środa, 30 listopada 2016

Sauron w obronie dawnej wiary.

Sauron, mroczny władca jałowego Mordoru, o którym jakiś czas temu zrobiło się cicho, wychynął z lasu. Jeśli myśleliście, że słuch po nim zaginął, bo jakiś mały owłosiony jegomość wrzucił pierścień do ognistej szczeliny, to byliście w błędzie. Pan ciemności postanowił zmienić otoczenie i zamienił wypalone pustkowia na zielone lasy a mroczne twierdze pnące się ku niebu na drewniane grody. I tak sobie w tym lesie posiedział w tajemnicy aż wreszcie uznał, że czas wyjść i pokazać Światu swoje oblicze – niby znane, ale jednak odświeżone. 




Dla wywodzących się z Radomia weteranów krajowej sceny skończył się okres zawirowań i wiatrów wiejących w twarz. W tym roku Sauron działa naprawdę prężnie i właśnie uraczył nas nowym (częściowo) materiałem. Pierwsze co przykuwa uwagę to okładka. Dzieło Roberta A. von Rittera to wariacja na temat plakatu propagandowego Bolesława Surałło z 1939 roku przedstawiającego polskiego żołnierza broniącego nazistom dostępu do Polski. Tu mamy pogańskiego wojownika, który broni swej ziemi przed chrześcijaństwem. Bardzo to ładne i estetyczne a i sam zamysł jak najbardziej słuszny. Płyta to digipack i po rozłożeniu paneli pozostajemy w klimacie okładki. Bardzo przyjemna kolorystyka, świetnie komponujące się czerwone akcenty, fajne zdjęcie zespołu. Znajdziemy też teksty, napisane po polsku i osadzone w klimatach rodzimowierczych i przedchrześcijańskich. Jeden jest autorstwa Antoniego Wacyka, poety przedwojennego ruchu Zadruga. Muzycznie nie odbiegamy od tekstów i sprawia to przyjemne wrażenie kompozycyjnej spójności. Zresztą wszystko tu wydaje się do siebie pasować, co jest tym bardziej ciekawe, że z sześciu utworów tylko dwa to premierowe kompozycje. Trzy pochodzą z przeszłości zespołu, ostatni to cover Bathory. Od pierwszych sekund materiał przyjemnie galopuje, powodując mimowolne tupanie nogi. Otwiera go premierowa kompozycja „Pergrubia 997 (chwała obrońcom prawiary)” mówiąca ni mniej ni więcej tylko o marnym końcu żywota świętego Wojciecha. Aranże i riffy są tu proste i oszczędne, na pierwszym planie przez całe trzydzieści trzy minuty (no, może poza coverem Bathory) trwania tego wydawnictwa są, stylizowane na tradycyjne, melodie. Można powiedzieć, że to motor napędowy i przewodnik po płycie. Kolejne trzy utwory to kompozycje z różnych okresów historii Saurona, odświeżone i odpowiednio zaaranżowane, nie odniesiecie więc wrażenia, że tu nie pasują. Komponują się świetnie i z otwierająca „Pergrubią” i piątym „Goreją Wici”, który jest moim faworytem. To niesamowicie prosty kompozycyjnie numer ale ma w sobie moc black metalowego hitu, w pozytywnym sensie. Sauron nie wymyśla prochu i nie sili się na eksperymenty. Gra prosty black metal jaki pewnie słyszeliście wiele razy, szczególnie, że dużo tu ech dawnego Enslaved i w szczególności Satyricon. Ale słucha się tego bardzo przyjemnie. Momentami panowie raczą nas też lekko rock'n'rollowymi wstawkami i słychać, że czują się w tym klimacie dobrze – może w przyszłości warto temat rozwinąć? Cover Bathory, „Enter the eternal fire”, zagrany bardzo poprawnie, bez fajerwerków, pod resztę materiału. Nie wyłamuje się z całości co w moim odczuciu działa na plus, bo jak już pisałem – spójność jest siłą tego materiału.

Sauron to weterani sceny i fajnie widzieć, że nie złożyli jeszcze broni, że wciąż jest w nich ta chęć grania, ten entuzjazm i wola. Zespół sprawia wrażenie odrodzonego, pozostaje tylko czekać na pełnowymiarowe premierowe wydawnictwo.

Ocena: 7,5/10

Sauron - „Wara!”. Witching Hour Productions, 2016 rok, numer katalogowy Evil088CD.






"Wara!" na Discogs:

poniedziałek, 28 listopada 2016

Płock, czyli królestwo death metalu.

Karabin maszynowy. Wybuchy. I jakiś straszliwy głos. Czy to diabeł wydaje rozkazy do ataku? Tak, ale już na początku bitwy zwodzi nas swoją taktyką. Spodziewamy się nalotu dywanowego i błyskawicznej pancernej szarży a dostajemy potężny, najeżony dźwiękiem twardym jak stal, walec. I krzyk. I już wiadomo, że płocki Kingdom spuścił ze smyczy album potężny.


Huraganowa perkusja przychodzi chwilę później. Ale za chwilę znowu zwalnia. Nietypowy to otwieracz dla takiej płyty, która w większości gna jak zagony pancerne podbijające Związek Radziecki. Zwalnia momentami, majestatycznie, jakby uzupełniała amunicję na kolejne minuty walki. Rozdaje potężne ciosy precyzyjnie, jak kierowane laserem pociski. Nikt się jej nie oprze.


  

To rozpętane na ziemi piekło trwa nieco ponad trzydzieści cztery minuty. Przez cały ten czas miażdży nas swym niesamowitym death metalowym ciężarem, czasami dodając do tego black metalową złość, czasami pędząc z iście thrashową motoryką. Nie ma jednak żadnych wątpliwości, że jesteśmy świadkami rasowej death metalowej sztuki, kipiącej energią i dynamiką. I gniewem. Potężne, selektywne brzmienie, wzbogacone lekkim piwnicznym brudem i podlane ostrością z czarciego kociołka, na pierwszy plan wysuwa baterie armat zwanych przez śmiertelników perkusją. Motor napędowy i nadający rytm piekielnym zagonom instrument jest tu panem i władcą. Za nim podążają gitary i bas a nad wszystkim unosi się świetny wokal. Zgrane to wszystko jest perfekcyjnie, jak jeden wielki organizm pracujący dla zwycięstwa. Kompozycje są ciekawe, rozbudowane i nieoczywiste, ale to właśnie brzmienie zasługuje na największą pochwałę. Doskonała robota.

Kingdom nie jest najpłodniejszym z zespołów, to dopiero trzeci album w ich dorobku. Jednak jeśli długie przerwy pomiędzy wydawnictwami mają przynosić takie efekty, to panowie – nie spieszcie się. Z każdym kolejnym albumem zespół niesamowicie się rozwija. Z każdym kolejnym albumem pokazuje trochę inne oblicze oraz coraz większą dojrzałość. Warto było czekać.

Płyta bardzo ciekawie dla oka wydana, ze świetną kolorystyką, grafikami i okładką. Zapomniałbym – na deser cover Darkthrone, który brzmi jakby był nieodrodną częścią płyty. Brawo panowie.

Ocena: 10/10


Kingdom - "Sepulchral Psalms from the Abyss of Toment". Godz Ov War Productions, 2016 rok, numer katalogowy GOWP XXXII.






"Sepulchral..." na Discogs:

czwartek, 24 listopada 2016

Stillborn, czyli listopadowa perełka z lutego.

Bogactwo muzyczne tego roku jest ogromne. Rodzime podwórko obrodziło bardziej niż mazowieckie sady w najlepszych latach. A robaczywych jabłek bardzo mało. Choć z drugiej strony, może one wszystkie są robaczywe, jeśli wiecie co mam na myśli ;) W każdym razie, to wspomniane bogactwo powoduje problemy, przynajmniej w moim konkretnym przypadku. Zwyczajnie i po ludzku nie nadążam. Człowiek się starzeje, wiem, ale fakt faktem – płyt zatrzęsienie. Zamówić można ale nie zawsze jest czas na porządne przesłuchanie, wsłuchanie i odbiór. Dziś będzie o jednej z takich płyt właśnie. I to, że dopiero teraz o nim pisze zasługuje na naganę a ja sam na ciężkie prace w kamieniołomach tudzież na pieszą pielgrzymkę do Mielca w worku pokutnym. „Testimonio de Bautismo” ukazał się pod koniec lutego, do mnie dotarł gdzieś w marcu. No, mamy listopad, wiem. Trochę się opóźniłem ale na szczęście ten blog to nie ekspres do Gdańska na który czeka wytęskniona wakacji rodzina, więc nikomu chyba krzywdy nie zrobiłem. Wtedy, w marcu, wskoczył do odtwarzacza na bodajże dwa, trzy razy i ustąpił miejsca innym. Gdy go teraz słucham, wiem, że popełniłem ogromny błąd. Mam taki zwyczaj, że podczas sobotnich porządków wracam do płyt o których wiem, że nie dałem im wystarczająco dużo czasu i za szybko powędrowały na półkę. Ostatniej soboty padło na Stillborn. Kręcił się w odtwarzaczu kilka razy a ja porządki zrobiłem dwa razy szybciej niż zwykle. 


Po tym lekko przydługim wstępie czas przejść do konkretów. A ta płyta jest konkretna. To potężny metalowy cios, w klimacie naturalnym dla zespołu z Mielca – piekielnej black/thrash/death metalowej jazdy. Dawka jadu, agresji, brudu i kopów w mordę jest ogromna. Jak to zasuwa! Jazda bez trzymanki i nawet nie ma czasu zapiąć pasów. Wsiadamy na piekielny rollercoaster i po trzydziestu minutach chcemy kolejnego przejazdu. To pół godziny wypełnione złością, wkurwem i jednym krótkim komunikatem – tak się gra metal. Bez metafor, zbędnych słów i ozdobników. Wszystko podane w sosie prostego, ostrego i zabrudzonego brzmienia i dopełnione niesamowicie czytelnymi w przekazie tekstami, wykrzyczanymi w ojczystym języku. Na dokładkę dostajemy cover Sodom i świetny numer instrumentalny. Stillborn zawsze był solidnym, mocnym zespołem ale tą płytą pokazali, że jeśli chodzi o bezkompromisowe dawanie po ryju, grają w pierwszej lidze. Jeśli uważasz, że Behemoth jest brutalny, nie sięgaj po „Testimonio…”. Nie podniesiesz się.
Biorąc pod uwagę jak dobry to materiał, strata kilku miesięcy podczas których mogłem się nim rozkoszować jest niewybaczalna. Kupię sobie chyba jakiś pejcz i codziennie, słuchając „Testimonio…” będę wymierzał sobie zasłużoną karę. Dobrze, że poznałem się na tej płycie jeszcze przed końcem roku – namiesza w prawie już gotowym podsumowaniu.
Ocena: 9/10
Stillborn - "Testimonio de Bautismo". Godz Ov War Productions, 2016 rok, numer katalogowy GOWP XXVI.




"Testimonio..." na Discogs:

poniedziałek, 21 listopada 2016

Imperium w kryzysie.

Po dwóch dniach oczekiwania na półce odpaliłem wreszcie „The Empire”, najnowszy album Vader. Kiedyś taka sytuacja nie miałaby prawa zaistnieć – wydawnictwo momentalnie wylądowałoby w odtwarzaczu. Choć nie, raczej w magnetofonie, bo czasy gdy wielbiłem zespół z Olsztyna bezgranicznie, dawno temu minęły. Demówki uwielbiam, pierwsze trzy albumy kocham. Potem długo, długo nic mnie nie ruszyło aż wreszcie w 2011 roku ukazał się „Welcome to the morbid reich”. Bardzo dobry album i pomyślałem wtedy, że Vader wraca na dobre tory. Jednak kolejny materiał nie powalił, był raczej z gruntu tych trochę powyżej średniej. Na „The Empire” nie czekałem z wypiekami, szczególnie, że w sierpniu pojawiła się EPka zapowiadająca płytę - „Iron Times”. Cztery utwory w tym jeden cover. Niestety, nieudany, co dziwne w wydaniu Vader. Dwa premierowe numery nie zapowiadały niczego wielkiego ani porywającego, choć „Prayer to the god of war” to całkiem fajny kawałek. „Iron Times” nie zaostrzył apetytu na pełnowymiarowy album, raczej ostudził oczekiwania.  


Vader - Iron Times

Jest niedzielny wieczór a ja mam za sobą pięć przesłuchań najnowszego dziecka Petera. I szczerze mówiąc trudno coś stanowczego i wyraźnego napisać. Ale taki właśnie jest ten album. Przeciętny. Ponad ten poziom wybija się wspomniany „Prayer to the god of war” i najlepszy moim zdaniem „Iron reign”. Reszta przelatuje bez większych emocji a początek numeru „Genocidus” to wręcz kopia samych siebie sprzed lat. Peter nadal pcha zespół w kierunku piekielnej estetyki lat osiemdziesiątych, co oczywiście widoczne jest nie tylko w ubiorze muzyków. Dostajemy masę thrashowych riffów (kilka naprawdę dobrych), sporo heavy metalowych solówek, które dzięki Pająkowi są naprawdę fajne. Strach pomyśleć jak brzmiałby Vader bez tego faceta. Z nim w składzie co prawda coraz bardziej oddala się od death metalu, ale jego gitara wnosi sporo ożywienia. Momentami głowa sama się kiwa a nóżka tupie, jednak stanowczo za rzadko. Brzmienie oczywiście jest bardzo dobre, selektywne i w moim odczuciu naprawdę mocne. To jednak nie ratuje płyty jako całości, która jest po prostu solidnym średniakiem. Kolejne przesłuchania kończą się nie wnosząc nic nowego do odbioru. Solidność to stanowczo za mało jak na taki zespół, choć oczywiście wielkiej ujmy nie przynosi. Jedynie żal i lekki zawód. Lekki, bo cudów się nie spodziewałem.

Ocena: 6/10

Vader - The Empire. Wydanie Witching Hour Productions, 2016 rok, numer katalogowy Evil091CDD.






The Empire na Discogs:

piątek, 18 listopada 2016

Furia, czyli zwykłe czary wieją. Zwykłe?

Właśnie rozpoczyna się otwierający płytę „Za ćmą, w dym”. Jak ten utwór pięknie się rozwija i ewoluuje! Jak buduje klimat i napięcie, eksploduje, by wreszcie, gdzieś pomiędzy Wełnowcem a Siemianowicami, znowu się uspokoić i zdradzić nam swoje liryczne przesłanie. Zdradza jeszcze jedną bardzo ważną rzecz – to nie będzie płyta black metalowa w klasycznym rozumieniu. Ale jak najbardziej będzie czarna.


Śląsk to region specyficzny i nie są to puste słowa kogoś, kto usłyszał o kopalniach i pomyślał „jasny gwint tam faktycznie jest inaczej”. Nie, ja się tam wychowałem. To mój region, moje miejsce i wiem doskonale, czemu śląscy artyści często tworzą coś, co może być nie do końca zrozumiane przez innych bądź odbierane jako nowatorskie, eksperymentalne czy wręcz chore. Atmosfera tego regionu, charaktery ludzkie i wszystko, co nas tam otacza, wyzwala zupełnie inne bodźce. Furia taką właśnie śląską ścieżką kroczy od lat w warstwie lirycznej, jeśli chodzi o muzykę, to w tym roku wkroczyła na nią bardzo pewnie. Najpierw mini album „Guido”, nagrany w kopalni. Teraz „Księżyc milczy luty”. „Guido” to nie moja bajka i szczerze mówiąc nie przypadło mi to wydawnictwo do gustu, ale rozumiem ideę powstania. Rozbudziło jednak we mnie strach o pełnowymiarowy album. Nie jestem zwolennikiem eksperymentów na siłę, taniego artyzmu i kiczu, grafomaństwa i przeintelektualizowania pewnych spraw. A dla mnie Furia od jakiegoś czasu powoli dryfowała w tę właśnie stronę. Zdążyłem już przeczytać porównania do Comy, Roguckiego i tym podobnych aberracji. Wszystko bzdury i banialuki! Dziwne jest też to, że sam zespół już od dawna nie podąża szlakiem prostego black metalu a kiedy się rozwija w jak najbardziej dla niego naturalnym kierunku, to mu się obrywa od "znawców" bo nudne, bo grafomaństwo, bo Coma, bo Rogucki, bo przereklamowane, bo na siłę… Cały problem bierze się w moim mniemaniu z powodu złego podejścia i nastawienia. Uświadomcie sobie, że Furia nie gra black metalu i po problemie. Podejdźcie do tej płyty jak do kompletnie nowego wydawnictwa kompletnie nie znanego Wam wcześniej zespołu. Wyrzućcie nazwę Furia do przeszłości, zapomnijcie o niej na chwilę a wtedy może ta płyta do Was dotrze. Bo moc ma ogromną. 


Za ćmą, w dym” to rasowy progresywny numer, bardziej rockowy niż metalowy, choć dochodzimy tu do momentu ciężkiego, który potem przez dłuższy czas dominuje. Byłby majstersztykiem, gdyby nie kompletnie niepotrzebna moim zdaniem deklamacja tekstu. Drugi jest „Ciało”, rozpoczynający się spokojnie by za chwilę uderzyć nawałnicą dźwięków. Trochę chaotycznie, trochę na oślep, ale leją po ryju. Mocno i metalowo, choć nie spodziewajcie się blackowej łupanki. „Tam jest tu” – najdziwniejszy jak dla mnie i chyba najsłabszy, przynajmniej w swej pierwszej fazie, bo potem jest już po prostu świetna black metalowa przechodząca w black/thrashową jazda. Czwarty „Grzej” przez całą swoją długość miesza ciężar z melodią i jakąś taką delikatnością. Może to kwestia tekstu? „Zabieraj łapska” ma tak świetny początek, tak rytmiczny i niosący, że mógłbym go słuchać trzy razy dłużej. A potem uderza, na chwilkę, by znowu się uspokoić i po jakimś czasie ponownie zaatakować. Motyw przewodni swą melodyką niszczy mi nadgarstki a końcówka powala dynamiką. Dopełniają go zróżnicowane, opętańcze wokale. No i na zamknięcie dostajemy absolutnie rewelacyjny „Zwykłe czary wieją”. Kompozycyjnie najprostszy, zdawałoby się, najbardziej oczywisty, ale ujmy mu to nie przynosi. Od początku mocny, intensywny, ze wspaniałą melodią i linią wokalną. W połączeniu z ciekawym tekstem daje genialny efekt. Taki sposób zamknięcia albumu, kojarzy mi się ze wspaniałą „Alma Mater”, która zamykała „Wolfheart” Moonspell. Ten sam poziom emocji, ten sam ładunek energii. Utwór wspaniały. Dziękuję, koniec. Szkoda, że już? Wielka. 


Jaki to więc album? Bardzo dobry, nieoczywisty i złożony. Eklektyczny. Ale nadal metalowy, pełen energii i dynamiki. Dający do myślenia i momentami odpływający w inne stany świadomości ale nadal prosty w swym wydźwięku. Śląski, bo tak to już na Śląsku jest – tu nic nie jest oczywiste, wszystko ma drugie dno a jednak zawsze prostota wygrywa i dominuje. Prostota i szczerość przekazu. A tutaj ta szczerość jest, czuć ją choć faktycznie, momentami tekstom niebezpiecznie blisko do kiczu czy grafomaństwa. Jeśli jednak ktoś widział obrazy śląskich artystów, filmy, to wie co mam na myśli. Taka jest specyfika, nie znaczy to jednak, że ktokolwiek robi cokolwiek na siłę. Śląska dusza jest bogata ale najbardziej lubi swoją prostotę i rubaszność.
Nie wiem w jakie rejony w przyszłości zawędruje Furia ale wiem, że będę tę przyszłość bacznie obserwował. Bo przecież nikt mi tak ładnie o hałdach, hutach i kopalniach nie zaśpiewa.
Ocena: 10/10
Furia - "Księżyc milczy luty". Wydanie Pagan Records, 2016 rok, numer katalogowy Moon 107.




 "Księżyc milczy luty" na Discogs:

środa, 16 listopada 2016

Kosmokrator, czyli pierwszy krok ku supremacji zrobiony.

Jeszcze dwa miesiące temu belgijskiego Kosmokrator nie znałem. Generalnie Belgia bardziej kojarzy mi się z piwem, niż z metalem. Jest oczywiście wspaniały Ancient Rites, ale jedna jaskółka jak to mówią, sceny nie czyni. Któregoś dnia zasiadając do dłuższej analizy niesamowicie skomplikowanego pliku w Excelu szukałem czegoś na jutubie (tak, w pracy korzystam z tego źródła) by sobie ten czas umilić. Gdzieś w oczy rzucił mi się ten długi i ciekawy wyraz a ponieważ lubię odkrywać nowe muzyczne rejony – odpaliłem. Materiał o wdzięcznym tytule „First step towards supremacy” wcale wielce nowym muzycznym rejonem się nie okazał, ale zanim dobrnąłem do końca excelowych łamigłówek, miałem na koncie już kilka przesłuchań. Można z całą pewnością stwierdzić, że trafili mnie i to celnie. 




Drugie wydawnictwo Kosmokrator to cztery utwory dające trzydzieści minut bardzo ciekawego, soczystego, siarczystego i potężnego black/death metalu. Gdy już dotarła do mnie płyta, uraczyłem się sesją zapoznawczą z użyciem słuchawek i stwierdzam, że trzonem muzyki Belgów, jej kręgosłupem i nadzieniem jest black metal. Wszystko co wokół, to iście potężny podmuch death metalu, nadający materiałowi ciężaru, mroku i atmosfery grozy. Kosmokrator genialnie tworzy napięcie i klimat, wspaniale buduje strukturę każdego kawałka, każdą sekundę wypełniając black metalowym szałem i death metalowym płaszczem ciężaru. Gdy dorzucimy do tego bardzo ciekawe, zróżnicowane wokale, użycie klawiszowych, kosmicznych wstawek będących łącznikami pomiędzy utworami, bardzo mocne i skondensowane brzmienie, nie pozbawiające jednak materiału swoistej selektywności to otrzymamy pół godziny wielkiej przyjemności. Żaden Excel nie będzie straszny, zaręczam.

Belgowie w 2014 roku wydali demo „To the summit”, które rozmachem, produkcją i ogólnym wrażeniem dzielą od tego materiału lata świetlne. Rozwój jest ogromny. Wniosek jest jeden - Kosmokrator to zespół młody, swą ścieżkę ku dominacji rozpoczął w 2013 roku ale jeśli nadal będzie tak prężnie kroczył, to zakończy się ona podbiciem uniwersum już na następnym materiale, który mam nadzieję, będzie pełnowymiarowym debiutem.

Na koniec trzeba też wspomnieć o bardzo ładnym, przyciągającym oko wydaniu tej EPki. Digipack, ciekawe zdjęcia i grafiki, teksty. Wszystko na dobrym papieże i w ciekawych kolorach. Dopełnia muzykę w najlepszy możliwy sposób.

Oby tak dalej!

Ocena: 9/10

Kosmokrator – First step towards supremacy. Van Records, 2016 rok, numer katalogowy VAN182. 







First step towards supremacy na Discogs:

poniedziałek, 14 listopada 2016

Krzyk pośród turni i jezior.

Wędrujący Wiatr. Wędrujący po Warmii i górach. W dużym uproszczeniu, stamtąd pochodzą panowie odpowiedzialni za ten zespół. Są to też rejony bliskie memu sercu. Góry schodziłem wzdłuż i wszerz dzięki moim rodzicom, zapalonym turystom. Warmia jest mi bliska poprzez miasto Olsztyn i ludzi, których tam poznałem. Dość powiedzieć, że jest to jedno z moich ulubionych miejsc a góry zawsze będą memu sercu bliskie.


Wędrujący Wiatr gra black metal. Niektórzy określają go jako atmosferyczny. Ale co to znaczy? Przecież black metal zawsze był i będzie atmosferyczny, tylko poszczególne zespoły wytwarzają inną atmosferę. Ale nie do końca o muzykę tu chodzi. Ona jest tylko nośnikiem treści, a te w przypadku Wędrującego Wiatru są głębokie. Bardzo cieszy mnie fakt, że ktoś postanowił pisać i tworzyć o naszej kulturze. Tak, wiem, robi to choćby Stworz, którego muzyk jest też przecież połową Wędrującego Wiatru. Może więc ten tekst powinien być o obu zespołach? Nie, bo Stworz robi to zupełnie inaczej. Jest bardziej dosłowny, dosadny i oczywisty. Wędrujący Wiatr to przeniesienie na grunt muzyki słowiańskich tradycji w sposób dotąd nie spotykany. Nie ma tu wielu „folkowych” momentów, jest za to bardzo dużo najzwyklejszej black metalowej jazdy. Ale jak już mówiłem, to tylko muzyka. To, co jest bogactwem tego zespołu to teksty. Warto je poczytać, bo nie są to typowe liryki. To małe dzieła poezji i prozy. I nie ma znaczenia czy panowie piszą o górach czy jeziorach. W każdym z przypadków robią to doskonale i czuć, że kochają te miejsca. Szczerość w muzyce jest ważna a tutaj aż bije po oczach. Jest to wspaniała odpowiedź na te wszystkie fascynacje wikingami i świetna pozycja dla tych wszystkich małolatów biegających z Młotami Thora na szyi. Może wreszcie zrozumiecie, że mamy swoją kulturę? Wędrujący Wiatr to muzyczny przewodnik po rodzimych krajobrazach ale także po rodzimej kulturze. Spojrzyjcie we wkładkę nowej płyty – te wszystkie niesamowite grafiki, wzory ludowe! Ten zespół to fenomen, to chęć pokazania, że black metal jest w stanie sławić piękno i wskazywać tradycyjne kulturowe wzorce. 


"Tam, gdzie miesiąc opłakuje świt" oraz "O turniach, jeziorach i nocnych szlakach"

Piszę ten tekst bo niedawno ukazał się drugi album zespołu. Długo trzeba było czekać, ale było warto. Nie dostajemy rewolucji, raczej jedynie ewolucję. I bardzo dobrze. Wiatr stał się dojrzalszy, ciekawszy muzycznie jednak dokładnie tak samo hipnotyzujący i klimatyczny. Jakość nagrania jest bardzo podobna do poprzedniego albumu, ale to nie ma żadnego wpływu na odbiór. Choć może i ma, bo nie wyobrażam sobie tej płyty ze sterylnym brzmieniem. Ludzie kochający black metal wiedzą, że ta muzyka to nie sterylna produkcja i naprawdę, ten piwniczny bród tylko wzmacnia przekaz. To coś, co trudno określić, trudno nazwać, najprościej powiedzieć, że to klimat. Ale w przypadku tego zespołu to coś więcej.

Jeśli będzie trzeba, na kolejną płytę cierpliwie poczekam kolejne trzy lata. Wiem, że będzie warto. Muzycznie takich tworów pewnie w międzyczasie pojawi się co najmniej kilka ale klimatu i całokształtu pewnie nikomu nie uda się oddać.

Ocena: 8/10

Wędrujący Wiatr - „O turniach, jeziorach i nocnych szlakach”. Wydanie Werewolf Promotion, 2016 rok, numer katalogowy WP-CD56. 






"O turniach..." na Discogs:

czwartek, 10 listopada 2016

Otchłań kosmosu, czyli dzieło wspaniałe.

Nie wiem czy gdzieś, w odległych galaktykach a może w tych bliższych, istnieją jakieś obce cywilizacje. Wiem natomiast, że gdyby postanowiły się z nami skontaktować, mogłoby brzmieć to jak ta płyta. Bo wyobraźcie sobie potężny, szalejący wir otwierający się na niebie, mieniący się tysiącem barw i bezlitośnie wciągający wszystko, co z człowieczej ręki powstało. Wciągający, miotający tym wszystkim i miażdżący. Powoli, brutalnie, nieziemsko skutecznie. Kawałek po kawałku rozgniatający wszystko na maleńkie atomy, wtapiające się później w jego nieskończoność. Nie dawałby on żadnych szans i żadnej litości, miotał meteoryty i pluł lawą ale zarazem byłby hipnotyzująco przerażająco piękny. Tak mogłoby to wyglądać, choć jest to raczej scenariusz na kiepski film science-fiction. Tu, na tym albumie, wszystko jest pierwszorzędne a scenariusz zniszczenia zrealizowany perfekcyjnie.




Nie przez przypadek zacząłem od tej kosmicznej wizji. Klimat tej płyty jest właśnie taki. Zaczynając od okładki, przez wkładkę, częściowo teksty a kończąc oczywiście na muzyce. Tak gęstej, dusznej a zarazem pełnej przestrzeni atmosfery dawno nie słyszałem. Przez całą długość płyty mam wrażenie obcowania z czymś pozaziemskim i to nie tylko dzięki niesamowitym klawiszom – użytym zresztą dość oszczędnie, ale z pomysłem. To samo robią tu szaleńcze, opętane chaosem kosmosu gitary i ten niesamowity wokal, wychodzący jakby z wnętrza tego wiru zagłady, czasami pełniący rolę kolejnego instrumentu potężnej orkiestry obcych. Ale ponad wszystko jest tutaj totalny ciężar i moc. Powtórzę – tu jest aż gęsto i duszno od tego ciężaru i ja nie pamiętam kiedy coś takiego ostatni raz słyszałem. Niesamowite wrażenie. Jest tu też sporo technicznych momentów, jednak mają one tylko i wyłącznie służyć uwypukleniu tego niesamowitego klimatu. Nie zmienia to faktu, że panowie potrafią zaserwować nie tylko tę gęstą, smolistą maź, ale też całkiem fajnego rock'n'rolla i rasowe death metalowe kanony. Ta płyta w sposób mistrzowski łączy techniczne granie z nastrojem i klimatem i muszę przyznać, że takiej grozy to na wielu black metalowych dziełach próżno szukać. To dla mnie ważne, bo w tej muzyce o emocje chodzi. Te wszystkie zwolnienia, akustyczne gitary, odjechane klawisze, wokale kompletnie z innego świata. Ja nie mam żadnych wątpliwości, że jest to jedna z najlepszych płyt w tym roku. Aha, co ciekawe, panowie muzycy nadają tytuły swoim solówkom! Tak, solówkom granym na gitarach. Każda ma tytuł. Oczywiście w klimacie.

Bardzo podoba mi się także wydanie tej płyty. Kilka elementów sprawia wrażenie jakby płyta była z lat dziewięćdziesiątych (napisy na bokach, symbol „compact disc” i kilka innych smaczków), są piękne grafiki, teksty, świetnie dobrane kolory. No po prostu wspaniałe dopełnienie warstwy muzycznej. Dzieło skończone, zamknięte, finito, dziękujemy, niczego tu nikt by nie zdołał poprawić. Bierzemy się za następne. Tak panowie, tak – bierzcie się za następne, bo ja tu już w odległej galaktyce Polska niecierpliwie czekam.

Ocena: 10/10

Blood Incantation - Starspawn. Wydanie Dark Descent Records, 2016 rok, numer katalogowy DDR157CD. 






Starspawn na Discogs:

poniedziałek, 7 listopada 2016

Krzyk zza grobu.

Są takie zespoły na tym Świecie, które pomimo niewielkiej aktywności wydawniczej, osiągają status „kultowych”. Fakt, często jest tak, że określenie to przypisywane jest na wyrost zespołowi, który na to nie zasługuje. Jednym z takich zespołów na pewno nie jest Infatuation Of Death.
Wiecznie podziemny twór, złożony z muzyków grających także w innych kapelach, który na koncie ma kilka demówek. No i jeden longplej – tegoroczny. Aha, zapomniałbym – zespół już nie istnieje. I ten album nie jest jego zmartwychwstaniem, tylko krzykiem zza grobu. Bardzo donośnym krzykiem.

Historia zespołu jest personalnie zagmatwana jak brazylijska telenowela, co oczywiście nie pomagało w tworzeniu nowych materiałów. To, co jednak udało się wypluć z czeluści piwnic i w postaci demówek uderzyło świat żywych, było nad wyraz potężne. Tej mocy można też było zakosztować na nielicznych koncertach, które zawsze były konkretnym kopem w zęby. Jednego udało mi się doświadczyć i atmosfera była iście piekielna. Rozmazane fragmenty tego misterium mam ciągle przed oczami, jak jakiś diabelski kalejdoskop skąpany w dymie. A jakie to wszystko było szczere! Ile w tym było pasji, oddania i miłości do tej muzyki. To jest właśnie największe bogactwo podziemia i Infatuation Of Death wspaniale je uosabiało. Po stokroć bardziej szanuję facetów, którzy z uporem maniaków wydają te swoje dema, grywają dla 20 osób w środowy wieczór ale robią to, bo kochają tę muzykę, niż tych wszystkich zmanierowanych gwiazdorków czy sztucznie nadmuchane wydmuszki, którym merch musi wozić osobna ciężarówka. 



Zespół finalnie rozpada się. Na szczęście, nim to się stało powstał ostatni, pożegnalny materiał. Dzięki kilku maniakom, udaje się go wydać. To wspaniały hołd i testament, sławiący starą szkołę death metalu. Piekielnego death metalu, od którego siarką czuć na kilometr ale zarazem technicznie i bardzo poprawnie zagranego. Inspiracje są tu oczywiste i słyszalne od pierwszej sekundy ale nie oznacza to wcale, że „Code of Impiety” to przewidywalny album. Nie. Ale zarazem niczym nie zaskakuje. Bo przecież nie o to chodzi, tu nikt nie chciał wymyślać prochu. Kilka ton siarki wystarczy.
Płyta bardzo schludnie wydana a co ciekawe, zawiera sekcję multimedialną i po wsadzeniu do kompa zyskujemy dostęp bo dwóch demówek. Są tam nawet okładki, które można sobie wydrukować i dzięki temu wstawić na półkę solidne kawałki death metalu. Świetny krok i za to gratulacje dla muzyków i wydawców. 
Wydanie Defense Records/Mythrone Promotion, 2016 rok. Numer katalogowy Defense 043/MP10.




Code of Impiety na Discogs:

czwartek, 3 listopada 2016

Bractwo Węża i jego testament.

W tegorocznym zalewie świetnych black i death metalowych materiałów, thrash metal wydaje się być w odwrocie. Fakt, liczebnością ustępuje, ale za to jakościowo wspina się bardzo wysoko. Po wspaniałym „For All Kings” Anthrax i bardzo dobrym „The Evil Devide” Death Angel, jesień przyniosła nam nowy album Testament. To dobry moment by, zanim skupię się na „Brotherhood of the Snake”, skreślić kilka słów o moich doświadczeniach z Amerykanami.


Testament nigdy nie był u mnie w czołówce thrashu. Owszem, znałem, słuchałem, ale nigdy tak w pełni do mnie nie przemówili. Potem przyszła zmiatająca wszystko fala black metalu i kompletnie nasze drogi się rozeszły. Aż do 2012 roku kiedy to legendarni thrashowcy wydali „Dark Roots of Earth”. Ajajajaj, jak dobra jest to płyta! Gdzieś w sieci rzucił mi się w oczy teledysk do „Native Blood” i zrobił to na tyle skutecznie, że poleciałem szybciutko po płytę. A ona uruchomiła lawinę, bo wróciłem do starych wydawnictw, kilka musiałem uzupełnić na półce. Nie wszystkie weszły gładko, ale zdałem sobie sprawę, że coś mnie jednak wcześniej ominęło.  


Starsi panowie w formie

Na „Brotherhood of the Snake” nie czekałem z wypiekami i spoconymi dłońmi, nie zaznaczyłem tej daty w kalendarzu. Pewnie dlatego, że ten rok jest tak bogaty, iż ciężko mi już za wszystkim nadążyć. Oczywiście wiedziałem, że premiera była jakoś „na dniach”, ale nawet nie zanotowałem w moim magicznym kajecie, by zamówić. Kilka dni temu kompletnie bez większego powodu wszedłem do Empiku, po prostu pooglądać. A nóż coś się trafi. No i oczywiście trafił się Testament. Ucieszyłem się jednocześnie ganiąc się w myślach, że mogłem zapomnieć. Na szczęście los czuwał i nie pozwolił mi pominąć „Brotherhood...”.

I dobrze. Bo to bardzo dobry album. Może w pierwszej chwili nie zrobił na mnie takiego wrażenia jak „Dark Roots...”, ale z każdym kolejnym przesłuchaniem zbliża się do poziomu poprzednika i coś mi mówi, że może go przeskoczyć. Wszystko się tu zgadza. Jest szybko, momentami to szybkość rozpędzonego walca niosącego spory ciężar, momentami szybkość rajdówki, dająca wrażenie nieograniczonej przestrzenności. Czasami ten walec zwalnia, ale nawet wtedy nie traci nic ze swej mocy i agresji. Podręcznikowe riffy mieszają się z niebanalnymi aranżami i zagraniami z pogranicza thrash i heavy metalu. Wszystko doprawione świetnymi solówkami i dobrymi, często bardzo gniewnymi wokalami. Wisienką na torcie jest tu drugi numer, The Pale King, który aż bezlitośnie dopomina się by rozpuścić włosy i zakręcić młynka. Oczywiście, trzeba jeszcze te włosy mieć. Generalnie wydaje się, że to album brutalniejszy od „Dark Roots...” a na pewno od tegorocznych płyt Death Angel i Anthrax. Brutalniejszy, aczkolwiek mocno osadzony w kanonach i ramach thrash metalu i nie znajdziecie tu niepotrzebnych eksperymentów. Jest tak, jak ma być. Po raz kolejny. Thrash żyje i ma się dobrze. Po raz kolejny dzięki weteranom. Oni potrafią.

Ocena: 8/10.

P.s. płyta miała premierę 28 października, więc los naprawdę był czujny i zadziałał bardzo szybko ;)

Testament - Brotherhood of the Snake. Nuclear Blast, 2016 rok, numer katalogowy 27361 33272.






Brotherhood of the Snake na Discogs:

wtorek, 1 listopada 2016

De Profundis i Moonlight, czyli wyjątkowy listopad.

Listopad, który dziś się rozpoczął, zapowiada się wyjątkowo ciekawie. Może nie na tle innych miesięcy tego roku, bo to wyjątkowo mocny rok, ale na tle listopadów minionych już tak. Wśród nadchodzących wydawnictw, moja sentymentalna dusza wyławia dwa, które serwują nam legendy krajowej sceny. Gdyby dwadzieścia lat temu te zespoły wydały nowe albumy w tym samym miesiącu, pół Polski wariowałoby z radości. I spory kawałek Świata. Dziś to już nie ten kaliber, jednak ponieważ sentyment jest, wielu czeka niecierpliwie. Mowa oczywiście o Christ Agony i Vader.
Zdarzało im się wydawać płyty w tym samym roku, o co nietrudno przy tak bogatych katalogach wydawniczych, nigdy jednak nie wydali ich w tym samym miesiącu. Były to lepsze i gorsze albumy, windowały ich na szczyty lub strącały z niego, ale gdzieś magia tej wyrobionej w latach dziewięćdziesiątych marki działała.  

Dwie legendy

Niestety, pewnie nie wrócą już czasy gdy doczekam się wydawnictw na miarę moich ulubionych z bogatych dyskografii zespołów: "De Profundis" i "Moonlight". Pewnie nie jestem jedynym, które właśnie te dwa krążki wskazałby jako ulubione. Vader na swoim drugim albumie osiągnął mistrzostwo gęstego, skondensowanego death metalu. Wyskoczył też trochę z bardzo florydzkiego stylu debiutu i osiągnął brzmienie najlepsze w swojej karierze. Nie jest to długi album, jednak niesamowicie intensywny i brutalny, trafia nas jak gęsta kula gorącej lawy, przetacza się i mknie dalej z ogromną siłą. Jest tu też mój ulubiony numer w dyskografii zespołu – „Of Moon, Blood, Dream and Me”. Rok później, w 1996, światło księżyca ujrzał „Moonlight”, trzeci studyjny album Christ Agony. Tu w zasadzie słowa konieczne nie są, bo jest to dzieło wybitne, które w warunkach normalnej, rzetelnej promocji, powinno wywindować zespół na światowy top. Jeden z najlepszych polskich albumów black metalowych w historii, o ile nie najlepszy. Zawszę się śmieję, że to najlepsza rzecz jaka opuściła Morąg w jego całej historii.
To były dwa wspaniałe lata dla Warmii, Polski i Świata.
Mamy jednak 2016 rok i pozycja obu zespołów jest diametralnie różna. Vader regularnie wydaje płyty, nadal gra długie trasy koncertowe na całym Świecie (choć oczywiście nie w tak dużych klubach) i generalnie jest aktywny (książka, wznowienia demówek). Christ Agony od kilku lat działa jakby na pół gwizdka. Koncerty niby są, ale bardzo mało. Wydawnictwa niby są, ale na przestrzeni ostatnich pięciu lat wydali tylko jeden album (bardzo przeciętny) i EPkę (całkiem dobrą). No i przychodzi listopad 2016 i za chwilę do naszych rąk trafi „The Empire” Vader a kilkanaście dni później „Legacy” Christ Agony. Stanowczo bardziej niecierpliwie czekam na to drugie wydawnictwo. Po pierwsze dlatego, że Vader wydał „Iron Times”, EPkę zapowiadającą album i dzięki niej wiemy, że wielkiego szału nie będzie. Po drugie dlatego, że wczoraj słuchałem utworu „Seal ov the black flame”, pochodzącego z „Legacy” i już wiem, że Cezar skomponował coś naprawdę dobrego. Oczywiście, nowy Vader jest już zamówiony i niechybnie wyląduje w odtwarzaczu, bo ja pomimo tego, że zespół miał dużo słabszy okres, szanuję ich do dziś i ta nazwa dużo dla mnie znaczy. Nawet jeśli po kilku przesłuchaniach powędruje na półkę, to jednak tam będzie – wśród kilkunastu innych dzieci Petera. Są dla mnie po prostu takie zespoły, których płytę wypada kupić, choćby tylko po to, by się z nią zapoznać. Tak samo wygląda to w przypadku Christ Agony, jednak, pomimo odsłuchu jednego utworu, nie mam do końca pojęcia czego się spodziewać. Jeśli będzie to album w stylu promującego go utworu, to wspaniale. Jeśli nie – trudno – miejsce na półce i tak znajdzie, bo jak już pisałem – jestem sentymentalny.
W tym roku krajowe piwnice wypuściły bardzo dużo dobrych materiałów. Nie oczekuję, że te dwa wdrapią się na szczyt mojej listy „the best”. Ale nie takie mają zadanie. Wystarczy, że dadzą mi trochę uśmiechu i wewnętrznej radości.

Vader - De Profundis. Wydanie Metal Mind Records, 2003 rok, numer katalogowy MMPCD0062.




De Profundis na Discogs:

Christ Agony - Moonlight. Wydanie Cacophonous Records, 1996 rok, numer katalogowy Nihil14CD.




Moonlight na Discogs: