środa, 27 grudnia 2017

Coś się zaczyna, coś się kończy.

W styczniu 2017 roku miałem przyjemność pisać o debiutanckim materiale UR (tutaj do poczytania). Przyjemność, bo „Hail Death” to świetny debiut, który tylko rozbudził smak na kolejne dzieło Wielkopolan. Minął rok i dostaliśmy w prezencie pierwszy długogrający krążek tego nad wyraz ciekawego zespołu. Premiera miała miejsce dwudziestego drugiego grudnia i choć wielu już w tym okresie miało swoje roczne podsumowania zamknięte, ja jedno miejsce na swojej liście top trzymałem wolne, bo przecież w dziewięćdziesiątej minucie też można strzelić zwycięskiego gola (z drugiej strony mogłem wydłużyć listę). Właśnie dla „Black Vortex”. Wiedziałem co robię.  


poniedziałek, 25 grudnia 2017

W obecności rogatego.

Idźcie i głoście wesołą nowinę, bo czas na to odpowiedni! Radujcie się, bowiem powrócił Śląsk i Pagan Records. Oczywiście, ten przemysłowy region metalem stał zawsze, ale ostatnio jakoś było ciszej o nowych ciekawych zespołach pochodzących z krainy węgla, piwa i krupnioków. Pagan Records natomiast, to zawsze była uznana i silna marka, ale w ostatnich latach to inne wytwórnie miały lepszego nosa do wynajdywania ciekawych, świeżych kapel i wszystkie perełki przechodziły Tomkowi obok nosa. Aż wreszcie pojawił się Devilpriest i ich debiutancki materiał.

środa, 20 grudnia 2017

Skondensowana czerń.

Końcówka, zdominowanego w moich uszach przez death metal roku, przynosi co raz ciekawsze black metalowe ciosy. Z jednej strony to dobrze, bo troszkę się już bałem o kondycję gatunku, z drugiej strony trochę mi te wskakujące rzutem na taśmę albumy rozwalają podsumowania roku a tego nie lubię, bo chciałbym już mieć spokój w tej kwestii. Prawda jednak jest taka, że dobrej muzyki nigdy za wiele, więc już nie narzekam. Francuzi z Aosoth wysmażyli bardzo dobry black metalowy stek, pełen skondensowanej czerni i za to możemy a wręcz powinniśmy być im wdzięczni.  

poniedziałek, 18 grudnia 2017

W ciemnym lesie, nad jeziorem.

I znowu jestem w fińskim lesie. Niedawno tu byłem i wędrowałem samotnie. Te wędrówki odbywałem często, bo pewni fińscy muzycy zapraszali na nie często. Tym razem nie mam ochoty wędrować. Chcę po prostu siedzieć i słuchać. Pośród tych wysokich i cichych lasów, zapomnianych jezior o czarnych taflach, siedzieć i słuchać. Rozkoszować się brakiem obecności intruzów, w tym idyllicznym środowisku. Za towarzyszy mieć jedynie muzykę i naturę. I nawet jeśli postanowię się przespacerować, będzie to szlak znany, choć momentami zaskakujący. 

czwartek, 14 grudnia 2017

Sprawa osobista.

Spotkałem Artura raz w życiu. Był to bardzo zły (znaczy generalnie bardzo dobry, ale wiecie co mam na myśli) i piekielny koncert w warszawskiej Progresji i spędziliśmy go całego razem. Towarzyszył nam jeszcze drugi z członków Misanthropic Rage (pozdrowienia Wilku!), bo właśnie ten zespół był pretekstem naszego spotkania. Piliśmy piwo, słuchaliśmy Mayhem, Obituary i Watain a w przerwach rozmawialiśmy o muzyce, bo o czym innym mogliśmy rozmawiać? Pamiętam, że dyskusja zahaczała o bardzo szerokie kręgi muzyczne i nie ważne, jak głęboko kopałem, Artur reagował żywo. Znał bardzo wiele, lubił jeszcze więcej a inspirował się chyba dosłownie wszystkim. I gdy dziś trzymam w rękach jego najnowsze dzieło, wiem że wszystko co mówił było prawdą.  

wtorek, 12 grudnia 2017

Powiew zimna.

Grudzień, końcówka roku. Człowiek myśli sobie, że już wszystkie karty na krajowym (i nie tylko) podwórku rozdane, powoli przymierza się do podsumowań roku a tu nagle pojawia się taki Over The Voids... I cały plan spokojnie już ułożony idzie w niebyt. Wiadomo - nie chwal dnia przed zachodem słońca. Bo przecież noc przyniesie jeszcze lepsze rzeczy. I choć cały rok stał pod znakiem death metalu, to jego końcówka przynosi bardzo mocne ciosy black metalowe, szczególnie w wydaniu krajowym. Najpierw Blaze Of Perdition (o nich tutaj), teraz ten enigmatyczny projekt z Krakowa, za którym stoi jeden człowiek.

czwartek, 7 grudnia 2017

Bez względu na pochodzenie.

"Już widać ich w oddali. Błysk stali i tętent kopyt przełamuje chmury na horyzoncie. Pędzą w dzikim szale, Bogowie i Boginie, Zmarli i Bohaterowie. Wśród nich Thor, w swym rydwanie i Odyn, ze swymi krukami. Pędzą przewalając się przez nieboskłon. Szalona horda, Dziki Gon. Z radością porywają wszystkich żyjących, którzy przetną ich drogę. Towarzyszy im krocząca ciemność i huk, jakby olbrzymie głazy zderzały się pośród chmur. Wyruszyli na łowy, wyruszyli by w Świecie zachować równowagę. Biada tym, którzy ich spotkają, biada tym, którzy im się sprzeciwią. Bo nadszedł ich dzień śmierci.

poniedziałek, 4 grudnia 2017

Bez serca.

Takie debiuty cieszą. Nawet w tak ponure dni, jak ten dzisiejszy, a może wręcz szczególnie w takie dni. Co prawda znam ten materiał od dawna, ale jakoś nie mogłem zabrać się do recenzji wcześniej. Może to i dobrze, bo kiedy usłyszałem go pierwszy raz, za oknem rządziło słońce a w duszy radość. Teraz aura jest zdecydowanie bardziej przychylna debiutowi Absque Cor i dobrze dopełnia jego czytelne przesłanie, które do najbardziej optymistycznych nie należy. Takie materiały należy wydawać jesienią i powinno być to uregulowane ustawowo. 

czwartek, 30 listopada 2017

Kto patrzy wewnątrz, budzi się.

Nie ma co ukrywać, że Blaze Of Perdition to zespół doświadczony, z okazałym dorobkiem i cieszący się poważaniem i szacunkiem na scenie. Ja osobiście nigdy z nimi po drodze nie miałem, nie spędzaliśmy razem czasu, nie czekałem z wypiekami na każdy kolejny album czy inne wydawnictwo. Po prostu dla mnie zawsze był to zespół jakich wiele, nie wyróżniał się niczym. Najbardziej podobał mi się ich debiut, który przyznaję, narobił smaku na przyszłość. Niestety kolejny album mocno ostudził moje oczekiwania i wrzucił zespół do szufladki „można, ale nie trzeba”. Wszystko to spowodowało, że gdy usłyszałem o premierze „Conscious Darkness”, nie dostałem spazmów i drgawek, tylko spokojnie przyjąłem tę informację, jakby był to wynik meczu w drugiej lidze angielskiej, bez wpływu na pozycję lidera.

poniedziałek, 27 listopada 2017

Heavy metal z ludowym pazurem.

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami i pewnie za kilkoma rzekami, leży kraina, którą kiedyś zwano Nordkarpatenland a teraz znana jest pod nazwą Słowacja. Dawno temu, gdy górami tej krainy rządzili zbójnicy a dzieci nie bawiły się jeszcze kolejkami elektrycznymi, gdy do snu lud ten prosty kładł się po zmierzchu a wstawał z kurami, żyli tam nie tylko ludzie. Gęste lasy, ciche jeziora, rwące rzeki, bagna a nawet stare młyny, skrywały swoje tajemnice, niektóre bardzo niebezpieczne, inne mniej, ale wszystkie były codziennością, nawet dla małych dzieci. To nie był świat bajek i nawet stary Bartolin, choć już nie pije, może o tym zaświadczyć.  

czwartek, 23 listopada 2017

W starym stylu.

Wyciągam z szafy starą koszulkę Bathory. Mocno sprany kozioł wciąż jednak ma w sobie to złowieszcze spojrzenie. Nie wiem, czy się w nią zmieszczę, bo lata płyną nieubłaganie i brzucha przybyło. Z dna ostatniej szuflady wygrzebuję wytarte, skórzane spodnie, pamiętające lepsze czasy. Pewnie nie będę potrzebował paska (o ile cudem się w nie zmieszczę), ale i tak rozglądam się za skórzanym pasem nabijanym ćwiekami, który odziedziczyłem po starszym bracie. Jest! Jeszcze tylko ramoneska ozdobiona naszywkami legend, niezniszczalne glany i mogę zaczynać. Mam wszystko co potrzebne do spędzenia najbliższych dwudziestu pięciu minut. Podchodzę do wieży, wciskam play i odpalam najnowszą płytę Butchery.  

poniedziałek, 20 listopada 2017

Wehikuł czasu.

Lubię grzebać w sklepach z płytami. Kiedyś, w zamierzchłej przeszłości miało to większy urok, bo człowiek przebierał w krążkach stojących na półkach sklepowych, teraz ogranicza się to głównie do klikania myszką. A to już nie to samo uczucie. Pomimo tego, nawyk pozostał. Lubię też czasami dać się ponieść starym przyzwyczajeniom i kupić płytę tylko ze względu na okładkę. W latach dziewięćdziesiątych to była norma, bo nie było gdzie posłuchać materiału przed zakupem. Teraz można, co mocno ogranicza nietrafione zakupy, ale też nie ma już w sobie tego elementu odkrywania. Ostatnio jednak postanowiłem zaszaleć i buszując w sklepie Malignant Voices (gorąco polecam, to jeden z moich ulubionych) w oczy rzuciła mi się okładka z cyklu tych, które bardzo lubię.  

czwartek, 16 listopada 2017

Papierowa dziewica.

Kilkanaście dni temu w moich rękach wylądowała kolejna składanka Iron Maiden. Kolejna, bo przecież sporo ich już mają na koncie, te wszystkie „best of” tych lat, tamtych lat, stron B singli itp. Jak do tego dorzucimy koncertówki, które też przecież w jakimś sensie są składakami, to robi się z tego dyskografia większa niż niejednego zasłużonego zespołu. Nie ma się jednak co dziwić, Maideni wypuścili w Świat tyle albumów i tyle przebojów, że mają pełne prawo co jakiś czas uraczyć nas kompilacją. Tym razem jednak, jest to składanka polska i w dodatku nie popełniona przez zespoły. Ok, w szacownym gronie jej autorów znajdziemy muzyków, ale są oni przede wszystkim ludźmi pióra. Bo jest to moi mili kompilacja papierowa.  

poniedziałek, 13 listopada 2017

O wyższości sałatki greckiej nad francuskim winem.

Daleko mi do kulinarnego smakosza czy też znawcy. Dla mnie kuchnia mogłaby się kończyć na schabowym, mielonym i roladach śląskich oraz rosole i ogórkowej. Do tego jakiś kompocik, prosta klasyczna surówka i załatwione. Jest oczywiście kilka potraw z dalekich krajów, które lubię, ale gdybym nigdy ich nie spróbował, nic wielkiego by się nie stało. Dziś będzie o takich właśnie płytach – jednej lepszej, będącej miłym zaskoczeniem, drugiej gorszej, która okazała się być rozczarowaniem. Nic wielkiego by się w każdym razie nie stało, gdybym żadnej z nich nie usłyszał.

środa, 8 listopada 2017

Samobójstwo perfekcyjne.

Różne są metody samounicestwienia. Można to zrobić w domowym zaciszu, popijając kawką dawkę arszeniku lub położyć się w wannie i wziąć ze sobą nóż kuchenny, bynajmniej nie do chleba. Można zrobić to z hukiem, odstawić przedstawienie w oknie mieszkania na dziesiątym piętrze, poczekać na służby ratunkowe i gapiów a potem przez chwilę poczuć się jak ptak. Można też robić to długofalowo, zatracając się w narkotykach, alkoholu i tym podobnych przyjemnościach określanych mianem używek. Ja na przykład jem sporo schabowych a to podobno też niezdrowe. Można też kupić płytę. I oczywiście na własne życzenie jej posłuchać. Samobójstwo perfekcyjne.

poniedziałek, 6 listopada 2017

Jack Daniels Overdrive.

Będąc metalowym wariatem, skupiam się głównie na metalu właśnie. Mam jednak swoje odchyły i nie jestem ślepo zamknięty na death/black/thrash. Jest co najmniej kilka zespołów spoza stricte metalowego świata, które bardzo lubię a które również konkretnie przywalić potrafią. Z drugiej strony, może niektóre z nich są w dzisiejszych czasach określane mianem metalowych, ale ponieważ jestem konserwatystą, sam ich do tego grona nie zaliczam. Jednym z nich, tym najbardziej lubianym, jest śląski J.D. Overdrive. I choć za cholerę nie wiem jak fachowo nazwać to co grają, to po prostu świetnie się bawię przy ich muzyce. Od wielu lat.  

piątek, 3 listopada 2017

A imię jego czterdzieści i cztery.

Z pompowaniem balona jest tak, że jak za mocno napompujesz, może pęknąć. Może jednak okazać się na tyle mocny, że wytrzyma presję i ciśnienie. Od momentu w którym poznałem Spectral Voice (tu o tym ważnym wydarzeniu), czekałem na pełny album, bo choć to doświadczony zespół, długograja się jeszcze nie dorobił. Kiedy gruchnęła wiadomość, że jesienią się wreszcie ukaże, zacząłem pompować mój balon oczekiwań. W pewnym momencie byłem już od tego dmuchania czerwony i brakowało mi tchu, na szczęście wtedy wlaśnie w moich rękach wylądowała płyta „Eroded Corridors of Unbeing”. Balon nie pękł. Wytrzymał.  

poniedziałek, 30 października 2017

Gruz krajowy kategorii A.

Dużo w tym roku sypie się gruzu na scenie death metalowej. Jest to gruz raz gęstszy, raz rzadszy, ale zawsze mocno bijący po nerkach i głowie. Niestety, w większości wypadków jest to gruz zagraniczny, a patrząc na stan naszego kraju, to gruzu powinniśmy mieć swojego od groma. Poza tym, ja jestem jak ten Dyzma i mi zawsze krajowy gruz smakował będzie lepiej, niż ten zza granicy. No dobra, może nie do końca o to chodzi, po prostu cieszę się, gdy ktoś z naszego podwórka potrafi dorównać poziomem do gruzu światowego, który w tej chwili prezentuje się nad wyraz okazale. Takiego właśnie wysypu nam trzeba. Kiedy słucham debiutanckiego materiału Rites Of Daath, wiem, że doczekałem się godnego gruzu eksportowego.  

czwartek, 26 października 2017

Powrót emisariuszy.

Dobrze widzieć, że moje rodzinne Tychy nie śpią. Powstały co prawda jako „miasto-sypialnia”, ale termin ten już dawno nie jest aktualny, poza tym, nie odnosił się raczej do muzyki. Kto zechce, ten sprawdzi i sobie poczyta. W każdym razie w tej sypialni powstało sporo ciekawych zespołów, kilka z nich jest wciąż aktywnych, o niektórych pamiętają już tylko nieliczni. Ostatnio nowy materiał wypuścił Odour of death (o nich tutaj), mamy także przebojowy Gallower no i piekielną hordę Devil’s Emissary. Pisałem już o nich wcześniej (tutaj), w jednym tekście skupiając się na dwóch pierwszych wydawnictwach. Wspomniałem także o nadchodzącym trzecim, które dane mi było w tamtym czasie poznać w wersji surowej. Teraz mam już w rękach CD i o nim poniżej słów kilka.

poniedziałek, 23 października 2017

Kult wiecznie żywy, czyli Heaven and Hell.

Dayal Patterson zrobił w ostatnich latach sporą karierę pisarską za sprawą swoich książek o black metalu. Urodził się już z tego swego rodzaju biznes, no ale taki przywilej autora, że może spijać śmietankę. I nawet pomimo tego, że jego pozycje wybitne nie są, to fakt osamotnienia w poruszanej materii, gwarantuje mu spore grono czytelników. Jednym z nich jestem ja, choć podchodzę bardzo ostrożnie, szczególnie po lekturze pierwszej wydanej w naszym kraju książki Pattersona - „Black Metal Ewolucja Kultu” (o niej tutaj). Niedawno jednak pojawiła się kolejna a ponieważ lubię czytać i lubię też trochę black metal, to postanowiłem się zaopatrzyć.  

środa, 18 października 2017

Australijski cios.

Australia jest daleko, to prawda. Ale tylko na mapie bo przecież to nie dziewiętnasty wiek i wielotygodniowa podróż żaglowcem. Mamy erę internetu i samolotów odrzutowych, więc teoretycznie blisko nam do Sydney czy Perth. Teoretycznie. Biorąc dodatkowo pod uwagę fakt, że świat muzyczny jest jeszcze bardziej zbliżony i skomasowany od tego rzeczywistego, australijska muzyka powinna być prawie na wyciągnięcie ręki. Prawie. Bo weźmy na przykład taki Denouncement Pyre i ich ostatni, wydany w 2016 roku, album. Dotarł do mnie stanowczo za późno, bo jakieś dwa miesiące temu. Gdyby pojawił się w roku swego wydania, bez wątpienia byłby na podium zeszłorocznego podsumowania.  

poniedziałek, 16 października 2017

Historia Samona.

Po raz drugi w tym roku jest mi dane pisać o nowym materiale Saltus. Pierwszy raz miał miejsce w maju, gdy Bithorn podesłał mi EPkę „Opowieści z przeszłości” (o niej tutaj). Teraz jest październik a ja mam w rękach pełnowymiarowe wydawnictwo zatytułowane „Jam jest Samon!”. Co się zmieniło? Szczerze mówiąc niewiele i prawda jest taka, że w trzech czwartych mógłbym tu wkleić to samo, co pisałem w maju. Oba te materiały traktuję jako jeden rozdział w historii zespołu i to nie tylko dlatego, że dzieli je kilka miesięcy.

czwartek, 12 października 2017

Pogrzeb.

„Gdzie ja jestem? Czemu jest tu tak ciemno i duszno? Nie mogę się ruszyć. Coś mnie blokuje, oplata, jakieś ściany. I cisza. Nie mogę nawet podnieść głowy. Mogę tylko leżeć na wznak. Nic nie słyszę, nic nie widzę. Czuję tylko zapach drewna. Świeżego. Jest wszędzie wokoło. Wdziera się do nozdrzy i wypełnia cały organizm. Ciemno, duszno. Zaczyna mi brakować powietrza. Ludzie, ratunku! Pomocy! Kopię i wierzgam nogami, ale nic. Cisza. Wstrzymuję oddech, ale ile tak wytrzymam? Nagle coś uderza w deski nade mną. Lekki stukot, jakby ktoś turlał kamienie. Po chwili głośniej, regularnie spadają nad moją głową jakieś lawiny. Co chwilę rozlega się łomot, jakby ktoś demolował gruzowisko. Z czasem cichnie, oddala się, już go nie słyszę. Nie wiem ile to trwało, ale niedługo. Nie mam już siły walczyć, powietrze się skończyło. Czas odejść. Tu już nie wydarzy się żaden cud.  

poniedziałek, 9 października 2017

Znajomy smród powrócił.

Za oknem wiało, padał deszcz i jak na wrzesień pogoda była bardzo ponura. Ciemne chmury nie dopuszczały Słońca a chłód wdzierał się każdą szparą. Dzień wcześniej listonosz przyniósł przesyłkę zawierającą nowy album Odour of Death. Mając w pamięci ich pesymistyczny i depresyjny debiut, pomyślałem, iż to perfekcyjny dzień by odpalić „In Search of Eternal Darkness”. Nastawiłem się na jeszcze bardziej spotęgowaną dawkę smutku i beznadziei, zasiadłem z widokiem za okno, tak by wszystko się zgadzało i bym był pewien, że jeśli pojawi się jakiś promień Słońca, w porę zasunę zasłony. Start.  

czwartek, 5 października 2017

Album do kotleta.

Satyricon. Bez wątpienia legenda i zespół bardzo zasłużony dla black metalowej sceny. To przecież ich „Nemesis Divina” uważana jest za płytę, która wyniosła black na kolejny poziom. To właśnie na tym albumie znajduje się największy hymn północy - „Mother North” (o nim tutaj). Ale zarazem – kierunek obrany po trzecim albumie i to co generalnie stało się z black metalem po przełomowym „Nemesis...” to też Satyricon, w tym też swój udział mieli. Niechlubny, niestety. Kolejne płyty są dla mnie kompletnie nie do zaakceptowania. Stali się dla mnie jednym z tych norweskich zespołów, które z lasu poszły w wielkie miasta a nawet gmachy oper, porzucając pierwotne ideały. Dla jednych to pewnie jakieś wizjonerstwo, dla mnie zwykła zdrada. W pewnych rzeczach jestem bardzo konserwatywny.  

poniedziałek, 2 października 2017

Skumring.

I

Lato chyliło się ku końcowi. Chłodne wiatry od północy coraz częściej wdzierały się do niewielkiej chaty, zagubionej pośród lasów i wzgórz. Słońce, które jeszcze niedawno tak cieszyło Kjetila, już tylko z rzadka dawało poczucie prawdziwego ciepła. Z jednej strony cieszył się na nadchodzącą jesień, bo wreszcie wróci ojciec, z drugiej strony żal mu było letnich eskapad, trwających nie raz i cały dzień. Właśnie, ojciec. Nie było go już od pierwszych wiosennych roztopów, gdy to wraz z towarzyszami wyruszyli na jedną z wielu swoich wypraw. Kjetil bardzo chciał płynąć z ojcem, wszak liczył sobie już czternaście wiosen i był młodzieńcem jak na swój wiek postawnym i wyrośniętym, jednak doświadczony Kjell odmówił. To miała być wyprawa inna niż wszystkie, gdzieś bardzo daleko i ojciec bał się o syna. Obiecał jednak, że na następną na pewno popłyną razem. I to Kjetila niesamowicie podniecało. Może więc dobrze, że idzie jesień, bo po niej zima i już zaraz będzie można wypływać.

czwartek, 28 września 2017

Rozwój to bardzo dobra rzecz.

W lipcu zeszłego roku zachwycałem się (tutaj te zachwyty) debiutanckim materiałem bydgoskiego Dagorath. Były to cztery utwory (plus cover Gorgoroth) czystego black metalu, w oka mgnieniu kojarzące się z norweską sceną pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych. Od tamtej pory niecierpliwie czekałem na kolejny materiał Bydgoszczan. Jest wrzesień 2017 roku i czekanie zostało zakończone. Dagorath właśnie wypuścił pełnowymiarowy debiut zatytułowany „Glare Of The Morning Star”. Warto było czekać, bo to jeden z lepszych tegorocznych black metalowych ciosów na krajowym podwórku.

poniedziałek, 25 września 2017

W objęciach próżności.

Po „The Grim Muse” napisałem, że In Twilight’s Embrace osiągnęli szczyt w swojej stylistyce i trudno im będzie to przebić bez ukłonów w stronę innych gatunków. Nie sądzę by akurat te słowa Cyprian i spółka wzięli sobie do serca, nie zmienia to faktu, że tak właśnie zrobili. „Vanitas” to poza silnym fundamentem dotychczasowego stylu uśmiech w stronę black metalu i punka. To album zdecydowanie lepszy od poprzednika, przede wszystkim jednak inny. Słucham go od miesiąca i jestem pełen podziwu oraz uznania. To kolejny etap w historii In Twilight’s Embrace, pokazujący dobitnie jak ten zespół potrafi się rozwijać, jak wielką inwencją i talentem dysponują sami muzycy. Świetna robota, dla mnie będzie to czołówka podsumowania tego roku na krajowej scenie. Może nie tylko na krajowej?

czwartek, 21 września 2017

Refleksyjny trans śmierci.

„Wszystko przemija. Przeminę i ja, bo przecież tego chcę. Dryfuję zanurzony w spokoju ciała i ducha, nic mnie nie wzburzy. Mijam obrazy z własnej przeszłości, świdrują mój mózg, przeszywają mnie, rzucają się do oczu, chcą dopaść, ale nie mnie nie dotkną. Nawet nie musną, bo pozbawiony jakiegokolwiek strachu jestem już ponad nie. Spokojnie płynę ku innym bytom. Jak w transie, lecę, choć przecież nie potrafię. Unoszę się nad swym dotychczasowym życiem, nad marnością, nad przeszłością. To już za mną. Teraz czekają na mnie inne światy...”

poniedziałek, 18 września 2017

Cytadela Poenari.

Kiedy słyszę nazwę „Słowacja”, pierwsze co przychodzi mi na myśl to Złoty Bażant, ichniejsze chyba najbardziej znane piwo. Po chwili mam jeszcze w myślach obraz Słowackich Tatr i Martina Skrtela (co fajne nie jest, bo straszny z niego brzydal), byłego już obrońcę Liverpoolu. Mogą się jeszcze pojawić jakieś obrazy Bratysławy, widziane gdzieś w sieci, bo osobiście nie byłem. Ostatnią rzeczą, która przyszłaby mi do głowy, byłby black metal. Od pewnego, niedługiego czasu, wiem, że powinno być zupełnie inaczej. Pierwszym zespołem, który odkryłem był Krolok i to właśnie o jego najnowszym albumie jest ten tekst.  

czwartek, 14 września 2017

Elektroniczne wilki.

Do niedawna nie przypuszczałem, że moja kolekcja albumów Ulver kiedykolwiek się powiększy. Oczywiście, brałem pod uwagę zdobycie legendarnego już dema Vargnatt, ale w kwestii długogrających krążków zmian nie przewidywałem. Mam pierwsze trzy, wspaniałe albumy, i wystarczy. A jednak, stało się. Jakiś czas temu dołączył do nich ostatni album Norwegów i choć jest to kompletnie inna bajka stylistyczna, z miejsca stał się moim czwartym ulubionym albumem Ulver.  

poniedziałek, 11 września 2017

Grobowy seans.

To był piątkowy poranek. Pamiętam, bo piątkowe poranki się pamięta (wieczory nie zawsze). Poranek deszczowy i pochmurny, choć kalendarz wskazywał pierwszy dzień września. Dzień wcześniej dotarła do mnie przesyłka z Gravplass Propaganda, zawierająca jedną płytę. Debiutancki materiał wyspiarskiego Opium Seance. Tylko piętnaście minut muzyki, ale za oknem zrobiło się jeszcze ciemniej. Po chwili ta ciemność wypełniała pomieszczenie, w którym przebywałem. Ciemność dźwięku, głębia mroku i ciężar dosłownie lały się z głośników. 

czwartek, 7 września 2017

Manchester jeszcze postoi.

Mam problem z Manchesterem. Duży problem. Właściwie, to ogromny. Mówiąc w skrócie nie znoszę Manchesteru i wszystkiego co się z nim wiąże. A jeśli weźmiemy pod uwagę futbol, to sprawy naprawdę idą na noże. United to dla mnie jeden z dwóch najbardziej znienawidzonych klubów, City plasuje się niewiele wyżej. Generalnie to miasto mogłoby nie istnieć, kompletnie bym się tym nie przejął. Z jednym zastrzeżeniem – zanim zrzuciłbym na ten zaścianek atomówkę, poprosiłbym muzyków Wode o jak najszybszą ewakuację. Należy im się, bo właśnie wydali świetny black metalowy album i mam nadzieję, że nagrają takich więcej. 

wtorek, 5 września 2017

Odskocznia.

Raz na jakiś czas dobrze jest wyjść z zatęchłej piwnicy czy dusznego garażu. Opuścić rejony związane z przesypywaniem ziemniaków na perkusji i opętanym krzykiem umęczonego życiem wokalisty, którego najprawdopodobniej bardzo boli ząb. Opuścić, by odetchnąć trochę innym powietrzem, tak dla równowagi. Wyjść z tej piwnicy w piękną, księżycową noc. Tak, w noc, bo przecież jest od dnia piękniejsza. No i nie można się narażać na zbyt duży szok , więc lepiej zacząć w środowisku dobrze sobie znanym, tylko lekko zmodyfikowanym. Idealnie do tego nadaje się nowy album Light Of The Morning Star zatytułowany „Nocta”.

niedziela, 3 września 2017

Łyso mi.

Po pierwsze dlatego, że po raz kolejny przekonałem się, jak wiele zespołów wciąż czeka na to, bym je odkrył. Po raz kolejny przekonałem się, że moja wiedza o metalu jest mała, choć tyle już lat w nim siedzę. Po drugie dlatego, że znowu zaskoczyła mnie Szwecja, tym razem w sposób bardziej szwedzki, a ja myślałem, że już niewiele w tym kierunku można zrobić. Nie mam na myśli samego zaskoczenia, a zaskoczenie klasyczną Szwecją. Myliłem się, można. Najlepszym dowodem na to jest najnowszy album Mordbrand - „Wilt”.

czwartek, 31 sierpnia 2017

Gruz.

Pewnego dnia, w godzinach popołudniowych, wybraliśmy się z lubą mą na zakupy. Pogoda była ładna, na liście kilka sklepów do odwiedzenia, humory dopisywały. Ponieważ po drodze do jednego z nich mijaliśmy duży blaszak z dwoma literami „M” w nazwie, postanowiłem skorzystać z okazji i wejść do środka. A nóż rzucili coś nowego? W dobie kupowania płyt w internecie, sentymentalne poprzeglądanie półek z krążkami to zawsze fajna rzecz. Wchodzę i od razu widzę – nowiutka wywrotka pełna gruzu! Podchodzę, oglądam z bliska, patrzę na cenę i błyskawicznie podejmuję decyzję. Jeszcze tylko formalności przy kasie i na parking.  

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Zderzenie gatunków pośród fiordów.

Słuchając tego albumu, mam wrażenie, że czerpanie z przeszłości muzycznej swego kraju i regionu jest dla Norwegów tak naturalne, jak oddychanie. Słuchając tego albumu, po raz kolejny uświadamiam sobie jak wielkie tradycje drzemią pośród fiordów a co ważniejsze – przetrwały i są w sposób wspaniały używane jako budulec dla całkiem przecież nowoczesnych albumów. Bo Skuggsja, to obok twórczości Wardruny (pisałem o niej tu), Enslaved, Isengard, Storm czy kilku innych, album nowoczesny. Jego korzenie są jednak głęboko zakopane pod wzgórzami północy, pod morskimi falami i wśród krętych fiordów.  

czwartek, 24 sierpnia 2017

Przez księżycowe wrota.

„Prowadź mnie, mroczna matko. Prowadź i bądź mi towarzyszem podróży. Poprzez otchłanie kosmosu, poprzez księżycowe wrota i gwiezdne szlaki. Prowadź mnie matko, cierpliwie, a do końca tej podróży będę posłuszny. Idźmy razem, zjednoczeni w ciemności, dumni jej majestatem. Naszym światłem będzie twa mądrość, naszym pokarmem twe słowa. Prowadź mnie, ku nieskończoności myśli i czeluściom rozumu, spowitym ciemnością. Idźmy razem, zjednoczeni. Bez strachu, z pewnością, kroczmy dumnie lecz z pokorą. Bo Ona nas obserwuje i to Ona pozwala nam iść. Ona jest naszym domem i ostatecznym schronieniem. Ona – Jej Wysokość Ciemność.”

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Black metal dla biskupa.

Gdy w moje ręce wpadła płyta włoskiego Totalitarian - „De Arte Tragoediae Divinae” i zobaczyłem na rewersie obwoluty (wydanie slipcase) zdjęcie biskupa, doznałem lekkiego szoku. Czyżbym zakupił jakiś komiczny „christian metal”? Co ja narobiłem? Spoconymi i lekko drżącymi rękami odpakowałem folię i zanurkowałem w książeczkę a tam jeszcze większe zdjęcie tego biskupa oraz informacja, iż płyta jest jemu dedykowana! Oblał mnie zimny pot, ręce już nie drżały a latały jak balony na wietrze, w gardle mi zaschło. Pomyślałem – koniec Świata. Przecież to podobno black metal. Jak można dedykować black metalowy album jakiemuś biskupowi?! Okazuje się, że można, szczególnie gdy zespół nazywa się Totalitarian i pochodzi z Włoch.  

czwartek, 17 sierpnia 2017

Prastare, prymitywne zło.

Prastare, pierwotne, prymitywne zło. Zagnieżdżone głęboko pośród gęstych lasów, zaszyte w mroku, schowane wśród setek lat samotności. Na odludziu, gdzie nic nie dociera. W zapomnianej przez Boga i Świat krainie, z podupadającymi chatami, starą cerkwią trzeszczącą na wietrze. Prastare zło, zagnieżdżone w ścianach i w sercach. W duszach tych, o których wszyscy zapomnieli. W ich ruchach, spojrzeniach i słowach. W życiu codziennym i w snach. Ono jest tam wszędzie, bo wszystko co dobre już dawno stamtąd uciekło do lepszego życia. A tu, od setek lat nie zmienia się nic. Nikt już nie pamięta nazwy tej krainy, nikt nie wie jaka kiedyś farba pokrywała ściany cerkwi ani jak daleko do najbliższej miejscowości. Ale to nie jakieś tajemnicze siły są tym złem, to nie szatan czy diabeł. To ci, którzy tam mieszkają, to człowiek i jego spaczony umysł. Jego czyn i wola. To on przyniósł to zło ze sobą, porąbał, podpalił i osiadł. Zagnieździł się, jak stado robaków, i pasożytuje. Z siekierą w ręku i krwistym wzrokiem. Wyczekując kolejnych ofiar.

poniedziałek, 14 sierpnia 2017

Muzyka lepsza od kebaba.

Sporo ludzi jeździ na wakacje do Turcji. Ja nie byłem i się nie wybieram, bo po prostu nie odczuwam takiej potrzeby. Jeszcze więcej ludzi zajada się kebabem, od którego stronię z przyczyn kilku. Wkurza mnie uczestnictwo tureckich klubów w europejskich pucharach, bo powiedzmy sobie szczerze – z Europą ten kraj wiele wspólnego nie ma, poza tym, że maleńki jego kawałek jest w jej granicach. Tym bardziej irytuję się, gdy słyszę, że oni chcą do Unii Europejskiej a przecież wszyscy wiemy, że to w dużej mierze naród o dzikich dla nas obyczajach, nie przestrzegający europejskich norm w wielu aspektach. I gdy tak sobie siedzę i słucham nowego krążka Persecutory, mam wrażenie, że wszystko tureckie, co mi potrzebne jest właśnie na nim. Włączając w to zdziczenie i brak jakichkolwiek norm.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Piwniczny death metal.

Ofensywa amerykańskiego death metalu trwa w najlepsze (oczywiście wszyscy wiemy, że oni zawsze byli w tym temacie dobrzy). I nawet nie mam tu na myśli klasycznych wymiataczy typu Immolation, którzy oczywiście wydali wspaniały album w tym roku, a bardziej ten brudny, zatęchły, gęsty atmosferą i mrokiem death metal spod znaku Funebrarum czy Blood Incantation. Właśnie zachwycam się kolejnym takim albumem, który jednak nie pochodzi od nowicjuszy, co oznacza, że coś w przeszłości przegapiłem. Panowie swój zespół nazwali Triumvir Foul i fundują nam jeden z lepszych albumów tego roku.  


poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Norweska elegancja.

Norweski black metal upadł dawno temu. Znajdą się tacy, którzy powiedzą, że słowo „upadł” to za wiele, że jest za mocne. Niestety, patrząc na jego siłę w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych a następnie na szybkość z jaką zjechał w niebyt jakościowy, słowa o upadku są jak najbardziej na miejscu. Pisałem już zresztą o tym przy okazji płyty Gjendod (tutaj), nie będę się więc powtarzał. Na szczęście, tak jak w przypadku Gjendod właśnie, bohaterowie dzisiejszego tekstu także niosą światło nadziei na powrót Norwegii. Powrót do czasów, gdy każda płyta opuszczająca fiordy, wywoływała falę entuzjazmu i niezdrowe palpitacje serca. Swoją drogą, jak popatrzymy na potęgę potencjału jaki drzemał w norweskiej scenie, to aż niewiarygodnym wydaje się, że tak szybko zgasła. Z drugiej strony najsilniejsze burze są najkrótsze. No, ale dość tych wspominek i akademickich przemyśleń. Wracamy do rzeczywistości a ta w swej łaskawości przynosi nam Whoredom Rife. Do niedawna nawet o nich nie słyszałem, teraz wiem, że to duet z Trondheim. Wydali EPkę w 2016 roku a w tym debiutują długograjem. I jest to debiut bardzo udany.

czwartek, 3 sierpnia 2017

Z przeszłości w przyszłość.

To jedna z tych płyt, która jak ulał pasuje do nazwy bloga. Jak się nad tym głębiej zastanowić, to nie jest to nawet kwestia samej płyty, ale całego zespołu. Ta płyta to spięcie pewnej historii, połączenie przeszłości z przyszłością. Fakt, symboliczne, ale także jakościowe. Kanadyjski Infernal Majesty powrócił z niebytu muzycznego i najnowszym albumem pokazuje, że jest przed nimi jeszcze przyszłość muzyczna na wysokim poziomie. Że drzemiący przez lata potencjał nie zmarniał i panowie z Toronto wciąż mają coś do powiedzenia.  

poniedziałek, 31 lipca 2017

Ensnared, czyli odkrycie roku (część druga).

Gdy tylko w odtwarzaczu przestał się kręcić „Ravenous Damnation's Dawn” (o niej tutaj), wrzuciłem do środka „Dysangelium”. To, co stało się kilkanaście minut później, najlepiej określić jako mocny cios w sam środek całego mojego odbierania muzyki – czy jest to serce, czy głowa, czy jakiekolwiek duchowe wnętrze. Wszystkie te miejsca zostały sponiewierane zachwytem i zgniecione uwielbieniem. Wiedziałem już, po odsłuchu EPki, że ten zespół to coś dużego i niebanalnego, ale dopiero po spotkaniu z długograjem w pełni uświadomiłem sobie ich wielkość. Byłem już całkowicie pewien, że jest to dla mnie odkrycie roku, a sam „Dysangelium” to murowany kandydat do albumu roku. Nawet w kategorii metalu progresywnego, choć to oczywiście album death metalowy.  

czwartek, 27 lipca 2017

Niewolnik francuskiego kozła.

Byłem kiedyś w parku dzikich zwierząt (choć oczywiście były trochę oswojone). Był tam kozioł. Podszedł, chciał chyba porozmawiać o szatanie. Oczywiście się zgodziłem, bo był bardzo przekonujący. Te jego rogi, broda i dostojny krok. Uległem jego czarowi, choć pewne moje podejrzenia wzbudziło jego nerwowe szuranie łapą w ziemi. Nie wiedziałem o co chodzi, ale wreszcie przestałem o tym myśleć. Rozstaliśmy się zadowoleni z konwersacji i każdy poszedł w swoją stronę. Kątem oka dostrzegłem, że rozpoczął konwersację z grupką zakonnic. Ja wróciłem do domu i po jakimś czasie odebrałem na poczcie przesyłkę. W środku była płyta francuskiego Goatslave. Wrzuciłem do odtwarzacza i zrozumiałem czemu on wtedy tak nerwowo szurał kopytem. Wiedział, że nie jest najbardziej przekonującym kozłem na Świecie.  

poniedziałek, 24 lipca 2017

Bytomska moc.

Piątkowy wieczór, wyjazd do Olsztyna. Dworzec Centralny, Warszawa. Do pociągu jeszcze trochę czasu (jak się później okazało i tak był opóźniony) więc postanawiam odwiedzić Empik w mekce zakupów zwanej Złotymi Tarasami celem zakupu prasy branżowej na podróż. Misja szybko zostaje wypełniona, więc bez większej nadziei snuję się wśród półek z płytami. A nóż coś się trafi. Niestety, dział „ciężkie brzmienia” został zlikwidowany i metal wymieszano z całym tym popowym szajsem, w którym kompletnie nie chce mi się grzebać. Może będzie coś ciekawego na wierzchu... No i proszę, jest. Ostatni album Offence, który gdzieś mi umknął w zeszłym roku, tak obfitym w nowości. Porwałem go od razu z półki i ani trochę nie żałuję.  

czwartek, 20 lipca 2017

Ubojnia w Milwaukee.

„Panie Mietku kochany, co pan wie o świniach? Ja to, proszę pana, byłem kiedyś u brata, wie pan, w tych stanach. On już tam dwadzieścia lat siedzi, coś tak będzie. W Milłoki czy jakoś tak. Duża mieścina, sąsiedzie, ale tam mają wie pan, ubojnię i hodowlę całą. Kolego złoty, co tam się wyprawia! Mówi mi, pojedziesz, zobaczysz, tam znajomi pracują, to nas wpuszczą. Nie to co na tej Twojej wsi, tu jest pełna mechanizacja! No i pan sobie panie Mietku wyobrazi, że faktycznie! Jak te świnie tam hodują, to na całego! Od małych tuczą systematycznie, wszystko wg planu. A potem, drogi sąsiedzie, na rzeź. Ale jaką rzeź! W pełni zautomatyzowaną i systematyczną. Aż mi się jedno porównanie na usta ciśnie, ale nie wypada. No tną je tam jak maniacy, jakby to ich wie pan, hobby było a nie robota. A jaki kwik, jaki pisk, jakie ryki i wrzaski! Nie to co u pana, że pan to siekierą świnię ubija, moment i po krzyku. U nich to wie pan, taśmowo i ten pisk jest ciągle! Mówię panu, panie Mietku, pan to o świniach nic nie wie!”

poniedziałek, 17 lipca 2017

Ensnared, czyli odkrycie roku (część pierwsza).

Pewnego pięknego dnia (w zasadzie nie jestem pewien, możliwe, że było brzydko za oknem ale finalnie dzień okazał się piękny), przeglądając internety w poszukiwaniu nowej, interesującej muzyki, trafiłem na ciekawą okładkę kompletnie nieznanej mi kapeli. Obraz był (i jest) na tyle intrygujący, że odpaliłem jakiś kawałek na chybił trafił i najzwyczajniej w Świecie przepadłem. Sekundy później zamawiałem tę płytę w Godz Ov War a czujny Greg, na którego zawsze można liczyć, zaproponował jeszcze EPkę wydaną w 2013 roku. Takim sposobem stałem się szczęśliwym posiadaczem praktycznie całej dyskografii (poza jednym demo) szwedzkiego Ensnared, które jest dla mnie odkryciem roku.  


czwartek, 13 lipca 2017

Utartym szlakiem.

Szwedzki Hermodr powrócił. Szybko, prawda? O ostatnim krążku autorstwa Rafna (pod szyldem Hermodr, bo w międzyczasie wydał też płytę Deadlife) pisałem w styczniu tego roku! I był to długograj, tak samo zresztą jak najnowszy, szósty album zatytułowany „Hadanfard”. Dzielny Szwed, tytan pracy i stachanowiec black metalu, zaprasza nas na kolejną wędrówkę, którą najlepiej odbyć w samotności. Tak jak wszystkie poprzednie.  

poniedziałek, 10 lipca 2017

Czarne chmury nad Estonią.

Estonia to kraj z trudną przeszłością. Długo nie było go na mapach Europy a kiedy już na nie wrócił, szybko pojawiła się bestia ze wschodu i połknęła ten niewielki, bałtycki kraj. Dla wielu Estończyków jedynym ratunkiem i nadzieją na wolność wydawał się być niemiecki mundur. Ten sam, którego tak nienawidzimy my Polacy, dla nich znaczył zupełnie co innego. Jeśli komuś łatwo przyjdzie oceniać to negatywnie, niech wspomni naszą historię – też innym zawierzaliśmy sprawę naszej niepodległości i nawet śpiewamy o tym w hymnie. Loits, zespół z Tallinna, zakłada ten mundur i na swoich trzech albumach opowiada nam o skomplikowanej historii swego kraju.