyszał przed długograjem, jego odbiór byłby zgoła inny. I tu z pomocną dłonią przyszedł wydawca, ponieważ wydał płytę w jednym digipacku z EPką. Zacząłem więc od niej i mówiąc krótko – nie zachwyciła mnie. Za dużo patentów, które już słyszałem, za dużo powielania Szwecji i Florydy. Fakt, zmiksowane te wpływy i wyważone, ale jednak niesamowicie mocno słyszalne. Ciekawy wokal, choć oczywiście skojarzenia z Obituary nasuwają się same. Cztery utwory powtórzyły się kilka razy w odtwarzaczu i byłem gotów na pełnowymiarowy album. No i pozytywne zaskoczenie. Jest dużo, dużo lepiej. Ok, Thunderwar nadal gra death metal z pogranicza Florydy i Szwecji, z wielkim zacięciem starej szkoły. Ok, wokalista nadal brzmi jak John Tardy (co akurat jest całkiem fajne). Ale poza tym, zespół poszedł do przodu. Utwory są ciekawsze i na pewno już nie tak podobne do wszystkiego co słyszałem. Słychać więcej własnych pomysłów. Każde kolejne przesłuchanie odkrywa jakieś nowe, świeże momenty. Oczywiście, jest wiele do poprawy. Po pierwsze – proponuję się zdecydować na jakiś konkretny styl i mam nadzieję, że zespół go wypracuje. Po drugie – brzmienie. Polecam zmienić realizatora, mamy teraz w kraju spory wybór. Za mało tu drapieżności i mocy. A dzięki nim ten materiał mocno by zyskał. No ale to jest kwestia czysto techniczna. Najważniejsze, że zespół się rozwija a to w pełni uświadomił mi fakt przesłuchania EPki. Jest w tych chłopakach moc i entuzjazm, chyba tylko czasami za bardzo patrzą na innych. Panowie, więcej odwagi! Jestem pewien, że kolejny materiał zaskoczy mnie jeszcze pozytywniej i czekam na niego szczerze mówiąc niecierpliwie. Lubię zespoły, które z materiału na materiał robią duże postępy a tak jest w tym przypadku. Pozwala to wierzyć, że w przyszłości będą z chłopaków ludzie. Czego im serdecznie życzę.

Warto wspomnieć o bardzo ładnym wydaniu płyty. Dobra okładka, teksty, zdjęcia, estetyka jak najbardziej na wysokim poziomie. Brawo dla WHP, także za wyrobienie się w czasie ;)

Ocena: 7/10

Thunderwar - "Black Storm". Witching Hour Productions, 2016 rok, numer katalogowy Evil093DCD.






"Black Storm" na Discogs:

wtorek, 3 stycznia 2017

Pozostaną tylko kości, czyli chwała śmierci!

„I pozostaną tylko kości. Wszystko przeminie. Zostanie zmiecione, spalone na popiół ogniem, który sami wykradliśmy bogom. Iskrę podkładamy od wieków. Sami na siebie sprowadzamy ten los. Bowiem zawsze przychodzi zapłacić za czyny. Zawsze przychodzą konsekwencje. Ona weźmie odwet, za to podłe traktowanie, za pogardę. Sępy już krążą, spójrzcie tylko w górę. Ich cienie już okryły mrokiem tę planetę głupców. Nadchodzi dzień rozliczenia i wyrównania krzywd. Nie będzie litości, bo sami jej nie okazywaliśmy. Pozostaną tylko kości. I popiół. I proch.”

I nadzieja, że zanim to się stanie, doczekamy kolejnego materiału UR.


Bo to, że tak się stanie, można przewidzieć. W każdym razie należy się to nam, ludziom. O tym traktuje jeden z utworów z debiutanckiej EPki UR - „Hail Death”. Dziewiętnaście minut na które składa się sześć kompozycji. Ciekawy i zróżnicowany jest to materiał. Teoretycznie najwięcej do powiedzenia ma tu black metal, ale w praktyce często stery przejmuje doom ze swoją mizantropią czy thrash i jego galopady, momentami iście rock'n'rollowe. Skala uczuć i odczuć jest bardzo szeroka i pokazuje, że zespół ma szerokie horyzonty i duży potencjał. Dziewiętnaście minut, wydawałoby się, nie daje ogromnego pola do popisu, szczególnie gdy podzielimy ten czas na sześć utworów. A jednak chłopakom z UR się to udało. Numery nie są długie, pomimo tego aranżacyjnie i strukturalnie mocno zróżnicowane. UR potrafi przywalić konkretnym ciosem, by za chwilę zapłakać nad tym co zrobił a następnie wychylić szybkie piwko i ruszyć do tańca radości. A najlepsze w tym wszystkim jest to, że materiał sprawia wrażenie bardzo przemyślanego konceptu, gdzie każdy element szaleństwa wyszedł spod deski kreślarskiej. Nie traci przy tym autentyczności.




Muzycy, którzy go stworzyli mają otwarte muzyczne umysły i duże umiejętności, co bardzo dobrze wróży na przyszłość. Tekstowo i graficznie też jest ciekawie. Jedyny minus tego materiału jest taki, że jest po prostu, najzwyczajniej w Świecie, krótki. Za krótki. Dlatego niecierpliwie czekam na dłuższe wydawnictwo i żywię ogromną nadzieję, że stanie się to zanim cienie sępów całkowicie przysłonią nam Słońce.

Godny podkreślenia jest fakt, że jest to kolejny bardzo dobry materiał wydany przez niezawodną markę i dumę powiatu białostockiego, czyli Arachnophobię. Brawo Krzysztof za nosa do wartościowych hord. Liczę, że długograja też wydasz Ty i też tak ładnie.

Ocena: 8/10

UR - „Hail Death”. Arachnophobia Records, 2016 rok, numer katalogowy ARA030.






"Hail Death" na Discogs: