środa, 28 września 2016

Devil's Emissary, czyli średniowieczne lochy.

"To był piękny, słoneczny dzień. Ptaszki ćwierkały, wszystko wokół zieleniło się soczyście, wiosna w pełni. Szedłem sobie wesoło pogwizdując, bez żadnego konkretnego celu. Słońce stojące już wysoko przyjemnie grzało w plecy a lekki, ciepły wiatr delikatnie muskał twarz. Piękny, idylliczny dzień. Mijałem właśnie stary, gotycki kościół pamiętający średniowieczne czasy, gdy ziemia pode mną się zatrzęsła. Zniknęło Słońce, w jednej sekundzie zakryte ciemnymi chmurami. Zerwał się potężny wicher, rwąc gałęzie i unosząc kurz. Zrobiło się zimno i ciemno. Zakrywając dłonią twarz i desperacko próbując gdzieś się schować zdążyłem jeszcze zauważyć, że ziemia się otwiera. I to zaraz przede mną! Z potężnej szczeliny wyłonił się ludzki kształt, odziany w jakieś łachmany. Wyglądał trochę jak trędowaty mnich, trochę jak czarnoksiężnik. Co jest, cholera? Stanął przede mną i rzucił dwa słowa – Malignant Invocation! Jasny gwint, obcokrajowiec! Wyglądał groźnie, więc zacząłem szybko coś dukać po angielsku ale on tylko zaśmiał się i popatrzył z politowaniem. Chwilę później siedzieliśmy w jakimś zatęchłym lochu, nieużywanym od czasów inkwizycji, wypełnionym smrodem setek lat. Docierały do mnie wrzaski udręczonych, jakieś zgrzyty i piski. Hałas stawał się coraz głośniejszy, wręcz nie do wytrzymania. Zacząłem się nerwowo rozglądać za jakimś wyjściem ale mój straszliwy opiekun szybko złapał mnie za ramię i usadził na śmierdzącej podłodze. Do ucha krzyknął mi – Evangelic Decimation! Byłem już kompletnie skołowany i nie miałem pojęcia o co mu chodzi ale na wszelki wypadek znowu zacząłem coś dukać pod nosem. Nie zwracał na to uwagi. Dźwięki wypełniające lochy zmieniły się i stały się wyraźniejsze, zarazem jednak agresywniej atakowały wszystkie zmysły. Siedziałem i nie mogłem się ruszyć, straciłem już nadzieję a krzyki umęczonych były coraz bliższe. Przechodziły w ryki bólu i mieszały się z wściekłymi głosami oprawców w akompaniamencie zgrzytu i trzasku tajemniczych maszyn. Biczowanie dźwiękiem nie trwało długo, jednak intensywność była tak duża, że czułem się kompletnie wyczerpany. Nagle wszystko ustało. Nastała cisza i w kolejnej sekundzie znowu stałem przed starym kościołem, świeciło Słońce i wiał leciutki, ciepły wiatr. Przysiągłbym, że nic się nie wydarzyło, jednak przede mną stał ten straszny mnich. Zapytałem go – kim jesteś? Zaśmiał się tylko i wycedził – emisariuszem diabła! I zniknął." 

Emisariusze z okresu drugiej płyty

Devil’s Emissary to black metalowa horda z moich rodzinnych Tychów. Na koncie mają dwa albumy, które wyróżnia spójność w warstwie graficznej, tematycznej i lirycznej. Wszystko kręci się tu wokół średniowiecznych ciemności i prymitywnego wizerunku zła. Bardzo dopracowane książeczki obu płyt pełne są starych rycin i symboli, obrazów przywodzących na myśl średniowieczne postrzeganie Szatana. Ta spójność daje ciekawy efekt, gdy obie płyty postawi się obok siebie. Muzycznie rozbieżność jest spora, choć najbardziej widoczna w produkcji. Oczywiście, jak każda szanująca się horda, panowie nie wydają materiałów wymuskanych i sterylnych. „Malignant Invocation”, pierwszy album, to jeden wielki podziemny brud ale zarazem kawał podręcznikowego black metalu. Nic tam odkrywczego nie ma, ale każdy kto lubi klasyczną czerń znudzony nie będzie. Przeszkadza trochę za bardzo piwniczne brzmienie. Inaczej sprawa ma się z drugą płytą, „Evangelic Decimation”, gdzie wszystko jest dojrzalsze i lepiej słyszalne. Dużo też ciekawsze są aranże, więcej zróżnicowań tempa i niestandardowych rozwiązań. Solidny, odpowiednio brzmiący, konkretny black metal, bez ściemniania i upiększania, za to z odpowiednim piwnicznym podmuchem. Miałem przyjemność słuchać też nadchodzącego materiału i powiem Wam, że będzie to mocny cios. To nadal black metal, ale sporo w nim wpływów i elementów death metalu. Wydawnictwo to ma się w bliżej nieokreślonym czasie ukazać na CD. Polecam.  
P.S. Pozdrowienia Mateusz! Jeszcze raz najlepszego na nowej drodze życia :)
Dwa pierwsze albumy wydane zostały przez Under the Sign of Garazel. Pierwszy album ukazał się w 2013 roku, jego następca rok później. 
"Malignant Invocation":




 Discogs:

"Evangelic Decimation":




Discogs:

niedziela, 25 września 2016

Hermodr, czyli samotna wędrówka.

Wędrować poprzez spowite poranną mgłą prastare lasy, pełne cichego szeptu liści i krzyku zwierza. Mijając milczące lustra jezior zatopione wśród odmętów czasu. Depcząc ścieżki, których nikt już od setek lat nie używa. W towarzystwie chłodu i wiatru spacerować kamienistą plażą, wsłuchiwać się w szum fal Bałtyku. Poczuć wiatr we włosach i dotyk ciszy na wyżynach południa i wśród gór północy. Dotknąć majestatycznego gwieździstego nieba i poczuć na twarzy płatki śniegu.

Doświadczyć kłucia mrozu i otulić się światłem aurory borealis. Zaszyć się w małej, drewnianej chacie, mając za kompana tylko wyjący wiatr i zasnąć spokojnie. Dać się ponieść sennym wizjom i cofnąć czas, odwiedzając tę ziemię kilkaset lat temu, gdy była jeszcze piękniejsza. Unosić się nad nią jak duch i wolno, dostojnie szybować z wiatrem. Śladem kruków udać się do Asgardu i przejść tęczowym mostem Bifrost. Obudzić się wśród styczniowego mrozu, rozpalić ogień i po posiłku ruszyć w dalszą wędrówkę. Nie zostawiając śladów, samotnie, bez celu. Dla samego wędrowania.



Muzyczna wędrówka szwedzkiego black metalowego projektu Hermodr, to w większości jednostajne, średnie tempa, pulsujące klimatem i rytmem niektórych dokonań Burzum. Podobieństw jest więcej, bo to też przedsięwzięcie jednoosobowe, też poruszające kwestie natury, dawnych wierzeń. Więcej jednak, pomimo wszystko, różnic. Hermodr nie ma w sobie takiej agresji, jest stanowczo bardziej kontemplacyjny. Tajemniczy, ale zarazem bardziej przystępny - usłyszymy tu więcej ciekawych melodii, szczególnie na materiale Da Skogen Var Ung.

Rafn, czyli Hermodr

Mam kilka wydawnictw autorstwa Rafna, wszystkie zakupiłem w jednym czasie, ale to urzekło mnie najbardziej. Wszystkie jednak jak najbardziej godne są polecenia, a jest w czym wybierać. Dyskografia Hermodr jest niesamowicie bogata i nie wiem czy ten gość ma czas na cokolwiek innego poza komponowaniem i nagrywaniem. Dość powiedzieć, że od 2012 roku wyszły cztery pełne albumy, osiem epek, kilka splitów i singli oraz demo. Tytan pracy! Faktem jest, że jak już nasz dzielny Szwed zafiksuje się na jednym motywie przewodnim to ciągnie go bardzo długo, co stanowczo ułatwia tak płodne wydawanie materiałów. Niektórych może to nużyć, szczególnie, że płyty do krótkich nie należą, ale każde wydawnictwo posiada swoisty urok, który każe nam wędrować z Hermodr pomimo bolących stóp.
Wielkimi krokami nadchodzą jesienne, lekko depresyjne wieczory, coraz krótsze dni i spadające z drzew liście. Hermodr ze swoją melancholią i melodiami odnajdzie się w tej pogodzie perfekcyjnie. Wybierzcie się na wędrówkę.  
Krajowa Wolfspell Records wydaje materiały Hermodr i są one dostępne w bardzo przystępnych cenach.



Da Skogen Var Ung to kompilacja dwóch epek oraz trzech, wcześniej nie publikowanych utworów. Wydanie Wolfspell Records, 2016, numer katalogowy Spell025.




Da Skogen Var Ung na Discogs:

czwartek, 22 września 2016

Mentor, czyli cmentarny rock'n'roll.

Macie ochotę na imprezę na cmentarzu? Imprezę, na której wszystko wolno? Taką, na której podła whiskey leje się strumieniami a spore grono uczestników jest w stanie ,delikatnie mówiąc, lekkiego nadgryzienia zębem czasu? Imprezę, na której możecie pooglądać gwiazdy z poziomu zakopanej trumny, bo jej dotychczasowy właściciel przed chwilą ją opuścił i właśnie wesoło hasa pomiędzy nagrobkami? Taką, gdzie do tańca rwą się absolutnie wszyscy a niektórzy aż dosłownie – wymachując swoimi nadgniłymi kończynami? Imprezę, na której alkohol serwuje podejrzany gość z racicami a zepsute zakonnice tańczą nad płomieniami zniczy? I tylko dozorca, związany i zakneblowany, trzęsie się ze strachu w cmentarnej kaplicy. Upiorne szaleństwo w świetle księżyca, z umarłymi ramię w ramię. Noc żywych trupów i dzikiego zmartwychwstania. Cmentarny rock'n'roll.


Macie ochotę? Ja nie zdawałem sobie sprawy, że mam, a jednak dziś byłem na takiej właśnie imprezie. Choć najbliższy cmentarz mam kawał drogi od domu, to już dwadzieścia minut po wyjściu z pracy, siedziałem z butelką Jacka na krawędzi grobu wesoło machając nogami i gwiżdżąc radośnie pod nosem. Teoretycznie miałem zostać przez pół godziny, bo potem wiecie – obowiązki domowe i takie tam. Ale siedzę już od dwóch godzin i wcale nie zamierzam wracać. Chcecie się przyłączyć? Nic prostszego. Nie potrzebujecie łopaty, kilofa, Jacka czy nawet cmentarza. Wystarczy, że odpalicie „Guts, graves and blasphemy” - debiutancki album Mentor. To takie vipowskie zaproszenie, które daje Wam największe przywileje i zawsze moc atrakcji. 


The Mentors - profesjonalna organizacja wesel na cmentarzach

To, że jest to debiut nie świadczy, że debiutują na scenie muzycy Mentor. Mamy tu panów znanych z Thaw i J.D. Overdrive, co oznacza, że poziom umiejętności i doświadczenia jest wysoki. I musi być, bo jeśli weźmiemy pod uwagę, że jest to wszystko lekkim żartem (szczególnie w sferze lirycznej), to trzeba umieć taki żart przygotować. By nie wyszła kpina ewentualnie żenada. Jeśli się mylę i wszystko jest tu ze śmiertelną powagą, to kończę pisanie. Jednak znam trochę wokalistę, który tu występuje pod pięknym pseudonimem King of Nothing, i wiem, że to jegomość z ogromnym dystansem i poczuciem humoru. Wracając jednak na ten nasz cmentarz – impreza rozkręca się bardzo szybko i trwa 30 minut. Zasadniczo jest to jedna wielka jazda do przodu, z kilkoma wolniejszymi fragmentami – nawet truposze muszą odsapnąć. Mamy tu thrash, crossover, black, doom, stoner (wiemy czyja to zasługa, Wojtku) i tym podobne odmiany czarnej sztuki. Generalnie każdy kto lubi fajną, wesołą jazdę do przodu, przy której można potupać nóżką, zawiedziony nie będzie. Ja na własne potrzeby określam Mentor jako cmentarny rock'n'roll. Bardzo byłem ciekaw jak wokalnie wypadnie King of Nothing, którego bardzo cenię za wokale w JDO. Słychać, że to on, ale pokazał, że spektrum wydarcia ryja ma bardzo szerokie i kompletnie te skojarzenia nie przeszkadzają. Polecam też poczytanie tekstów – wciągające historie rodem z horrorów klasy B, napisane jednak z poetyckim zacięciem godnym absolwentów wysokiej klasy liceum ogólnokształcącego.

Nie przedłużając i nie przynudzając – odpalcie sobie tę płytkę, bo zacna jest niemiłosiernie!

Nie sposób nie zauważyć, że to kolejny świetny materiał wydany przez Arachnophobia Records. I do tego wydany bardzo ładnie – bez fajerwerków, ale bardzo schludnie i interesująco.   

Ocena redaktora imprezowicza: 8/10

Wydanie Arachnophobia Records, 2016 rok. Numer katalogowy ARA028.






Na Discogs "Guts..." jeszcze nie stwierdzono, co mnie trochę wkurza bo nie mogę sobie dodać do kolekcji ;) Proszę o szybkie nadrobienie sprawy. 

wtorek, 20 września 2016

Eerie, czyli znowu się zagapiłem i prawie przegapiłem.

Dobra, czas posypać głowę popiołem. Albo wejść pod stół i odszczekać wiele opinii z przeszłości. Kiedy człowiek się myli, dobrze jest, gdy potrafi to przyznać. Czas udać się do konfesjonału i uderzyć się w pierś mówiąc – moja wina! Wybaczcie, trochę mnie poniosło – do konfesjonału oczywiście się nie wybieram, ale swoje muszę odpokutować. Bo głupie ignorowanie pozbawiło mnie dwóch lat obcowania z kolejną świetną płytą. Staram się desperacko ten czas nadrabiać słuchając jej ósmy raz pod rząd, ale czy to wystarczy?

Trzy dni. Dwa ciosy. Mocne ciosy. W sobotę znokautowała mnie Entropia (link), wczoraj Eerie. O ile Entropię łatwiej mi sobie wybaczyć, bo ich „Ufonaut” wyszedł w tym roku, to „Into everlasting death” jest z 2014. Trochę mi głupio. Dwa lata. Dwa lata nieświadomości, że ktoś nagrał tak dobry album. I nie mogę się usprawiedliwiać, że byłem na duchowej wyprawie do Indii i nie miałem dostępu do informacji. Nie mogę, bo przecież byłem w Polsce, z dostępem do internetu. I nie mogę się usprawiedliwiać, że nie lubię poznawać nowych rzeczy. Bo przecież lubię. Wszystkiemu winne jest moje głupie podejście do tych wszystkich „post black metalowych” kapel i ładnych chłopców z gitarami. Czyli „moja wina, moja wina, moja bardzo wielka wina!”. Gdzieś podświadomie umiejscowiłem ich w jednym worku z tym naszym nowoczesnym graniem i to zepchnęło ich na margines mojego zainteresowania.

A to był błąd wielki, bo Eerie to wspaniale zagrany black metal. Nowocześnie, ale z pierwotną mocą i polotem.


Co tutaj się dzieje! Ile tutaj się dzieje! Te emocje, aranżacje, zmiany klimatu, tempa, nastroju. Te wspaniałe melodie i riffy. Wreszcie brzmienie, które pokazuje dobitnie, że można nagrać album czysto ale z pazurem. Nie znajduję tu ani jednego zbędnego dźwięku, krzyku czy riffu. To wspaniale zamknięta całość, która puszczona w bieg kończy się stanowczo za szybko. Momentami, są tu takie momenty, że aż unosiłem brwi ze zdumienia, że tak można. Brawo. Brawo i jeszcze raz brawo. Moja polonistka często opowiadała o tym, co poeta miał na myśli. Gdyby miała zrobić to samo z płytą Eerie, powiedziałaby, że poeta miał na myśli stworzenie czegoś wspaniałego. I miałaby rację. Poeta stworzył. Ludu prosty, ludu zwykły, zachwycaj się. Szkoda, że ten materiał wyszedł w 2014 bo chętnie umieściłbym go w zestawieniu najlepszych płyt 2016 roku :)

Wydanie Arachnophobia Records, rok 2014, numer katalogowy ARA011. 






"Into everlasting death" na Discogs:

niedziela, 18 września 2016

Entropia, czyli lepiej późno niż wcale.

Są takie sprawy, w których skłaniam się ku konserwatyzmowi. Jedną z nich jest metal. Wkurzają mnie ci wszyscy hipsterscy chłopcy z ładnymi fryzurami, którzy nagle postanowili być źli. Staram się omijać szerokim łukiem te wszystkie „post black metalowe” kapele i czasami całkiem nieźle mi to wychodzi. Czasami jednak się zapomnę i coś tam mi się do ucha rzuci. Wczoraj rzuciła mi się Entropia. I to dość skutecznie.

Ich tegoroczną płytę „Ufonaut” miałem już od jakiegoś czasu. Leżała sobie i kusiła mnie swoją nietuzinkową okładką. Odrzucałem te zaloty, bo zawsze było coś ważniejszego dla mojego odtwarzacza. Wczoraj, dochodząc do siebie po bardzo udanym wieczorze z udziałem Ragehammer, Embrional i Destroyer 666, postanowiłem dać jej szansę. Prawdopodobnie stało się to dzięki topniejącemu stosowi nieprzesłuchanych płyt, poza tym i tak pomyślałem sobie - „dobra, poleci raz, góra dwa, odbębnię i na półkę”. Ponieważ nie chcę ściemniać i zasadniczo jestem szczerym facetem, powiem Wam szczerze – płyta siedzi w odtwarzaczu do dziś. I nie sądzę by prędko wyszła. Hipsterscy chłopcy z ładnymi fryzurami postanowili być źli i – o zgrozo! - udało im się.

„Ufonaut” to świetna płyta! Nie pytajcie mnie jednak, co grają, bo nie wiem. Najzwyczajniej w Świecie nie wiem i nie mam zamiaru tego ukrywać. Oczywiście, dużo tu elementów black metalu, czasami słychać pierwiastki death czy thrash. Generalnie jednak jest to zdrowo pokręcona płyta ze wspaniałymi aranżami i kompozycyjnymi zakrętasami godnymi progresywnych kapel. Zespół określa własną muzykę jako „psychedelic”, cokolwiek ma to znaczyć. Nie do końca się zgadzam, ale jak już ustaliliśmy, nie za bardzo się znam na tych wszystkich „postowych” graniach. Nie słuchajcie więc moich opinii, posłuchajcie „Ufonaut”.

Bardzo bolą mnie dwa fakty. Primo – płyta ukazała się w lutym, a ja słyszę ja dopiero teraz. Tak, tak, jestem ignorantem kretynem. Wiem, już widzę te wszystkie memy z facepalmem. Secundo – boli mnie fakt, że „Ufonaut” wyszedł w 2016 roku. Miałem już prawie gotowe zestawienie rankingowe tegorocznych krajowych wydawnictw, a tu taka niespodzianka. Muszę poprzestawiać niektóre lokaty. Co mnie cieszy? Cieszy mnie jak cholera to, że ta płyta powstała. Bo jest naprawdę bardzo dobra. Pewnie nie będzie to mój album roku, ale muszę oddać Krzyśkowi z Arachnophobia Records co jego – po raz kolejny wydał bardzo ciekawą muzykę.

Pisząc to wszystko, słucham oczywiście Entropii i coraz bardziej mam ochotę wykreślić zdanie, że nie będzie to mój album roku. Nie będę się jednak podniecał na zapas – posłucham jeszcze jakieś czterdzieści razy i wtedy Wam powiem.


I na koniec – jako esteta stwierdzam, że płyta jest bardzo ładnie wydana. A dla mnie to ważne. 

Ocena ignoranta kretyna, która i tak za chwilę może się zmienić (ale tylko na lepsze): 9/10. 

Wydanie Arachnophobia Records, 2016, numer katalogowy ARA022.






Ufonaut na Discogs:

czwartek, 15 września 2016

Diabeł rozpoczyna harce, czyli początki Christ Agony.

Fajnie jest czasem spojrzeć na coś z perspektywy lat. Kiedy spojrzenie to bogatsze jest o lata doświadczeń, przeżyć i nauki. W tym przypadku chodzi o setki poznanych płyt, ostudzone emocje młodzieńczego zapału i pozbycie się bezkrytycznego podejścia do wszystkiego co „rogate”. W końcu kilkanaście i więcej lat temu podejście było inne. Pentagram na okładce załatwiał sprawę. Te czasy bezpowrotnie minęły, choć oczywiście do kwestii wizerunkowych zespołów nadal przywiązuję pewną wagę. Nie rzucam się już jednak na pierwszą lepszą wymalowaną gębę i odwrócony krzyż, bo szatan mi tak każe ;)

Jakiś czas temu dotarły do mnie wznowienia dwóch demówek Christ Agony - „Sacronocturn” i „Epitaph of Christ”. Nie słyszałem ich dobrych kilkanaście lat. Trochę poleżały na półce, bo przypływ nowych pozycji był spory. Odczekały swoje aż wreszcie wskoczyły do odtwarzacza. Będąc gówniarzem jarałem się nimi mocno. Był to kolejny brudny, bluźnierczy cios wymierzony Bogu i tylko to się liczyło. Dziś, słuchając obu tych materiałów, zauważam wiele rzeczy, które wtedy były dla mnie albo niewidoczne albo nieistotne. Co jednak najważniejsze – pomimo upływu lat i innej optyki, te materiały nadal mi się podobają i mają w sobie ciągle tę siłę, która wtedy mnie urzekała. Ten mroczny czar i brudny cios. Ten smród piwnicy klasztornej zbrukanej kopytem czarta.

Lata minęły, ale pewne rzeczy się nie zmieniają. Jeśli coś jest dobre, dobrym pozostaje. 




„Sacronocturn”, pierwsze demo, to wciąż szukanie swej drogi przez zespół. Słychać jeszcze pewne braki, ograniczenia muzyków, ale czuć również ambicję tworzenia czegoś złożonego i nietuzinkowego. Bardzo surowe brzmienie nie ułatwia odbioru, ale też go całkiem nie psuje. Powiedziałbym, że wręcz czasami pomaga, usprawiedliwia. Tak jak ulewa nad boiskiem pozwala zapomnieć kibicom o kiepskiej grze piłkarzy. Bo jak tu grać w takich warunkach? „Epitaph of Christ” to zupełnie inna historia. Tu wszystko jest dojrzalsze, bogatsze i bardziej przemyślane. Tu już słychać, że diabeł zadomowił się w piwnicy rzeczonego klasztoru i całkiem mu tam dobrze. Tu już słychać, że za chwilę wejdzie na pierwsze piętro i rozgości się w komnatach jak władca udzielny – jak wiemy stało się to już na kolejnym wydawnictwie. „Epitaph...” to kawał historii rodzimego black metalu i jeśli jest w tym kraju ktoś, kto nie zna, powinien natychmiast udać się do spowiedzi. Ale pamiętajcie – diabeł nie wybacza!

Bardzo jestem wdzięczny Witching Hour za te wznowienia. Obie płyty to piękne digipacki. Kolorystyka, grafiki – najwyższy poziom. Warto mieć choćby dlatego. Dobra robota, szczególnie, że czasami wznowienia robione są po łebkach, byle tylko kasa się zgadzała.  

Witching Hour Productions, 2015 rok. Numery katalogowe: Evil80CD (Sacronocturn) i Evil81CD (Epitaph of Christ).

Komplet:




Sacronocturn:







Epitaph of Christ:







Sacronocturn na Discogs:


Epitaph of Christ:


niedziela, 11 września 2016

"Musta Lampi", czyli marazm upalnej niedzieli.

Niedziela. Upał. Bezruch. Gdyby nie pracujący wiatrak, powietrze można by ciąć. Stoi. Leżymy z lubą bez ruchu a w odtwarzaczu właśnie startuje płyta „Musta Lampi” fińskiego zespołu Kalmankantaja. Przepraszam, startuje to odrzutowiec, tu mamy do czynienia raczej z powolnym rozruchem, z lokomotywą, której ktoś dorzuca za mało węgla. Wszystko jest opóźnione i rozwlekłe. Leniwe. Leżymy i gapimy się w sufit a z głośników płyną dźwięki klawiszy. Długo, bardzo długo. Kiedy już myślisz, że może czas coś zmienić, oni grają nadal to samo. Klawisze. Pojawiają się nowe dźwięki i wszystko zaczyna nabierać głębi. Wreszcie jest gitara i perkusja. Gitara akustyczna, więc nadal jest spokojnie. Leżymy a ja myślę o tej kropli potu spływającej mi od trzech minut po ramieniu. Wszystko jest takie wolne, mozolne, ślamazarne. Tylko wiatrak pracuje na pełnych obrotach. Kropla spada na prześcieradło, z głośników wreszcie słychać przesterowaną gitarę zapowiadającą black metal.  


Fiński las (zdjęcie z fb zespołu)

Zimny, melancholijny black metal zainspirowany fińską przyrodą – tak w każdym razie możemy przeczytać we wkładce. I coś w tym jest, bo niewiele się tu zmienia. Tak jak w Finlandii – lasy, jeziora, lasy i jeziora. Ale jakie piękne! Nie jest to monotonia, którą można się znudzić. Wydaje ci się, że poznałeś wszystko na jednym spacerze, ale przy okazji kolejnego, odkrywasz coś nowego. I tak za każdym razem. Taka jest ta płyta i w zasadzie cała twórczość Kalmankantaja. Średnie tempa, potępieńcze wokale i wspaniale przesterowane gitary a to wszystko okraszone prostymi melodiami. Nikt nie stara się tu być na siłę brutalny a tym bardziej oryginalny czy nowatorski. Stare, dobre, sprawdzone patenty podane na swój, melancholiczny i lekko depresyjny sposób. W tę upalną niedzielę „Musta Lampi” mnie urzekła i wpadłem po uszy. Będę do niej wracał, choć nie jest to muzyka na każdą okazję. Mając jednak w domu kilka płyt Kalmankantaja już niecierpliwie czekam na jesienne i zimowe wieczory. Albo kolejne upalne niedziele.


Kalmankantaja 2016 (zdjęcie z fb zespołu)

Kalmankantaja to ciekawy zespół. Istnieje od 2011 roku a na koncie ma już dziewięć pełnowymiarowych albumów, masę epek i splitów. Na odsłuch czeka na mnie jeszcze tegoroczny album „Tyhjyys” - kto wie, może będzie to kandydat do czołowych miejsc? Z twórczością Finów możecie się zapoznać za małe pieniądze dzięki wznowieniom ich materiałów przez rodzimą Wolfspell Records. Wydali też wspomniany już „Tyhjyys”. Polecam.

Kalmankantaja - „Musta Lampi”. Wolfspell Records numer katalogowy Spell037. Materiał wyszedł w 2014 roku, wznowienie w 2016.




  

Musta Lampi na Discogs:

piątek, 9 września 2016

Szalety w podziemiu, czyli drugi dom.

Podróże na koncerty są fajne, ale nie oszukujmy się – im bliżej, tym wygodniej. W dwóch poprzednich tekstach koncertowych (tu i tu) pisałem o naszych wyjazdach do Katowic. Miały one swój urok, ale oczywiście każdy marzył skrycie, by kiedyś, pewnego dnia, te wszystkie koncerty zawitały do naszych Tychów. Jasne, sporadycznie coś tam godnego uwagi się pojawiało, im głębiej w lata dziewięćdziesiąte, tym klubów było więcej a co za tym idzie – koncertów. Często jednak była to totalna partyzantka. Organizacyjnie, promocyjnie i brzmieniowo. Kiedy już imprez kulturalnych w Tychach było naprawdę dużo, jedynie niewielki ich procent był w stanie mnie zainteresować. Dominował hip-hop, blues czy jakieś mainstreamowe popy. Konkludując – szału nie było.
Tychy podzielone są na osiedla oznaczone literami alfabetu. Osiedle „L”, na którym się wychowałem, sąsiaduje z osiedlem „K”, gdzie była moja podstawówka. Był tam też pawilon handlowy a w jego podziemiach szalety publiczne. Pewnego dnia te szalety zostały wyremontowane i przerobione na knajpę. Zaczęliśmy tam bywać regularnie. Wiele dni później, dwóch moich przyjaciół kupiło tę knajpę i zaczęła się droga ku koncertowemu eldorado. Od początku swego istnienia lokal nosił nazwę „Underground”.
I stał się naszym drugim domem.

Bawiliśmy się tam, piliśmy, remontowaliśmy go i robiliśmy wiele innych rzeczy, o których tu pisał nie będę. Michał, jeden z właścicieli a zarazem mój odwieczny przyjaciel, był fanatykiem metalu, jak ja. Chciał, by w jego lokalu takie koncerty się odbywały i dopiął swego. Gdy udało się dotrzeć do zapomnianej, ogromnej sali graniczącej z lokalem, było to jak „Sezamie otwórz się!”. Wylewanie sceny, remont, wyposażenie i jazda. Sala mieszcząca 500 osób (bywało więcej), profesjonalny sprzęt, fajne zaplecze, dwa bary, kilka sal ze stołami, bilard… „Underground” wyrósł na wspaniałe miejsce. Zaczęły tam przyjeżdżać naprawdę duże nazwy. A nasze marzenia zaczęły się spełniać. KAT, Turbo, Vader, Acid Drinkers, Illusion, Christ Agony… Nie sposób tu wymienić wszystkich zespołów. Dziesiątki koncertów mniejszych i większych, masa poznanych kapel i świetnych przeżyć. 

Bilety, które dotrwały do dziś

Tu dochodzę do sedna dzisiejszego tekstu – chodzenie na koncerty pozwala poznać wiele wspaniałych zespołów. No chyba, że ktoś chodzi tylko na te, które zna. Ja do Undera miałem kilkaset metrów a gdy koncert kosztuje 10 zł i gra na nim 5 kapel to jak tu nie pójść? Bywało, że żadna z nazw widniejąca na plakacie nie mówiła mi kompletnie nic – ale szedłem. Bo kocham muzykę na żywo, bo warto poznać nowe zespoły w ogniu koncertowych zmagań, bo można poznać ciekawych ludzi i czasami przeżyć szalone wieczory. Bo można wreszcie, kupić płyty tychże nowo poznanych zespołów i wymienić się kontaktami. Na jednym z takich koncertów poznałem 0xist – fiński zespół, o którym wcześniej nie słyszałem. Jego lider, Jani, to równy gość i bardzo Polskę polubił. Na koncercie bardzo mi się spodobała ich muzyka, więc szybciutko zakupiłem CD - prosto z rąk Janiego. Innym razem, podczas wizyty innego fińskiego zespołu – Coprolith (swoją drogą tez ich tam wtedy poznałem i też wróciłem z płytą), zostałem przez ich gitarzystę obdarowany płytą norweskiego Fortid, tylko dlatego, iż wyraziłem pochlebną opinię o norweskim black metalu ;) Okazało się, że Fortid to był jego zespół, a Coprolith wspierał tylko na koncertach. Takich historii było oczywiście dużo, dużo więcej...
Trzy teksty koncertowe na przestrzeni tygodnia. Idzie jesień i zima, koncerty klubowe nadchodzą. Tymi tekstami chciałem Was do nich zachęcić i przekonać, że warto ruszyć się z domu. Dzisiejszy wpis to także mój prywatny hołd dla lat spędzonych w Undergroundzie, które zawsze będę wspominał z sentymentem.  
-------
0xist ma na koncie EPkę i dwa albumy. Nil to pełnowymiarowy debiut. Płyta zawierająca muzykę wolną, ciężką i mroczną. Znajdziemy tu jednak piękne melodie i bardzo dużo tajemniczego klimatu. Album ma wszystko co potrzebne, by można go było określić jako wyśmienity przykład dark metalu. Co ciekawe – świetnie sprawdza się na koncertach.
0xist - „Nil”. Wydanie Cold Void Emanations (Void16)/Ostra Records (OSR014), 2012 rok.  




"Nil" na Discogs:

wtorek, 6 września 2016

Pij mleko dla Lucyfera, czyli Them Pulp Criminals.

Nie jestem znawcą takiej muzyki. Kiedyś, dawno temu, będąc dzieciakiem lubiłem posłuchać Shakin' Stevensa. Od kilku lat lubię muzykę Johnego Casha i okazjonalnie słucham HeadCat (dzięki osobie Lemmego). I to z grubsza jest moje doświadczenie w świecie country, alternative country, rock’n’rolla i miejskiego folkloru. Nie duże, wiem. Jeszcze mniejsze mam w gatunkach, którymi określa się sam zespół – „dark urban folk, negative side of country, surf noir”. Nie martwię się tym jednak, bo przecież kiedyś dawno temu nie wiedziałem jak smakuje schabowy, a teraz nie mogę bez niego żyć. Czy mógłbym żyć bez Them Pulp Criminals i ich debiutu „Lucifer is love”? Pewnie mógłbym, ale wtedy ominęłaby mnie ciekawa płyta.
Kiedy od wielu lat słuchasz w 99% tylko metalu, ciężko jest napisać coś sensownego o muzyce, która ma tyle z metalem wspólnego co ja z redemptorystami. Nie oczekujcie więc technicznej analizy, bo jestem kompletnie zielony i są w tym kraju ludzie, którzy na pewno potrafią zrobić to dużo lepiej. Z drugiej strony i tak nie lubię rozbijać muzyki na atomy, bo czuję się jakbym ją odzierał z duszy. Z klimatu i z emocji. A tych na debiucie krakowskiego duetu jest bardzo dużo. I jest to powód, dla którego ta płyta do mnie trafia.

Mleko to samo zdrowie!

Zagubiona autostrada pośrodku pustyni i mknący nią Mustang, tnący noc reflektorami. Zadymiona sala barowa, jakiś facet na scenie z gitarą i dziwki smętnie wodzące wzrokiem po sali szukając klientów. Ciemne uliczne zaułki, szemrane interesy i błyskające ostrza noży. Stary dom, pusty i mroczny, skrzeczący gramofon i w połowie pusta butelka czerwonego wina koloru krwi kapiącej na dywan z podciętych żył. Szaleniec miotający się w zamkniętej celi, próbujący uwolnić się z krępującego go opętania i kaftana. Pragnienie wolności. Pragnienie zemsty. Miłość, nienawiść i złość. Wiatr we włosach i smutek istnienia. Odraza i zachwyt.
To wszystko tu jest. A nawet więcej, bo każdy zobaczy coś, czego inny nie dojrzał. Interpretacji jest wiele. Muzycznie jest raz szybciej, raz wolniej, czasami smutno, czasami wesoło. Nie nudzi. Buja i prze do przodu. Bardzo pozytywnie zaskakuje wokal Tymka, którego znamy choćby z piekielnych ryków na płycie Ragehammer (o niej tutaj). Śpiewa z wprawą i manierą starego wyjadacza, faceta, który z butelką burbona i papierosem w ustach mógłby ci opowiedzieć niejedną mroczną historię, o ile cena będzie dobra.
Ja dałem się kupić. I słucham tych opowieści od kilku dni, bo mają one czar i urok. Niepokojący, tajemniczy ale przyciągający. Chcesz mu kupić jeszcze jedną kolejkę, byleby tylko dalej opowiadał.
Materiał wydany w bardzo ładnym digipacku. Brawa za okładkę.
Ocena: 8/10 albo 7/10, 9/10 a może nawet 10/10 (pojęcia nie mam - jestem laikiem)

Wydanie Malignant Voices, 2016 rok, numer katalogowy  MV18.




"Lucifer is love" na Discogs:

niedziela, 4 września 2016

Morze wódki i tańce w klapkach, czyli mój koncertowy kult.

Daleko lub blisko. Autobusem, pociągiem, lub piechotą. Sam lub z ekipą. Dni słoneczne, dni deszczowe, dni zimowe. Underground, Mega Club, Hala Huty Baildon, Rude Boy…
Bez znaczenia.
Gwar rozmów i nerwowe wyczekiwanie. Chór głosów skandujący tę krótką, ikoniczną nazwę. Szybko dopijane piwo i dopalane papierosy. Powoli rozjaśniające się światła. Intro lub bez intra. I wreszcie start. To kompletnie nie istotne, który utwór na początek, bo wszystkie znam. Ciary, podniecenie, uniesienie i krzyk.
KAT zaczął misterium.

Nie wiem ile razy przerabiałem ten scenariusz. Nie ważne. Pewnie z resztą nie każdy koncert wyglądał tak samo, ale tak je pamiętam. I za każdym razem czuję się jak mały dzieciak w wesołym miasteczku. Chcę jeszcze. Jeśli jutro graliby w Warszawie, poszedłbym z takim samym podnieceniem jak za pierwszym razem. A pierwszy raz był w Mega Clubie i doskonale go pamiętam. Podarta koszulka „Oddech wymarłych światów”, posklejane włosy i zdeptane glany. Część koncertu spędzona na kolumnach, z których widoczność była wspaniała. Szał pod sceną. I spora grupa znajomych, wszyscy zachwyceni. Wtedy poczułem, wtedy zyskałem pewność, że każdy kolejny też będzie wspaniały. I tak było. Nawet całkiem niedawno, gdy przyjeżdżali do klubu oddalonego od mojego mieszkania o kilkaset metrów. Śmialiśmy się z kumplami, że mogłem przyjść w kapciach.  

Na te koncerty mogłem iść w kapciach ;)

Roman szalejący na scenie, tańczący w klapkach do „Wyroczni”, jego dialogi z publiką, wspólne śpiewanie „Łzy”, „Głosu z ciemności” czy „Diabelskiego domu”. Wszystko to dzieje się na każdym koncercie i doskonale wiesz, że będzie ale i tak czekasz na to za każdym razem z takim samym podnieceniem. Tysiące emocji i momentów uniesienia. Czasami łzy w oczach. Magnetyzm i magia.
Gdy się nad tym zastanowić, znalazłoby się pewnie wiele czynników wpływających na takie a nie inne odbieranie ich koncertów. To swojskie chłopy ze Śląska, teksty mają po polsku, muzyka wręcz idealna na koncerty. No i są całkiem przystępni. Po jednym z koncertów wypiliśmy na bekstejdżu z Irkiem i Romanem morze wódki. Nie czułem jednak, że piję gorzałkę z idolami mojej młodości. Nie, piłem ją jak ze starymi znajomymi, z którymi zobaczę się pewnie za kilka dni. Kiedy przejdzie kac.
Bo KAT jest ze mną od wielu, wielu lat a gdy znasz kogoś tak długo, fajnie jest się z nim czasem spotkać.
--------
Nie jestem wielkim fanem wydawnictw koncertowych. Jakoś dziwnie mi się słucha zapisu koncertu siedząc na kanapie w domu. Są jednak wyjątki. Jednym z nich jest „Somewhere In Poland”. Album nagrany podczas koncertu we wrocławskiej Hali Ludowej. Posiadam wersję audio, jednak jest to naprawdę wyjątkowy przypadek, gdyż uwielbiam ten występ także oglądać. Obraz to chyba nawet jego główna siła. Ponieważ nie lubię oglądania koncertów na DVD, mówi mi to, jak świetny jest to materiał. W dobrej jakości można go zobaczyć także na jutub, polecam tym, co nie znają.
KAT – „Somewhere in Poland”. DBC, 2004 rok, numer katalogowy DBC 016.





Somewhere in Poland na Discogs: