czwartek, 29 grudnia 2016

Księżyc krzyczy, czyli podsumowanie 2016 roku.

Uff, cóż to był za rok! Takiego bogactwa świetnych materiałów nie pamiętam dawno. Jasne, każdego roku ukazuje się ich dużo, ale ten rok brylował pod względem jakości. Szczególnie na krajowej scenie, która jest w tej chwili niesamowicie mocna. Oczywiście i za naszymi granicami nie próżnowali co w efekcie dało dwanaście pełnych ogromnych emocji miesięcy. Wspaniałe debiuty, udane powroty i sporo zaskoczeń. Długo zastanawiałem się jak ma finalnie wyglądać lista najlepszych, moim zdaniem, wydawnictw 2016 roku. Koniec końców postanowiłem umieścić na niej dwadzieścia wydawnictw, dziesięć polskich i dziesięć zagranicznych. Wydawnictw, bo znajdziecie tu nie tylko pełnowymiarowe albumy ale także EPki. Ten rok pokazał dobitnie, że dwudziestominutowy materiał może bez kompleksów konkurować z godzinną płytą. Zamieściłem tylko i wyłącznie materiały, które udało mi się dobrze poznać i posiadam je na CD. Są to też, siłą rzeczy, wydawnictwa o których pisałem. Każda pozycja to link do tekstu, więc jeśli chcecie sobie odświeżyć moje spojrzenie na te płyty, nic prostszego. Miejcie też pełną świadomość, że lista jest jak najbardziej subiektywna :) Łatwo nie było :)

Polska:


Świat:



Specjalne wyróżnienie dla albumu muzycznie będącego poza metalem, ale jednak personalnie z nim związanego: Them Pulp Criminals - „Lucifer is Love”.  

Życzmy sobie wszyscy co najmniej takiego samego, bogatego, wspaniałego i pełnego emocji muzycznych 2017 roku!


Podium krajowe

Podium zagraniczne



poniedziałek, 26 grudnia 2016

Haka death metalu, czyli Ulcerate.

Mam przyjaciela, który postanowił sobie, że kiedyś zamieszka w Nowej Zelandii. Dawniej było to tylko odległe marzenie, teraz ma już nawet dalekosiężny plan mający pomóc w jego realizacji. To piękny kraj – wiem, choć nie byłem. Wystarczyło oglądać Władcę Pierścieni by się przekonać. Do tego dobrze grają tam w rugby a to przecież wspaniały sport. Przed meczem można obejrzeć niesamowitą hakę. Teoretycznie same plusy, więc się przyjacielowi nie dziwię. Jeśli kiedykolwiek dopnie swego, poproszę go by w moim imieniu przybił piątkę z panami z Ulcerate. Należy im się.

Nowa Zelandia nie kojarzy się mocno z metalem. Ba, ani trochę się tak nie kojarzy. A jednak, jest tam kilka dobrych zespołów. Najlepszym wg mnie jest Ulcerate, przedstawiciele death metalu. Jakiś czas temu wydali piąty studyjny album - „Shrines of Paralysis”. I jest to cios.





Ulcerate nigdy nie podążał łatwymi, utartymi szlakami. Szukał, kombinował i przecierał drogę. Robiąc to wszystko, pozostawał wierny wyznacznikom gatunku i starym wzorcom. I oczywiście mocno kopał tyłek. Nie inaczej jest tym razem. Nowozelandczycy kombinują, łamią schematy a nade wszystko poszczególne utwory, całe kompozycje, wydawałoby się spójne, zmieniają w chaos. Jednak jest to chaos kontrolowany. Nie tracą przy tym mocy a ciężaru wręcz im przybywa. Nie jest to death metal oczywisty, nie jest prosty i na pewno nie jest łatwy w odbiorze. Nie wybrałbym tej płyty na wieczór z kolegami przy piwie, nie wyobrażam sobie przy niej wielkiego pogo. To dla mnie taki bardziej death metal kontemplacyjny, o ile można takie określenie w ogóle ukuć. Może dziwnie brzmi, jednak tak to właśnie odbieram. Jest tu oczywiście dużo szybkości, ale są to tylko fragmenty wrzucone w otchłań bez dna, ciemną, gęstą i pulsującą. „Shrines of Paralysis” zwalnia, kręci, miesza i zmusza do myślenia, chwilami wręcz do zadumy. Klimat tej płyty jest gęsty jak zastygający cement, w wolno kręcącej się betoniarce, którą operator od czasu do czasu przyspiesza, by efekt mieszania był lepszy. Kiedy już jednak wszystko stanie się jedną, potężną, ciężką materią, niszczy wszystko. Wbija się z impetem, toczy i miażdży, by za chwilę znowu wrócić do pierwotnego procesu tworzenia. Dziwny to album, trudny i wymagający co najmniej kilku przesłuchań ale warto założyć słuchawki i wskoczyć do tej betoniarki, właśnie po to by jak najmocniej dotknąć, poczuć, odczuć i posmakować każdego dźwięku. Bo tutaj każdy dźwięk ma znaczenie.

Nowa Zelandia. Piękne krajobrazy, rugby, haka i bardzo dobry death metal. Hmmm, coś w tym jest, może też się skuszę? ;)

Ocena: 8/10

Ulcerate - „Shrines of Paralysis”. Relapse Records, 2016 rok, numer katalogowy RR7355.






"Shrines of Paralysis" na Discogs: 

czwartek, 22 grudnia 2016

Kolejny spacer fińskim lasem.

Znowu jestem w Finlandii. Znowu wybieram się na długi spacer. Gdy byłem tu ostatni raz, w październiku, była piękna, przyjazna jesień i ścieżka mej wędrówki wiodła przez tereny dobrze znane i przyjazne. Dziś jest grudzień. Jest ponuro i mroźno, ale śnieg jeszcze nie pokrył obficie ziemi. W lesie zaległa mgła i nie do końca znam drogę, która przede mną. Pod skórą czuję, że gdzieś tu, w tych lasach czai się zło. Nie wiem co to, nie wiem kto to, ale odczuwam niepokój, momentami strach. Mgła otacza mnie szczelnie, czasami się potykam. Jest mokro i wilgoć wdziera się pod ubranie. Ale idę, bo każda wizyta w Kraju Tysiąca Jezior, musi zakończyć się spacerem. Mija kilkanaście minut i zaczynam czuć się pewniej. Jakbym poznawał okolicę, jakby mgła była rzadsza. Widzę przed sobą przyjazną ścieżkę i przestaję odczuwać ten irracjonalny strach. Uśmiecham się i do końca spaceru czuję się jak w październiku. Ależ ta Finlandia jest piękna!


Kalmankantaja mnie zaskoczyła. Pokazała pazur. „Metsankulkija” od pierwszych sekund atakuje brudem, gęstością i wilgocią. Atakuje pierwiastkiem agresji, jakiego wcześniej nie spotkałem w ich twórczości. Jest klimatycznie i tempa są średnie (choć jest kilka momentów naprawdę szybkich) ale to jedyne, co przypomina wcześniejsze rzeczy, choćby Tyhjyys. Nad klimatem stanowczo góruje tu piwniczny podmuch i agresja. Brud i prymitywizm dominują i nikomu nie jest do śmiechu. Ale to tylko dwa pierwsze utwory. Następny jest w całości akustyczny. Czwarty numer to już stara, dobra Kalmankantaja – bardzo długi nostalgiczny wstęp a po nim dobrze znane z Tyhjyys melodie i klimat. Ostatni utwór to krótkie akustyczne dzieło. „Metsankulkija” serwuje nam całą paletę doznań i bardzo mi się to podoba. Jest niewątpliwie siłą tego materiału. Zróżnicowanie wynika z faktu, że pierwsze dwa utwory pochodzą z 2014 roku, kolejne trzy z 2015 i 2016. Nagrywane były podczas różnych sesji, co też nie pozostaje bez wpływu na różnice w brzmieniu. Ale to naprawdę ciekawy materiał, bo pomimo tych wszystkich różnic jest spójny. Nie odnosimy wrażenia, że to zlepek naprędce wyszukanych numerów. Bardzo cieszy mnie fakt, że zespół nie siedzi uparcie w kotle atmosferycznego black metalu (kurde, nie lubię tego określenia), tylko potrafi zaskoczyć, coś zmienić, zróżnicować nastrój. Dzięki temu moje fińskie spacery są dużo ciekawsze. A biorąc pod uwagę częstotliwość wydawania nowych nagrań, wiem, że w nadchodzącym roku będę miał okazję do kilku. Ach, ta Finlandia!
Kalmankantaja - „Metsankulkija”. Patologian Laboratorio, 2016 rok, numer katalogowy pl2016-6.




"Metsankulkija" na Discogs:

środa, 21 grudnia 2016

W poszukiwaniu galaktyk i doskonałego death metalu.

Roboty, planety i statki międzygwiezdne. N-maszyny, dyktatorzy i genetyczne eksperymenty. Neutrony, maszyny i gwiazdy. Człowiek, władza i strach. Posiadanie i centralne sterowanie. Konflikty i dyktatorzy. Nimfy, komputery i pranie mózgu. Cyberpułapki, stwórcy i Neony. Planety, Ziemia i nekrosfera. Astronauci, Nebule, androidy i ElektroDragon. Architekci Wszechświata i Lem.


Stanisław Lem i death metal. Mission impossible? Nie, to „Mission One”. 


Astronauci

„Mission One” to tytuł debiutanckiej płyty projektu Planet Hell. Panowie, którym przewodzi Przemysław Latacz, serwują nam kawał technicznego, ciekawego i bardzo dobrze zagranego death metalu. Czterdzieści pięć minut, na które składa się dziesięć utworów (w tym cover Rush) to uczta dla ucha oczekującego tak jadu, jak i melodii, tak agresji jak i progresji. Techniczne umiejętności i możliwości muzyków pozwalają na dużo i słychać to w każdym utworze, w każdej minucie. Zwróćcie choćby uwagę na solówki, których spora część mogłaby wylądować na klasycznych albumach heavy metalowych. Posłuchajcie bezlitosnej perkusji, łupiącej jak najlepsze karabiny maszynowe, ale gdy trzeba akcentującej każdy zakręt muzyczny jak wprawna baletnica. Riffy nie są banalnie oczywiste a momentami przechodzą w rasowy thrash metalowy wyścig. Sporo tu przestrzeni, choć atmosfera potrafi zagęścić się w mgnieniu oka. Wszystko jest selektywne, wyraźne i dobitne, nic jednak nie jest gładkie i wypolerowane. To naprawdę jadowity death metal z piekielnym zacięciem, choć nie znajdziecie tu ani jednego pentagramu czy odwróconego krzyża. Planet Hell oddaje hołd twórczości Stanisława Lema, wybitnego pisarza science-fiction. Wszystko jest tu podporządkowane temu pomysłowi. Teksty to interpretacje twórczości Lema, grafiki w książeczce są autorstwa Daniela Mroza, człowieka, który ilustrował opowiadania mistrza. Pseudonimy, stroje muzyków – wszystko w klimacie. Koncept album będący dziełem zamkniętym, skończonym i dopełnionym. Przepiękne wydanie - digipack formatu A5, książeczka zawierająca teksty w języku polskim i angielskim (wokale w tym drugim). Naprawdę, zostało to wszystko przemyślane i świetnie zrealizowane. Kiedy dołożymy bardzo wysoką wartość muzyczną, otrzymamy płytę absolutnie musową dla każdego komu twórczość Death, Nocturnus czy Pestilence nie jest obojętna. Albo dla każdego, kto po prostu lubi dobry death metal.  




Planety, Wszechświat i Człowiek. Kosmos, Gwiazdy i strach przed nieznanym. Odkrywanie, podróż i walka o jutro. Lepsze jutro i jak najlepszy death metal. Sadowimy się wygodnie w futurystycznych fotelach, zapinamy pasy i odpalamy silniki. Pierwsza misja rozpoczęta. Oby nie ostatnia!

Ocena: 8/10

Planet Hell - „Mission One”. Thrashing Madness/Mad Lion Records, 2016 rok.  






"Mission One" na Discogs jeszcze nie dotarła. 

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Sto.

Strzeliła setka. Były prezydent robi ją w sekundę, Usain Bolt w dziewięć, mi zajęło to w przybliżeniu dziewięć miesięcy (pierwszy wpis pochodzi z 12 marca).Sprinterem nie jestem, prezydentem raczej nie zostanę, mam natomiast zamiar pisać nadal. Lubię to i kropka. Kiedy w lipcu świętowałem pięćdziesiąty tekst, pisałem, że blog sprawia mi masę frajdy, że zmienił moje życie. Nic w tej kwestii się nie zmieniło. Żyję tym blogowym rytmem od marca i poruszam się w nim już całkiem nieźle. Inną sprawą jest obfitość wydawnicza tego roku, szczególnie na krajowej scenie. To ona nie pozwala robić dłuższych przerw, bo co chwilę wychodzi świetny album. Niesamowicie cieszy mnie tak duża aktywność i idąca z nią w parze jakość na krajowym podwórku. Dobrze obrazuje to sytuacja wśród tagów.


Jeszcze w lipcu na pierwszym miejscu był norweski black metal, teraz niepodzielnie króluje polski black i death. Wspaniały to rok, dostarczył masę wrażeń i świetnych albumów, ale mam takie małe marzenie by w styczniu i lutym nikt nic ciekawego nie wydał – chciałbym się nacieszyć albumami z 2016 roku.

Te wszystkie polskie premiery dały mi dużo osobistej satysfakcji. Fajnie się człowiek czuje, gdy jego recenzje są doceniane, udostępniane przez zespoły, wytwórnie. Nie tak dawno przeżyłem niesamowity piątek. Tak się złożyło, że tego samego dnia moje teksty udostępnili Pagan Records i Christ Agony. Dało to oszałamiający rezultat ponad 3000 odwiedzin jednego dnia! Kiedy to zobaczyłem, musiałem sobie usiąść. To naprawdę fajne uczucie. Bardzo lubię też z Wami wymieniać opinie, czy to na fejsbuku, czy na koncertach – dzięki blogowi nawiązałem nowe ciekawe znajomości i bardzo je sobie cenię. Za to wszystko Wam dziękuję, bo nie ukrywajmy – nie piszę do szuflady więc liczę na to, że ktoś to przeczyta. No i czytacie. Liczby nie kłamią - w lipcu było ponad siedemnaście tysięcy odwiedzin, dziś jest prawie czterdzieści trzy tysiące. Raz jeszcze dziękuję. 

Setka strzelona, zagrycha zjedzona, czas na konkurs. Tak jak przy okazji ostatniego jubileuszu, tak i teraz na fejsbukowym fanpejdżu pojawi się konkurs z atrakcyjnymi nagrodami. Bądźcie czujni!

Trzymajcie rogi w górze!

Bartosz 

piątek, 16 grudnia 2016

Wędrówka w świetle księżyca.

Grudniowa noc. Mroźna i kłująca. Za oknem piękny, jasny księżyc wędruje po rozgwieżdżonym niebie. Rozświetla mrok jakby chciał się od niego uwolnić, choć jest jego nieodrodną częścią. Wskazuje drogę. A ja słucham najnowszej płyty Arkony i wiem już, że to kolejna tegoroczna muzyczna wędrówka, której szlak przemierzę nie raz.

„Lunaris” sama w sobie jest podróżą. Podróżą bluźniercy ku wielkości, ku jedności ze śmiercią, podróżą w świetle księżyca i jego szlakiem. Każdy utwór to kolejny etap tej wędrówki, poszukiwania. Jest ich sześć, są, jak na black metal, długie i rozbudowane. Pełne agresji, ale także podniosłej melodyki. Zimne i odległe a zarazem gorące jak najstraszniejsze bluźnierstwo i groźne jak zawieszony sznur. Doprawione szczyptą melancholii i zadumy, w którą wspaniale wprowadzają niesamowite klawisze. To instrument ryzykowny w black metalu ale Arkona wie jak go użyć. Za jego pomocą wprowadza na „Lunaris” klimat orkiestrowy, który momentami uderza tak podniośle jak dzieła klasyków. Zarazem jednak muzycy nie kombinują. Grają black metal zgodnie z kanonami, nie tworzą dzieła nowatorskiego, nie uciekają też od własnego stylu. Rozwijają się, tworzą ciekawszą i bardziej zajmującą muzykę z dużym naciskiem na klimat i ogólny odbiór. To kolejna płyta, która sprawia wrażenie dzieła kompletnego – od okładki i grafik, przez teksty, po muzykę. Wszystko tu jest dopracowane i przemyślane. Arkona nie pozwala sobie na obniżenie bardzo wysokiego poziomu choćby w jednym elemencie, choćby na moment. 




Nigdy nie był to dla mnie zespół numer jeden na krajowym podwórku. Nie był nawet w pierwszej piątce. „Lunaris” jednak dużo zmienia. Tak w moim podejściu, bo czas posypać głowę popiołem i mocniej wejść w twórczość Arkony, jak i w podsumowaniu tego roku – wszystkie karty wydawały się już być rozdane, puchary i miejsca na podium też a tu nagle pojawia się taka płyta. Wspaniała, bogata, dojrzała i godna nagród. Ale przecież nie o nie chodzi. Liczy się tylko wędrówka ku wielkości. W świetle księżyca. Na przekór marności istnienia.

Ocena: 9/10 

Arkona - "Lunaris". Debemur Morti Productions, 2016 rok, numer katalogowy DMP0147.







"Lunaris" na Discogs:

środa, 14 grudnia 2016

Wrota black metalu szeroko otwarte.

Wrota już nie zamknięte. Wrota black metalu już dawno zostały otwarte i wpuszczają do hermetycznego niegdyś gatunku, coraz więcej obcych mu wpływów. Kolejne zespoły eksperymentują, wymyślają, kręcą i udziwniają. Został nawet ukuty termin „post black metal”, którego swoją drogą nie znoszę. Jedni potrafią to robić, inni mniej a jeszcze innych zaprowadziło to do granic absurdu i ośmieszenia. Do tej pierwszej kategorii zdecydowanie zalicza się duet z Mińska Mazowieckiego, Misanthropic Rage.

Wrota już nie zamknięte. „Gates No Longer Shut”. Taki tytuł nosi ich pełnowymiarowy debiut, wydany w listopadzie tego roku. Wrota tego albumu rzeczywiście otwarte są szeroko. Wpuszczono tu bardzo wiele i osadzono na kanwie black metalu. To solidny fundament „Gates...”, ale kolejne piętra opowiadają zupełnie inną historię. Siedem utworów, bardzo zróżnicowanych, dających czterdzieści minut porywającego, eklektycznego materiału. Jeśli jednak ktoś nazwie to „post black metalem”, wyzywam na pojedynek. Sam zespół określa się mianem „avant-garde black metal” co jest w znacznym stopniu bliskie prawdzie. Można też powiedzieć „progressive” a można po prostu metal. Dlaczego tak zwyczajnie, pomimo że to niezwyczajna płyta? Bo to, czego tu najwięcej wpuszczono to inne odłamy metalu. Fundament to black, ale już pierwsze piętro to cała masa death metalowych akcentów a zaraz nad nimi znajdziemy świetne heavy metalowe czy thrashowe gitary. Wszystko doprawione akustykami, klawiszami i różnorodnymi wokalami (momentami jakbym słyszał My Dying Bride). Czy to coś, czego nie słyszeliśmy wcześniej? Nie. To nie składniki, tylko sposób podania czynią ten album naprawdę ciekawym. To, w jaki sposób udało się to wszystko wymieszać, połączyć i zaserwować. Słyszałem zespoły którym takie zabiegi zupełnie nie wyszły, przekombinowały. Tutaj wszystkie klocki do siebie pasują, są ułożone z głową, co nie znaczy, że tchnie z nich sztuczność i zimna kalkulacja. Nie, album jest żywiołowy i krwisty. I tak naprawdę przystępny, pomimo tak dużej ilości zastosowanych środków wyrazu. Warto wspomnieć też o tekstach, które nie dość, że ciekawe, to potrafią być wymieszane językowo – angielski i polski w jednym utworze.  




Nie można zapomnieć o wysokim poziomie wydania albumu. Świetna okładka, ciekawa kolorystyka i zdjęcia. Godz Ov War znowu stanęli na wysokości zadania. Po raz kolejny w tym roku wydali bardzo dobry album. Niecierpliwie będę czekał na kolejne wydawnictwa Misanthropic Rage, ale na razie przede mną jeszcze wiele chwil z „Gates No Longer Shut”. Dużo zostało do okrycia.

Ocena: 8/10 (z tendencją rosnącą)

Misanthropic Rage - „Gates No Longer Shut”. Godz Ov War Productions, 2016 rok. Numer katalogowy GOWPXXXIVI






"Gates..." na Discogs:

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Wieczorne medytacje na suchym oceanie.

„Wpłynąłem na suchego przestwór oceanu, 
Wóz nurza się w zieloność i jak łódka brodzi, 
Śród fali łąk szumiących, śród kwiatów powodzi, 
Omijam koralowe ostrowy burzanu. 
Już mrok zapada, nigdzie drogi ni kurhanu; 
Patrzę w niebo, gwiazd szukam, przewodniczek łodzi;
Tam z dala błyszczy obłok - tam jutrzenka wschodzi; 
To błyszczy Dniestr, to weszła lampa Akermanu.” *

Jestem całkowicie pewien, że Mickiewicz nie słuchał Urfaust, oraz prawie całkowicie pewien, że muzycy Urfaust nie czytali Mickiewicza. Nic jednak nie poradzę na to, że ten fragment Stepów Akermańskich niesamowicie silnie kojarzy mi się z najnowszym dziełem Holendrów. Od pierwszych dźwięków czułem się jakbym płynął, spokojnie, dostojnie dryfował, w jednostajnym tempie, delikatnie unosząc się nad ziemską skorupą. Może nie ma tu łąk ani kwiatów, ale są jednak niezmierzone, bezkresne przestrzenie, które przemierzać najlepiej wypatrując gwiazd. I to nie z poziomu piwnicy, bo pomimo swego "Burzumowego" zacięcia, Urfaustowi bliżej do gwieździstego nieba niż podziemnych czeluści piekielnych. Wraz z początkiem płyty zapadamy w trans, który trwa całe czterdzieści trzy minuty, podczas których najlepiej oddać się błogiemu leżeniu i kontemplowaniu. Każda inna czynność może całkowicie wyrwać nas z muzycznych ram tego dzieła i zepsuć odbiór. Bez pełnego wejścia w tę twórczość, bez zagłębienia się dającego szansę na znalezienie pierwiastka magii, nie damy rady. Bo nie jest to dzieło porywające, pełne hitowych riffów, zapierające dech i przyprawiające o gęsią skórkę. Tu, by się zachwycić, wymagane jest od słuchacza coś więcej niż tylko standardowe podejście „lubię metal, to posłucham”. Kiedy odkryjecie ten magiczny pierwiastek, ten metafizyczny element, macie szansę spędzić wiele ciekawych wieczorów. W innym wypadku „Empty Space Meditation” (coż za trafny tytuł!) przeleci przez Was niezauważona i pewnie już do niej nie wrócicie. A wracać do niej warto, szczególnie, gdy za oknem ciemno i zimno, szczególnie gdy chcecie się wyciszyć i po prostu posłuchać muzyki, która potrafi uruchomić masę obrazów w głowie. Urfaust na imprezie się nie sprawdzi, ale w samotnej chacie pośród lasu byłby idealny. Muzycznie nie znajdziemy tu nic przełomowego. Fundamenty pod takie granie już dawno położył Burzum, Urfaust od siebie dorzuca interesującą melodykę i klimat innych stanów świadomości w otoczeniu bezkresnej kosmicznej przestrzeni. I wspaniałe partie wokalne. 




Nigdy nie byłem wielbicielem Mickiewicza i pewnie już nie zostanę. Urfaust też do tej pory nie wywoływał u mnie palpitacji serca, jednak ta płyta odmienia losy Holendrów w moim życiu. Będę teraz uważnie śledził ich poczynania a pewnie i do starszych materiałów wrócę. Kto wie, może i w nich odkryję coś magicznego?

Ocena: 9/10


Urfaust - "Empty Space Meditation". Van Records, 2016 rok, numer katalogowy Van201.






"Empty Space Meditation" na Discogs:
https://www.discogs.com/Urfaust-Empty-Space-Meditation/master/1079711

* - Adam Mickiewicz - Stepy Akermańskie.

piątek, 9 grudnia 2016

Porzućcie wszelką nadzieję...

Nie jest to płyta pierwszego kontaktu. Gdy po czterdziestu minutach wybrzmiał ostatni dźwięk i nastała cisza, zastanawiałem się czy posłuchać czegoś innego (kilka nowości czeka) czy może obejrzeć magazyn informacyjny. Szczerze mówiąc to byłem gotów nawet na dwa pod rząd (w telewizji prywatnej i publicznej) byle tylko nie wracać do tej płyty. Ostatecznie jednak coś mnie podkusiło i raz jeszcze nacisnąłem play.

Jest to płyta drugiego, trzeciego i czwartego kontaktu. Właśnie masakruje mnie czwarty raz pod rząd i muszę z masochistyczną satysfakcją wyznać, że mi dobrze. Raczej nie wspaniale, raczej z pewnymi obiekcjami, ale dobrze. Nie jestem tylko przekonany, czy to słowo tutaj odpowiednie. Koło tej płyty nie stało nic z dobrem związanego. To czyste zło. 




„Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie”. Tak powinien brzmieć tytuł tej płyty, ewentualnie komunikat tej treści powinien pojawić się przed pierwszym utworem. Bo nadziei tu nie ma. Ani dobra, ani światła, ani żadnej oznaki, że może być lepiej. Nie ma tu piękna, jest tylko chłód, gniew i nienazwane zło. Agresja i obojętność, pogarda i nienawiść. Kompletne odczłowieczenie i nieziemska ciemność. I nie ma żadnej nadziei, więc porzućcie jej resztki. Już nie wyjdziecie.

Dopiero ostatni, dziewiąty utwór nie zaczyna się blastami. Wcześniejsze osiem przelatuje jak kanonada pod Kurskiem. Nie ma tu żadnego pięknego dźwięku, żadnych artystycznych wizji i ozdobników. Nie ma melodii i dbałości o ładne wykończenie. To jest proszę państwa muzyczna rzeź. To jest dźwiękowy terror. To po prostu, najzwyczajniej, jest black metal. W czystej, pierwotnej formie, taki jaki miał i powinien być.

Jest to płyta piątego, szóstego i siódmego kontaktu. Z każdym kolejnym przesłuchaniem odkrywamy nowe pokłady ohydy i kręgi piekła. Im głębiej, tym ciemniej. Im dalej, tym potężniej i zimniej. I choć jej tytułem nie jest cytat z Dantego, to posiada ona równie trafną nazwę. „Condemnation” czyli „Potępienie”. W istocie, potępieni ci, którzy się w nią zagłębią. Bo przepadną, bo wciągnie ich całą swoją odrażającą fizycznością i omota zepsutym duchem. Mnie wciągnęła, choć po pierwszym przesłuchaniu miałem jeszcze szansę uciec...

Ocena: 9/10

Antaeus - „Condemnation”. Norma Evangelium Diaboli, 2016 rok. Numer katalogowy NED042.






"Condemnation" na Discogs:

środa, 7 grudnia 2016

1914, czyli błoto, okopy, maski gazowe i metal.

Wczoraj byłem na wojnie. W brudnym hełmie i wytartym, starym płaszczu siedziałem w zatęchłym okopie, nie myśląc o niczym. Dookoła tylko beznadzieja i nawet ten podły papieros co chwilę gasł. Byłem pod Verdun, gdzie toczyliśmy najbardziej krwawe boje w historii mego kraju o dwa kilometry kwadratowe. Wypad, odwrót, wypad, odwrót i tak w kółko, miesiącami, latami. Ta ziemia już nigdy nie będzie czyjaś, jej już tak naprawdę nie ma, więc po co o nią walczyć? Kuliłem się w okopie licząc, że moja maska gazowa ocali przed śmiercionośnymi oparami, które nadleciały z niemieckiej strony. Ci, którzy nie zdążyli jej założyć, lub po prostu nie mieli, konali obok w konwulsjach. Byłem Australijczykiem rzuconym na drugi koniec Świata, by zdobywał nieznane mu ziemie, o których nigdy nie słyszał. Półwysep Gallipoli stał się moim grobem. Byłem jednym z tych, którzy w wigilię 1914 roku, odłożyli na chwilę broń i wznieśli się na wyżyny człowieczeństwa w tym nieludzkim otoczeniu. Skonałem w Karpatach, będąc żołnierzem Austro-Węgier w walce z Rosjanami. Broniłem swej rodzinnej ziemi, choć w obcym mundurze. Jutro znowu wskoczę do okopu, chwycę wysłużony karabin i będę się modlił o kolejny dzień. Choć może lepiej o szybką śmierć?


I Wojna Światowa nie jest tak „popularna” jak Druga, ale nie zmienia to faktu, że była niesamowicie krwawa i okrutna. Nie do końca nadaje się na bohaterskie piosenki w guście Sabaton, za to doskonale nadaje się do muzyki mrocznej, brutalnej i dzikiej. Potężnej ale z dozą smutku i zamyślenia. Taka właśnie jest twórczość ukraińskiego 1914. Jakiś czas temu dostałem z Moskwy, od wydawcy, ich płytę. Pięknie wydany digipack zawiera dwie płyty CD, na których znajdziemy całą dotychczasową twórczość zespołu ze Lwowa. Pierwszy krążek to wydana w 2015 roku płyta „Eschatology of War”. Drugi to EPka z 2016 roku - „Fur Kaiser, Volk und Vaterland!” oraz nagrania demo z 2014. Tekstowo, graficznie i duchowo – wszystko kręci się tutaj wokół I Wojny. Zdjęcia, grafiki, nic tu od tego kanonu nie odstaje. Liryki przenoszą nas w miejsca wspomniane przeze mnie w poprzednim akapicie. Muzycznie jest ciężko, szybko i brutalnie. Nie brakuje jednak ciekawych zwolnień i generalnie numerów walcowatych, kojarzących się z atakami pierwszych czołgów na pozycje niemieckie. Sam zespół określa swoją muzykę jako blackened death/doom metal. I ma dużo racji. Czasami można tu jeszcze wyłowić elementy thrashowe ale zdecydowanie dominuje posępność i ciężar death metalu utkanego elementami doom. Bardzo pozytywne wrażenie sprawia wokalista, dysponujący ciekawym, mocnym głosem o dość szerokiej skali ryku. Brzmienie jest selektywne, ostre i wyraziste. A wszystko uzupełniają wstawki z epoki oraz ciekawe aranżacje „wojenne”.


1914 w okopie czyli na scenie

Szczerze i z pełną odpowiedzialnością polecam to wydawnictwo. Bardzo dobrze się tego słucha, bardzo fajnie się to ogląda. Przy okazji można odświeżyć trochę wiedzy na temat I Wojny Światowej.

Ocena: 8/10

Sygnał do ataku. Wyskakujemy z okopów, choć wcale nie mamy na to ochoty. Błoto, grząskie i utkane trupami, nie pomaga w natarciu. Wokół nas zaczynają wybuchać pociski, granaty. Nieprzyjacielski karabin maszynowy zbiera żniwo. Znowu tu jestem, znowu to samo piekło... Fur Kaiser!

1914 - „Eschatology of War” (2CD edition). Mazzar Records, 2016 rok. Numer katalogowy MZR CD 767.







"Eschatology of War" na Discogs:

wtorek, 6 grudnia 2016

Powrót w wielkim stylu.

Lata dziewięćdziesiąte. Jesteś gówniarzem, który łyka każdą kasetę z pentagramem i odwróconym krzyżem. Wśród nich są trzy albumy Christ Agony. Trzy wspaniałe albumy. Takie, które powinny ten zespól wywindować na poziom światowy. Ale to się nie stało. Z jakiegoś powodu a pewnie nawet kilku Christ Agony Świata nie zawojował.


2016. Christ Agony wydaje nowy album. Mamo. Tato. To nie są przelewki. To jest jazda. To jest wreszcie coś co nawiązuje do pierwszych trzech płyt. To jest album, który mówi jasno – powinienem być czwarty w kolejce, zaraz po „Moonlight”. Zaraz po największym dziele. Albo właśnie nie! Będąc zaraz po „Moonlight” byłby oczywisty, przewidywalny. Potrzebował czasu, potrzebował swojego okresu. I nadszedł. Z drugiej strony genialnie oddaje ducha pierwszych trzech płyt. Jest ich uzupełnieniem i kontynuacją. Czwartą wielką płytą. Bo nie ma wątpliwości że pierwsze trzy były wielkie.


Cezar

W żadnym wypadku nie twierdzę, że pomiędzy „Moonlight” a dniem dzisiejszym Cezar nie nagrał dobrego albumu, bo choćby „Condemnation” to bardzo dobra płyta. Ale to „Legacy” przynosi ze sobą starych nut czar. To tu w każdej minucie każdego utworu przelatuje nam przed oczami okładka „Daemoonseth” czy „Unholyunion”. To tu atmosfera i klimat każe nam powracać myślami do „Moonlight”. I niech nikt nie mówi, że to wtórne, bądź jest tylko powielaniem czy kopiowaniem. Nie, bo ta płyta jest bytem absolutnie suwerennym, stworzonym tak wspaniale, że jedynie duchem łączy się z tym co było. Pierwsze trzy płyty w podtytule miały Act I, Act II i Act III. „Legacy” to bez wątpienia Act IV.

Cezar zawsze komponował specyficzne utwory, za każdym razem czuć na kilometr, że wyszło to spod jego ręki. Nie ważne, czy mowa o płytach wielkich czy słabych. To taki stempel firmowy. Nie inaczej jest na najnowszym dziele. Tym razem ten stempel odbity jest na kompozycjach dojrzałych, rozbudowanych i ciekawie zaaranżowanych. Duża też w tym zasługa Daraya, który zrobił świetną robotę z bębnami. Brzmienie jest wyraźne, klarowne ale jak najbardziej tchnie piwnicą i przeszłością Christ Agony. Tam gdzie ma być piekło i kociołek, tam jest piekło i kociołek a nawet wielki garniec smoły.

Cezar po raz kolejny pokazał, że w tym fachu jest jednym z najlepszych. Nawet jeśli przytrafią się gorsze chwile, potrafi powrócić w pełnym blasku. Albo w wielkim płomieniu piekielnym.

I wrócił.

Ocena: 9/10

Christ Agony - „Legacy”. Witching Hour Productions, 2016 rok. Numer katalogowy Evil090CD.






piątek, 2 grudnia 2016

Metalowy cios aż do kości.

Kiedy wydajesz płytę o jasno brzmiącym tytule „Metal to the Bone”, nie możesz oczekiwać, że ci którzy ją kupią zrobią to, bo będę liczyć na piosenki o miłości, rzewne melodie i frazesy „życie jest piękne”. Nie spodziewasz się, że para zakochanych będzie jej słuchała podczas romantycznej kolacji bo teksty mówią o uczuciu aż po grób. Wiesz dobrze, że nie kupi jej nastolatka siusiająca w majtki na widok zniewieściałego idola bo pomyliły jej się tytuły.

Kiedy wydajesz płytę o tytule „Metal to the Bone” nie oczekujesz że będą cię puszczali w radio, że będą cię słuchały panie u fryzjera a ludzie w makdonaldzie będą dyskutowali nad drugim riffem w trzecim numerze. Ani przez moment nie masz nadziei, że zagrasz na festiwalu sakralnym czy pikniku rodzinnym koła gospodyń wiejskich. Nie liczysz na posadę krytyka w żenującym show muzycznym ani na sesję zdjęciową w damskich futrach.

Nie. Kiedy nagrywasz płytę o takim tytule, wiesz, że nie będzie to materiał na radiowy i telewizyjny przebój. Wiesz, że będą cię słuchali zarośnięci maniacy w skórach i glanach. Że na twoich koncertach nie będzie niedzielnego kółka dla młodych ani angielskiego klubu dżentelmenów.


I właśnie na to liczysz. Dlatego nadajesz płycie taki tytuł i nagrywasz taką muzykę. Musisz jednak sprostać sile tego tytułu, bo ci zarośnięci maniacy w skórach nie są pierwszą lepszą tłuszczą która łyknie byle syf. Bo słyszeli już dziesiątki takich kapel i doskonale wiedzą, że nawet jak poskaczą do twojej muzy na koncercie wcale nie muszą słuchać jej w domu. A koncert też mogą spędzić na piwku przy barze a nie wciśnięci w barierki pod sceną.




Zielonogórski Warfist sprostał. Nagrał album dziki, brutalny i metalowy do szpiku kości. Dokładnie taki, jaki zapowiada tytuł.

Ocena: 8/10

Warfist - „Metal to the Bone”. Godz Ov War Productions, 2016 rok, numer katalogowy GOWPXXXIII.  






"Metal to the Bone" na Discogs: