piątek, 28 października 2016

Niecne podszepty zza oceanu.

Są takie dni, takie wieczory, kiedy lubię sobie posłuchać spokojnej, kojącej, pięknej muzyki. Takiej, gdzie krystaliczne brzmienie uwypukla każdy dźwięk, każde dotknięcie struny czy każde słowo wokalisty. Takiej, która pełna jest wspaniałych melodii, niekoniecznie wesołych, ale czystych jak poranna rosa. Muzyki, która posiada ogromną głębię, drugie, trzecie czy nawet piąte dno, którego odkrycie zajmuje setki godzin przesłuchań. Muzyki, która serwuje nam wspaniałe gitarowe pasaże, techniczne fajerwerki, cudownie skomplikowane solówki i niebanalne aranże. Tak, są takie dni i są takie wieczory. Często sięgam wtedy po coś spoza szeroko pojętego metalu, bo tam przecież o to łatwiej. Siadam wygodnie z herbatą, w ciepłych kapciach i rozkoszuję się chwilą, która mogłaby trwać wiecznie.

Ale nie trwa. I dobrze. Bo takie wieczory zdarzają mi się rzadko. Ten też nie był jednym z nich. Płyta, której słuchałem nie ma w sobie nic z powyższego opisu, nawet jednej sekundy. To wręcz całkowite zaprzeczenie pięknych melodii, harmonii, krystalicznego brzmienia i skomplikowanych solówek. Tego tu znajdziecie i nikt nie znajdzie. Jedyne co Was spotka, to łupanka, brud, przester i ryki. Ale przecież za to, między innymi, kochamy metal. Jest szansa, że słuchając tej płyty odpowiednio głośno, w ciasnym mieszkaniu jednego z tysięcy polskich blokowisk, spowodujecie nerwicę u sąsiadów. Albo szaleństwo. Słuchając jej odpowiednio często, macie szansę sami zwariować. Jasne, nie będzie to takie proste, bo przecież uszy macie uodpornione, jak każdy z nas, wieloletnich wyznawców piekielnej estetyki metalu. Ale zawsze warto dać jej szansę, bo moc rażenia ma ogromną. W najgorszym wypadku dostaniecie mocno po gębie, ale raz na jakiś czas to nawet wskazane.

I choć jest tak odrażająca, tak brzydka, tak obleśna i nieprzyjemna – przyciąga. Jak cholerny bluźnierczy magnes. Korci i szepcze słodko do ucha, wabi, kusi i nie daje o sobie zapomnieć. Raz na jakiś czas ulegamy. Bo przecież kochamy tę dziką, nieokiełznaną brutalność, te pierwotne odruchy pełne szaleństwa, które ze sobą niesie. Ale tylko raz na jakiś czas. Trzeba przecież mieć litość dla sąsiadów.

Profanatica – Thy Kingdom Cum.


Wydanie Hell's Headbangers Records, 2013 rok, numer katalogowy Hells 113.






Thy Kingdom Cum na Discogs:

wtorek, 25 października 2016

"Arctic Thunder", czyli Darkthrone na luzie.

Nowy Darkthrone! Kilkanaście lat temu na taką wieść dostawałem palpitacji serca i niezdrowego pocenia dłoni. Kilka lat temu, było już tylko pocenie dłoni i uśmiech radości. Dziś pozostaje już tylko ten ostatni. Człowiek dojrzał, nie podnieca się już tak pierwszym lepszym norweskim diabelstwem. Nawet o takiej nazwie. Ale się cieszę. Tak szczerze. Bo ja po prostu lubię tych gości i ich postawę „mamy wyjebane na wszystko”. Lubię ich luz i podejście do muzyki. Grają to, co im w danym momencie w duszy siedzi i nie oglądają się na innych. W ostatnich latach ubyło im sporo wiernych fanów ale ja się nigdzie nie wybieram. I wiem, że „Arctic Thunder”, czyli najnowsze dzieło norweskiego duetu, tego nie zmieni.  




Nie jest to jednak dzieło wybitne. A skąd. To nawet nie jest świetny album. W tym roku słyszałem co najmniej kilka lepszych. Nie jest to też album z gruntu słaby, czy choćby nudny. On jest po prostu cholernie nierówny. Momenty świetne przeplatają się ze słabymi, bardzo dobre z ledwo dobrymi i tak przez całe czterdzieści minut. Pewnie, powiecie, że tak jest na większości płyt. Jest, ale nie w takim stopniu. Dawno nie słuchałem płyty, która wzbudzała we mnie tak mieszane i skrajne uczucia. Na szczęście momenty dobre i bardzo dobre są jednak w większości i w tej chwili wygląda to tak, że im więcej słucham „Arctic Thunder”, tym bardziej mi się podoba. Przestaję zwracać uwagę na lekko nużące czy oklepane jak gęba kiepskiego boksera fragmenty. Cieszę się tym charakterystycznym wokalem, świetną pracą perkusji, ciekawymi gitarami. Cieszę się klimatem tej płyty, bo niepodważalnie i bezdyskusyjnie jest to klimat Darkthrone. Nie da się ukryć, że powrócili troszkę do starszych lat swojej twórczości i słychać tu echa „A Blaze...” czy „Total Death” choćby, ale nadal jest tu ta punkowa energia. Szczerze mówiąc – łatwiej powiedzieć, czego tu nie ma niż co jest, bo znajdziemy także elementy heavy, thrash metalowe i kilka odniesień do wielu innych muzycznych nurtów. Bazą jest black metal, ale jest to baza bardzo luźna. Jest kilka zaskakujących aranżacji, których po norweskim duecie bym się nie spodziewał, choć właściwie – czemu nie? Jak nie oni to kto? Przecież mają „wyjebane”. Robią co chcą. I dlatego właśnie ta płyta, pomimo kilku słabszych czy wręcz słabych momentów, jeszcze nie raz zagości w moim odtwarzaczu. Bo jest luźna, bez napinki, po prostu zagrana tak jak chcieli, nagrana tak jak chcieli i nie zobowiązuje ani ich, ani mnie do niczego.

Jestem pewien, że jeśli tylko Pan Radny Fenriz, znajdzie czas by nagrać następną płytę, sięgnę po nią bardzo chętnie. „Arctic Thunder” nie spowodował i nie spowoduje, że z okazji kolejnego albumu spocą mi się dłonie. Ale uśmiech będzie, to pewne.  

Ocena: 7/10

Wydanie Peaceville Records, 2016 rok, numer katalogowy CDVILEF568.






Arctic Thunder na Discogs:

piątek, 21 października 2016

Muzycznie i literacko wierni Bogom.

Jesienne i zimowe wieczory mają to do siebie, że bywają długie i chłodne. Przyjemnie spędza się je w domowym zaciszu, z książką i dobrą muzyką. Wiem, że z czytaniem książek w narodzie najlepiej nie jest, ale nie tracę nadziei. Czemu? Wystarczy wejść do pierwszej lepszej księgarni – książek na potęgę, co chwilę wychodzą nowe, czyli jednak zapotrzebowanie jest. Po drugie, metalowcy to w dużej mierze ludzie inteligentni, lubiący czytać. W każdym razie ja wielu takich znam. Z tego względu będzie dziś nietypowo – pisałem co prawda już o książkach, jednak były to pozycje bezpośrednio związane z muzyką. Dziś chcę Wam przedstawić powieść teoretycznie niezwiązaną z metalem. Ale tylko teoretycznie, bo przecież tematyka rodzimowierstwa nie jest black metalowi i metalom obca. Do tego, jakby w komplecie, muzyka świetnie do lektury pasująca. Na mnie ten zestaw zadziałał bardzo dobrze i muszę przyznać, że jedno uzupełniało i dopełniało drugie.  



Buszując pewnego dnia po internetowych zakamarkach Empiku, trafiłem na książkę Marcina Marchwińskiego „Wierni Bogom”. Okładka, tytuł i streszczenie spowodowały szybkie dodanie do koszyka i zakup. Rozpoczynając lekturę szukałem dobrego podkładu dźwiękowego i mój wzrok padł na lekko zakurzony album olsztyńskiego Stworz – Zagony Bogów, z 2015 roku. Zakurzony oczywiście w przenośni, bo dbam o czystość swoich płyt. Po prostu nie do końca przypadł mi do gustu i od dłuższego czasu po niego nie sięgałem. Postanowiłem jednak dać mu drugą szansę i był to strzał w dziesiątkę. Lektura dopełniła muzykę a ta odwzajemniła się stworzeniem świetnego środowiska pozwalającego w pełni poczuć klimat książki.
„Wierni Bogom” to powieść osadzona w alternatywnej rzeczywistości. Polska nigdy nie wyrzekła się dawnych bogów, stworzyła z kilkoma państwami bardzo silną i gospodarczo potężną Wspólnotę Bałtycką, która skutecznie odpiera zakusy chrześcijaństwa. Przychodzi jednak lekki kryzys (parszywa intryga Watykanu) i trzeba za wszelką cenę bronić tożsamości kulturowej i wyznaniowej. Dobrze się to czyta, akcja dzieje się w czasach dzisiejszych oraz w zamierzchłej przeszłości. Jedyne co trochę razi, to nadmierne zachwyty oraz idealizowanie rodzimowierstwa i wszystkich sfer życia na które ma wpływ – czyli w praktyce wszystkiego. We Wspólnocie wszystko jest idealne, wspaniałe, ludzie są krystaliczni itd. To wg mnie lekkie nadużycie, ale do przełknięcia.
„Zagony Bogów” to czwarty pełnowymiarowy album Stworz, pochodzącego z Warmii zespołu sławiącego rodzimą wiarę. Co ciekawe, zespół w tekstach nie pisze o mordowaniu, odwecie, palonych kościołach czy zemście za krzywdy. Stworz skupia się na duchowej, mistycznej i ludowej stronie wiary w dawnych bogów. To dość odosobnione podejście w black metalu, jednak jak najbardziej godne pochwały. Teksty pokazują, że zespół wie dużo, że jego zaangażowanie nie jest powierzchowne i na pokaz. Muzycznie to nie do końca standardowy black metal, okraszony ciekawymi, stylizowanymi na ludowe, melodiami oraz akustycznymi fragmentami. No i są jeszcze kobiece wokale. W pierwszej chwili ich ludowość mnie lekko odepchnęła – dziewczyna śpiewa jak żywcem wyjęta z jakiegoś regionalnego Zespołu Pieśni i Tańca. Twórczość prezentowana przez tego typu zespoły nigdy do mnie nie trafiała, a tu jeszcze ktoś łączy to z black metalem! W pierwszej chwili szok. Ale po kilku przesłuchaniach zmieniłem zdanie. Ma to w sobie coś magicznego i bardzo przyciągającego. Jest po prostu dobre i cieszę się, że ktoś zdecydował się na taki krok. Cieszę się też, że dałem tej płycie drugą szansę, bo najzwyczajniej w Świecie jest wyśmienita. A to wszystko dzięki lekturze!
Wniosek płynie z tego jeden – warto czytać, warto dobierać odpowiednią muzykę do lektury, bo nigdy nie wiadomo, jak jedno wpłynie na drugie i co dzięki temu odkryjemy. To pierwszy taki zestaw jaki Wam polecam, pewnie nie ostatni. Sporo w końcu czytam a muzyki słucham jeszcze więcej.
Stworz – Zagony Bogów. Werewolf Promotion, 2015 rok, numer katalogowy WP-CD41.




Zagony Bogów na Discogs:

Marcin Marchwiński - "Wierni Bogom. Zaginione dziedzictwo". Wydawnictwo Triglav, 2015 rok. 



środa, 19 października 2016

Nie schodźcie do piwnicy, czyli Deus Mortem.

Dwadzieścia minut. Czasami potrzeba tylko dwudziestu minut, by niebo pociemniało, mrok otulił ulice i domy, a wszelkie robactwo rozochocone wyległo na powierzchnię. Dwadzieścia minut. Czasami dwadzieścia minut wystarczy, by podłoga mieszkania zamieniła się w wylany smołą kocioł pełen ognistej siarki. By czart zaczął odprawiać harce tuż przed twoim nosem, na środku pokoju. A najlepsze jest to, że przyzwałeś go sam, wkładając do odtwarzacza najnowsze dzieło Deus Mortem.


Tyle właśnie trwa wydana kilkanaście dni temu EPka „Demons of Matter and the Shells of the Dead”. Piekielne dwadzieścia minut złożone z trzech utworów. Pierwsze dwa to muzyczne serce i płuca black metalu. To takie utwory stanowią o wieloletnim bycie tego gatunku, nie pozwalają mu zaginąć i napędzają do dalszej egzystencji. Trzeci to jego dusza. To jeden z tych utworów, które nagrywa się rzadko, jeden z tych, które pozostają w pamięci na długo, bo są dla black metalu jak hymny, jak ody do ciemności. Potężne, podniosłe i miażdżące. O ile pierwsze dwa stanowią o jakości tego materiału, to trzeci o jego wyjątkowości.  




Deus Mortem swoimi poprzednimi dwoma wydawnictwami ustawił sobie poprzeczkę dość wysoko, jednak pułap ten osiągnął z zapasem. Trudno było się spodziewać czegoś innego, skoro za wszystko odpowiedzialny jest tak doświadczony bluźnierca jak N., którego możemy zaliczyć do jednego z weteranów sceny. Złożoność kompozycji, aranżacje, brzmienie poszczególnych instrumentów i całości. Wszystko na najwyższym poziomie. Dopełnione głębią wokalu daje piorunujący efekt. Ale najważniejszy jest tu klimat. Coś, bez czego dobra płyta black metalowa nigdy dobrą płytą black metalową nie będzie. Tu, w tych dwudziestu minutach, jest tak gęsto, tak ciemno i tak bluźnierczo a zarazem mistycznie, że próżno szukać za oknem Słońca. I nie trzeba słuchać tej muzyki w piwnicy, by poczuć się jak w lochach ciemnej otchłani.

Pomimo tego, że jesteśmy świadkami wspaniałego roku dla rodzimego metalu, ten materiał trudno przebić. Z jednej strony szkoda, że to tylko trzy utwory, z drugiej – apetyt na pełnowymiarowe wydawnictwo został diabelnie rozbudzony. Całość dopełnia staranne i bardzo atrakcyjne graficznie wydanie, co w przypadku Malignant Voices nie dziwi.

Brać, nie zastanawiać się!

Ocena: 9/10 

Wydanie Malignant Voices, 2016 rok, numer katalogowy MV17.






"Demons..." na Discogs:

poniedziałek, 17 października 2016

Jestem śmieszny czort, czyli Romana głos z ciemności.

Roman przemawia do nas od lat. W najróżniejszy sposób. Najczęściej, za pomocą charakterystycznych i nietuzinkowych tekstów, które są niebagatelnym składnikiem każdej płyty Kata. Wiele z nich jest bardzo osobistych, w innych pojawiają się tylko dalekie odniesienia do życia autora. Sporo mogliśmy się z nich dowiedzieć, wiele jednak jeszcze pozostało do powiedzenia. I wreszcie Roman powiedział.

Tak ikoniczna postać, jedna z najważniejszych na naszej scenie metalowej, prędzej czy później musiała się doczekać książki. Można go nie lubić, można się z nim nie zgadzać, można jego teksty uważać za grafomańskie bazgroły. Nie można mu odmówić jednego – wpływu na polski metal. I choćby dlatego warto przeczytać, co ma do powiedzenia w wywiadzie – rzece, jaki przeprowadził z nim młody nauczyciel języka polskiego Mateusz Żyła. Lubię taką formę, bo umiejętnie poprowadzona rozmowa i dobrze zadawane pytania potrafią nas zaprowadzić do ciekawych obszarów, których inaczej moglibyśmy nie odkryć.

Książka ma ponad 350 stron, podzielona jest na rozdziały, dzięki którym łatwiej wędrujemy przez życie Kostrzewskiego. Wszystko zaczyna się dawno temu na Śląsku i poprzez dzieciństwo płynnie przechodzimy do okresu z Katem, który pewnie wielu zainteresuje najbardziej. Mnie jednak właśnie interesowało najmocniej to co było wcześniej i przyznać muszę, że dowiedziałem się wielu rzeczy, o których pojęcia nie miałem. Dość powiedzieć, że nie było to łatwe dzieciństwo. Siłą rzeczy, o Kacie jest tu sporo. To nierozerwalne części tej samej opowieści, bo przecież „nie ma Kata bez Romana” i nie oszukujmy się – pewnie nie byłoby Romana bez Kata. Tu już jednak nie jest tak ciekawie, bo to co Roman mówi, wiedziałem  w większości wcześniej, a to, czego chciałbym się dowiedzieć niestety pomija. Może musi upłynąć trochę więcej czasu? Poza tym, jak wiemy ta historia ma też innych bohaterów i wersja wokalisty nie jest jedyną.

Generalnie czyta się tę książkę bardzo dobrze. Roman to urodzony gawędziarz i opowiada zajmująco. Pytania są ciekawe, choć momentami mam wrażenie, że autor chce zabłysnąć, wypromować sam siebie. Jego prawo, jednak pozostawia pewien niesmak. Nie do końca potrafi też sterować rozmową – niby zostawia Romanowi dużo pola do popisu ale nie jest w stanie zakończyć pewnych wątków, wyciągnąć z nich tyle ile są naprawdę warte. Może po prostu przed rozmową zostały ustalone jasne granice – o tym i o tym nie rozmawiamy, nie wgłębiamy się, bo lepiej przemilczeć niż powiedzieć za wiele.  I to jest mój największy zarzut i minus w moich oczach, ale jestem w stanie zrozumieć, że Kostrzewski nie chce zdradzać wszystkiego. Szkoda tylko, że autor nie umiał tego lepiej zatuszować.

Podsumowując, polecam wszystkim, nie tylko fanom Kata czy Romana. Poza wciągającą lekturą jest tu kilka fajnych zdjęć z prywatnego archiwum. Mam tylko nadzieję, że kiedyś ukaże się druga część, bo szczerze mówiąc, mam niedosyt.

"Roman Kostrzewski. Głos z ciemności." Autor - Mateusz Żyła, Wydawnictwo  SQN, 2016. 






piątek, 14 października 2016

Owls Woods Graves, czyli widziałem diabła w lesie.

Stary garaż na zapomnianym blokowisku. Marazm okolicy przebija przez wszystko, co tu się znajduje. Zza sfatygowanych blaszanych drzwi słychać dźwięki. Na pozór to kompletny chaos i kakofonia, ale wystarczy otworzyć drzwi i wejść...
Odpadający tynk, na kilku fragmentach ścian i sufitu, jako wygłuszenie, opakowania po jajkach. Na środku zwisa jedna smutna żarówka i kołysząc się rzuca niepokojące cienie. Zdezelowana perkusja, z centralą oklejoną taśmą a obok, na szafce, niewielki wzmacniacz, z którego już nic więcej nie da się wykręcić. Puste butelki po winie i browarach, sporo niedopałków, masa kurzu.
I oni. Młodzi, pełni zapału, choć bez wielkich umiejętności. Przyszli tu z różnych rodzin i z różnymi muzycznymi doświadczeniami. Nie wiedzą jeszcze co tak naprawdę chcą grać. Byle szybciej, byle mocniej, byle nienawistniej.


Byliście kiedyś w takim garażu? Spotkaliście takich zapaleńców? Ja byłem, ale było to wiele, wiele wiosen temu. Jednak wczoraj znowu się tam znalazłem. A wszystko za sprawą debiutanckiej EPki Owls Woods Graves. 




Oczywiście, ten materiał nie brzmi jak nagrany na żywca w garażu. Oczywiście, słychać, że krakowski duet nie trzyma instrumentów od wczoraj. To jednak nie zmienia faktu, że klimat tego wydawnictwa jest właśnie taki. Wystarczy spojrzeć na wkładkę, która wygląda jak zin z lat osiemdziesiątych lub kserowana okładka kasetowego demo z tamtego okresu. Coś pięknego. Fajnie się to wszystko komponuje ze sobą i stanowi spójną całość. Muzycznie? Najprościej powiedzieć, że chłopaki z garażu faktycznie wywodzą się z różnych muzycznych środowisk, bo jest tu i black i thrash i punk i oi! nawet (czyste partie wokalne w refrenie „Do you deny the evil?” to mistrzostwo!). Są wściekłe wokale i proste riffy. Brzmienie oględnie mówiąc podziemne, choć z gatunku tych mniej zabrudzonych piwnic. Teksty proste aczkolwiek nie prostackie, z bardzo fajnymi tytułami. W skrócie – 18 minut czystej młodzieńczej radości. I uwaga – to aż sześć autorskich kompozycji plus cover. Właściwie, to połowa covera, bo zamykający EPkę „One eyed old man” Bathory trwa nieco ponad 2 minuty a powinien powyżej czterech. Na otwarcie też mamy nie lada niespodziankę, bo oto słyszymy Zbigniewa Zapasiewicza czytającego fragment Sklepów Cynamonowych Bruno Schulza. I już całkowicie poza konkursem – nie wiem, czy się nie mylę, ale ta płyta została chyba nagrana ciszej, niż dzisiejszy standard – musiałem pogłośnić wieżę ustawioną na standardową głośność, by komfortowo słuchać. Jeśli było to zamierzone, to gratuluję – fajny ruch.




Podsumowując – wchodźcie do tego garażu, bo warto. A potem kupcie wino i idźcie w las obserwować sowy. Kto wie, może nawet zobaczycie diabła? Kupować i słuchać! I słać do nich listy by jak najszybciej wydali kolejny materiał.

Ocena: 9/10  

Wydanie Malignant Voices, 2016 rok, numer katalogowy MV19.






Owls Woods Graves na Discogs:

środa, 12 października 2016

Lathspell, czyli black metalowa uczta.

Finlandia. Piękny kraj. Miałem to szczęście go odwiedzić i bardzo chętnie zrobiłbym to ponownie. Jeziora, lasy, lasy, jeziora. Wczesne ciemności powodują co prawda sporo depresji w narodzie, zwiększone spożycie alkoholu i sporą liczbę samobójstw ale zarazem obdarzają ten kraj płodnymi black metalowymi umysłami. Pisałem już wcześniej o Kalmankantaja (tu i tu), która jest dla mnie sporym tegorocznym odkryciem. Lider tegoż zespołu gra jeszcze w kilku innych hordach, jedną z nich jest świetny Lathspell. O ile Kalmankantaja to atmosfera, klimat, granie wolne i monotonne, tak Lathspell to czysta black metalowa wojna. Zespół ma już na koncie kilka wydawnictw, w tym roku ukazało się najnowsze pełnowymiarowe dzieło o pięknym tytule „Torn Cold Void”. Oznacza to mniej więcej tyle, że w tytule znowu mamy Pustkę – ostatnia płyta Kalmankantaja to też Pustka (po fińsku Tyhjyys). Możemy więc z czystym sumieniem ogłosić, że 2016 to rok pustki! Przynajmniej w Finlandii. Jak dla mnie, jeśli pustka dla tych panów oznacza taką dobrą muzykę - mogą każdy kolejny album nazywać pustką lub jakkolwiek będą chcieli ją odmienić. Taka pustka to skarb!



Lathspell na ostatnim albumie nie kombinuje. Zaczyna płytę wyrazistym akustycznym fragmentem a potem po prostu jedzie do przodu. Ale jak! Szybko, wściekle ale zarazem podniośle. Te ich cholerne melodie! Zrobili to na Tyhjyys, zrobili na Torn Cold Void. Tu oczywiście mają one inny podkład, brzmi to jednak równie dobrze. To jest tak proste, tak oczywiste a jednak nie dla każdego, bo mało kto tak gra. A nawet jeśli, to efekty nie są tak dobre. Zarazem jednak nie ma tu nic odkrywczego ani nowoczesnego. To jak najbardziej stara szkoła. Po raz kolejny powtórzę – nie trzeba odkrywać Ameryki, by nagrać wspaniały album. Lathspell ma w sobie tyle mroku, zimna, złości, gniewu, podniosłości i black metalowego jadu, że mógłby tym obdzielić kilka innych płyt. A wszystko osiągnięte bardzo prostymi środkami. Cztery długie utwory, 40 minut bezkompromisowego black metalu z charakterystycznym fińskim sznytem. Brawo, panowie, brawo. Siedźcie w swoich pięknych lasach i nagrywajcie więcej takich albumów. Kiedyś była Norwegia, teraz jest Finlandia. Oby tylko Finowie nie skończyli tak jak mieszkańcy fiordów.
Jedyny, niewielki minus, to wydanie płyty. Digipack jest dość podatny na wszelkiego rodzaju zarysowania i wydaje się być nietrwały. Polecam przechowywanie w folii. Dobór kolorystyki sprawia, że teksty są nieczytelne. Szkoda, bo lepsze wydanie dopełniałoby bardzo wysoki poziom płyty.
Ocena: 9/10.
Wydanie Patologian Laboratorio/Wolfspell Records, 2016 rok. Numer katalogowy PL2016-3/Spell030  




Torn Cold Void na Discogs:

poniedziałek, 10 października 2016

Tyhjyys, czyli pustka rodem z Finlandii.

Słuchając „Tyhjyys” mam ochotę na spacer jesiennym lasem. Długi, samotny spacer gdzie jedynym towarzyszem będzie aura, choćby i kapryśna, deszczowa i chłodna ale w jakimś aspekcie piękna. Poczuć delikatne krople deszczu na przemian z ostatnimi promieniami słońca, lekki podmuch wiatru delikatnie unoszący rdzawe liście. Wilgoć na butach i daleki krzyk ptaka. I pustka, ludzka pustka. I podążać tak ścieżką znaną i przyjazną, jak melodie, wytyczające szlak tej płyty. To one prowadzą nas przez te 43 minuty spokojnego, atmosferycznego black metalu. To one sprawiają, że las w którym spacerujemy nie jest wcale bardzo mroczny. To one dają powody do zadumy i całego szeregu uczuć, które pojawiają się podczas jesiennych wieczorów wypełnionych muzyką Kalmankantaja. Black metal ma różne oblicza i nie zawsze musi to być agresja. Tyhjyys to płyta spokojna, jednostajna, momentami monotonna, jednak dzięki wysunięciu na pierwszy plan prostych ale ciekawych melodii, nie nudzi. Rzekłbym wręcz, że prze do przodu nie gorzej niż niejedna nawalanka, tylko dużo dostojniej. Ma po prostu inny motor napędowy, który zwie się klimat. Jemu wszystko tu jest podporządkowane – także brak jakichkolwiek fajerwerków. Grając wolno i raczej smutno, można pokusić się o jakieś wodotryski, jednak Kalmankantaja tego nie robi. I dobrze, bo w końcu po co malować grób na różowo? Nie zmieni to jego funkcji, jedynie może ośmieszyć. Wszystko tu jest zagrane jak należy, podręcznikowo i wedle prawideł sztuki. Nic nowego ta płyta do gatunku nie wniesie, może jednak wnieść piękną atmosferę w niejeden jesienny bądź zimowy wieczór. Taki, kiedy po całym dniu masz ochotę poleżeć i po prostu się wyłączyć. Sączący się z głośników Tyhjyys doskonale w tym pomoże. Środowisko naturalne tej płyty to właśnie takie momenty. Oraz jesienny, bądź zimowy las i samotna wędrówka.
Tyhjyys to po fińsku pustka. I nawet jeśli gdzieś ta płyta wewnętrznie może się odwoływać do obszarów smutku, pustki, samotności, to paradoksalnie słuchanie jej daje sporo radości. 

Zimowy spacer z pochodniami

Płyta miała premierę w kwietniu tego roku, do mnie dotarła kilka miesięcy później. Męczę ją już od jakiegoś czasu jednak dopiero po kilku przesłuchaniach doceniłem jej prawdziwą moc. Może pomogła w tym aura panująca za oknem? A może po prostu pomimo pozornej prostoty, nie jest tak łatwa w odbiorze i potrzeba chwili, by ją przetrawić. Wiem jedno – Finowie z Kalmankantaja i ich twórczość to dla mnie jedno z odkryć tego roku. Tyhjyys potwierdza, że panowie pomimo niesamowitej płodności twórczej, nie powtarzają się, nie grają na siłę byleby tylko coś nagrać. Są po prostu w wysokiej formie. To bardzo dobry album i już czekam na kolejne wydawnictwa.
Ocena: 8/10
Wydanie Wolfspell Records, 2016 rok, numer katalogowy Spell 028.




Tyhjyys na Discogs:

czwartek, 6 października 2016

"Black Metal Ewolucja Kultu", czyli niewykorzystany potencjał.

Dayal to doskonały autor o wręcz nerdowskim (w najbardziej pozytywnym sensie tego słowa) zapale oraz wyczuleniu na wszelkie szczegóły i niuanse. Lektura tego, co udało mu się tutaj zebrać, począwszy od naszej rozmowy o początkach mojego zespołu, była autentycznie poruszająca. Jeśli pozostałe rozdziały napisano z tą samą dbałością (a podejrzewam, że tak), mamy tu do czynienia z najrzetelniej opracowaną encyklopedią black metalu.” – Kristoffer Rygg  (Garm), Ulver

No właśnie, encyklopedią. Niestety. Black metal to emocje, nie kronikarskie cyferki. Ta książka nie płynie swobodnie jak zajmująca opowieść. Nie porywa jak norweska fala z początku lat dziewięćdziesiątych. Nie wciąga niczym zatęchłe podziemia Helvete, legendarnego sklepu w Oslo. Nie. Ona z wyrachowaniem kronikarza i dokładnością księgowego przedstawia nam historie poszczególnych zespołów, które na black metal wpływ miały większy bądź mniejszy. Częściowo rozumiem to podejście, jednak szkoda, że trudno tu dojrzeć tę jedną nić łączącą ich wszystkich. Teoretycznie podróżujemy chronologicznie, od Venom do "post black metalu", ale brakuje wspólnego mianownika zaznaczonego odpowiednio mocno. W zasadzie każdy rozdział mógłby funkcjonować osobno. Coś jak "Krew Ogień Śmierć", która książką jest przeciętną (o niej tutaj). Może jestem po prostu naiwnym romantykiem i wciąż siedzę w latach dziewięćdziesiątych ale dla mnie black metal to coś więcej niż garść suchych faktów i wydanych płyt. To coś więcej niż tylko krzykliwe wokale i przesterowane gitary o brzmieniu szlifierki. To coś więcej niż tylko krew na koncertach i makijaże na twarzach. I w całej swej naiwności wierzyłem, że ktoś wreszcie zwróci na to uwagę, zaakcentuje. Niestety, nie jest to Dayal Patterson. Cóż, musiałem się z tym pogodzić i przejść nad tym do porządku dziennego. A potem przeczytać, albo raczej – przebrnąć.


Jest cegłówka!

Rozdziałów mamy 50 (484 strony). Większość traktuje o konkretnym zespole. Dobór zespołów do pierwszych partii książki jest oczywisty i nie ma tu większego pola do dyskusji – Venom, Bathory, Celtic Frost, Hellhammer… Jednak im dalej w las, tym więcej znaków zapytania. Dwa największe – gdzie swoje rozdziały mają Immortal i Satyricon? Serio ich tam nie ma? No nie ma. Szukałem długo, rozdwoiłem prawie kartki ale nic. W książce poświęconej black metalowi, która jest naprawdę grubą cegłówką, znalazło się miejsce dla jakichś komicznych tworów typu Lifelover a nie ma miejsca dla twórców „Dark Medieval Times” czy „Pure Holocaust”? Jasne, te albumy są tu wspominane, ale nikt nie pochylił się na dłużej nad oboma legendami sceny. Nie pojmuję. Oczywiście, gdybyśmy chcieli wrzucić tu wszystkie hordy, książka miałaby 2000 stron. Ale pomijanie takich nazw, to jak pominięcie kazania na mszy.

Słucham tej muzyki 25 lat, więc niewiele jest mnie w stanie zaskoczyć. Tak też było podczas lektury. Wielu nowych rzeczy się nie dowiedziałem, a jeśli, to były to jakieś mało istotne szczegóły. Oczywiście, dla kogoś kto słucha BM dużo krócej, będzie to pozycja wręcz niezastąpiona. Warto znać korzenie swojej muzyki. Dayal może i gawędziarzem nie jest ale kronikarzem całkiem niezłym – wartość encyklopedyczna tej książki jest spora i dlatego warto ją mieć. Przy całej, niewątpliwie ogromnej pracy włożonej przez autora i potencjale tematu, mogła to być wielka książka. Szkoda.

Na koniec ogromny pozytyw – przekład. Świetna, profesjonalna robota, co w literaturze muzycznej normą nie jest. Wiadomo, schrzaniony przekład potrafi zabić najlepszą książkę, bardzo dobry może pomóc tej gorszej. I tu pomaga, bo gdyby był gorszy to nie wiem, czy nie poddałbym się w połowie. Mało literówek, błędów, naprawdę – pod tym względem, na tle tego co czytałem do tej pory – wzór. 

"Black Metal Ewolucja Kultu", Wydawnictwo Kagra, 2016 rok. Autor: Dayal Patterson.







wtorek, 4 października 2016

Synowie Północnych Ciemności na wzgórzu Ulriken.

„Tego dnia wszystko wyglądało jak zawsze. Codzienność dużego miasta, gwar i hałas. Mieszkańcy spieszący w swoich sprawach, turyści plączący się bez konkretnego celu. Dzień, jakich to miasto widziało już tysiące. A jednak coś było inaczej, tylko nikt tego nie zauważał. Coś co miało nadejść i wyczuwalne było bardzo delikatnie. Jakieś dziwne napięcie, coś nienazwanego zbierającego się w powietrzu. Wiedział o tym doskonale samotny człowiek wspinający się na wzgórze Ulriken. Czuł tę siłę wewnątrz siebie, bo tak naprawdę był jej twórcą. Gdy dotarł na szczyt, odpoczął chwilkę i spojrzał w niebo. Było ciemne, wiał mocny wiatr i toczył zwaliste chmury nad miasto. Zaczął padać deszcz. Zimny i tnący policzki jak okruchy szkła. Jemu to nie przeszkadzało. Lubił listopad w Norwegii. Choć czekał na grudzień. W tym roku mróz i lód nadejdzie szybciej. Uśmiechnął się sam do siebie i wzniósł wysoko w górę miecz. Ku niebu. Krzyknął przy tym kilka słów i był to Sygnał dla Hord Północy. Zaczęło się! W następnych minutach rozpętały się Głośne Sztormy, szalejące w każdym zakątku Północnej Otchłani. Nie było schronienia dla nikogo. Rozszalały się śnieżne zamiecie. Temperatura drastycznie spadła a wszystko zostało Zmrożone Lodowymi Wiatrami. A on tylko stał i patrzył na to z uśmiechem. Obserwował swojego kompana, jak wspina się tą samą drogą, którą on tu chwilę wcześniej wszedł. Finalne dzieło zniszczenia będą podziwiali razem. Bo razem do niego doprowadzili. Ten upragniony widok nie może ich ominąć. Nadchodzi, niesiony na skrzydłach Wiatru Zagłady kres wszystkiego. Otworzy się Wieczność by pochłonąć wszelkie życie. Słońce już Nigdy nie Wstanie.”

Ulriken

Pierwszego listopada 1993 roku Immortal wydał drugi album o rozkosznie brzmiącym tytule „Pure Holocaust”. Pamiętam, że poznałem go w dość niefortunnych okolicznościach, bo krótko po przesłuchaniu „Battles in the north” - trzeciego albumu Norwegów, który tak mnie zachwycił, że „Pure holocaust” gdzieś mi tam przeleciał przez uszy i zaraz wróciłem do Bitew... Szkoda, bo już wtedy powinienem poznać się na jego sile i znaczeniu dla norweskiego black metalu. W tej chwili nie boję się powiedzieć, że to jeden z najważniejszych albumów tamtych lat. Mam jednak wrażenie, że nie jest należycie doceniany. A szkoda. Przecież tam wszystko jest tak jak należy a nawet lepiej. To jeden z tych kilku albumów, który może zostać określony jako esencja norweskiego BM, podręcznikowy przykład i wzór. I chyba ostatni (choć dopiero drugi) prawdziwie podziemny w wydźwięku album Immortal. No i te tytuły! Przecież to jest proszę państwa sam miód! Tfu, siarka!
Posiadam wznowienie Osmose Productions. Numer katalogowy OPCD 019.




Pure Holocaust na Discogs:

niedziela, 2 października 2016

Asphyx, czyli holenderska maszyna śmierci.

„I nadejdzie śmierć! - krzyknął prorok. Nadejdzie i zmiecie wszystko z powierzchni tej ziemi. Zmiecie wasze domy, wasze miasta, wasze życia. Zmiecie was, marni grzesznicy, śliniący się na własną materialność. Zmiecie i zmiażdży wszystko co kochacie i co znacie. Przetoczy się po was i waszych bliskich jak potężny walec nadziany kolcami. Będziecie uciekali, będziecie krzyczeli, będziecie wzywali pomocy. Na nic się to nie zda! Na nic! Bądźcie tego świadomi, bo nie ma dla was nadziei! Bo nadchodzi zagłada, koniec wszystkiego i śmierć ostateczna tego padołu cielesnego. Potężna nawałnica zagłady przetoczy i przewali się przez świat, jak żelazny sztorm, którego jeszcze nigdy nie widziano. Módlcie się, padajcie na kolana, błagajcie! Ale to wszystko na nic! Wszyscy zginiecie! Bo nadchodzi Śmierć!”

I nadeszła. Jeńców nie brał nikt, same zgliszcza i trupy. Jak zwykle, gdy Asphyx wyda nową płytę.





„Incoming Death”, dziewiąty studyjny album legendarnej maszyny śmierci, ukazał się trzydziestego września, w moje ręce trafił dzień później. Dziś jest drugi października a moje mieszkanie nadaje się do remontu. Holenderska ekipa dewastacyjna po raz kolejny zrobiła swoje. Jedenaście ciosów, 47 minut nawałnicy. Bez litości. Raz szybko, raz wolniej ale cały czas potężnie. Czyli w przypadku Holendrów – klasycznie. Jeśli ktoś oczekiwał zmian stylistycznych, będzie zawiedziony. Ci, którzy kochają Asphyx za to, że trwa w swojej stylistyce jak trzystu Spartan pod Termopilami, będą zadowoleni. Celowo napisałem, że zadowoleni, nie zachwyceni, bo nie jest to poziom „Deathhammer” choćby. Jest to po prostu kolejna, bardzo solidna, trzymająca poziom płyta. Kolejny rozdział tej samej opowieści – miejmy nadzieję, że nie ostatni. Asphyx wciąż wysoko trzyma sztandar metalowej ekstremy i chwała mu za to, bo lepiej wydawać podobne ale potężne płyty niż na siłę szukać eksperymentów. Panowie wiedzą w czym są dobrzy i robią z tej wiedzy świetny użytek.

Czas wyremontować mieszkanie i czekać na kolejny album. Albo nie, zanim wyremontuję, posłucham sobie jeszcze raz. Ognia!

Ocena rozwalcowanego redaktora: 8/10

Asphyx - "Incoming Death". Century Media, 2016 rok, numer katalogowy 88985344582.






Incoming Death na Discogs: