środa, 31 sierpnia 2016

Idzie zima, czyli koncertowy sezon przed nami.

Mikkey Dee i jego solo na perkusji wśród genialnych świateł, Roman Kostrzewski tańczący w klapkach do „Wyroczni”, Bruce Dickinson walczący na scenie z Eddiem, Lemmy wypowiadający kultowe „We are Motorhead”, Angus w mundurku ze swoim Gibsonem, Fernando z Moonspell próbujący mówić po polsku...

Ekstaza przy „Worship Him” Samaela, zdarte gardło po „Łzie dla cieniów minionych” Kata, odlot podczas „Highway to hell” i łzy przy „Fear of the dark”. Ciary wielkości ciężarówki przy „King of a stellar war” Rotting Christ i dziki szał podczas „Carnal” Vadera.

Duszne sale i salki. Małe, średnie i duże kluby. Stadiony i festiwale. Dziesiątki poznanych ludzi, setki litrów wypitego piwa. Przepocone koszulki i posklejane włosy. Podarte koszulki i podeptane buty. Nagłośnienie lepsze i gorsze. Problemy z ochroną lub ich brak. Podróże dalekie i bliskie, czasami nawet piechotą. Akustyka do bani i ścisk. Pogo i kolejki do baru. Setki wspomnień i tysiące niezapomnianych momentów.

Koncerty.


Esencja metalu. Misteria dostarczające niesamowitych emocji. A czasami po prostu świetna zabawa.




Kiedyś nie było tak łatwo. Koncertów było mniej, a jak już były to daleko. Nie każdy urodził się w Warszawie czy Gdańsku. Czy nawet Katowicach. Dla nas, chłopaków z Tychów, choć to tylko 20 km, koncert w Katowicach oznaczał małą wyprawę. Jeśli trwałby za długo, byłby problem z powrotem. Trzeba było kombinować, więc kombinowaliśmy. Główkować trzeba było też nad funduszami, bo przecież taki koncert to nie impreza darmowa. Oczywiście te czynniki nie mogły nas zatrzymać. Jeździliśmy tak często, jak się dało. Mega Club, Spodek, Hala Huty Baildon... znaliśmy te miejsca dobrze. Słynne powrotne „wesołe autobusy”, czasami jakieś problemy, które wyjaśniało się nie tylko słownie. Było wesoło, beztrosko i rock'n'rollowo. Potem, po wielu latach, dzięki dwójce przyjaciół, koncerty zawitały do Tychów i na gig Kata mogłem iść w kapciach.

Dziś jest łatwo. Koncert za koncertem, czasami trzeba wybierać bo niestety nie można być w dwóch miejscach jednocześnie. Pieniądze są, bo człowiek pracuje i już nawet wysokie ceny biletów nie odstraszają. Ale ludzi mniej. Siedzą w domach, bo przecież wszystko jest na jutub, a jeśli już przyjdą to filmują by na jutub się to znalazło. Smutne, ale od dawna nie widziałem konkretnego pogo pod sceną. Gdzie ta świeża krew? Gdzie metalowe serca i dusze? Schowajcie te cholerne telefony! I ruszcie tyłki na koncerty, bo warto.

Idzie jesień i zima, czas klubowych koncertów, tych, które lubię najbardziej. Mam nadzieję, że choć kilku z Was na nich spotkam.  

sobota, 27 sierpnia 2016

Klasyka, która wita w piekle.

„Byłem tam, w czeluściach. Na krańcu wszystkiego, nad krawędzią otchłani. Myślałem, że to koniec. Ale to był dopiero początek. Podróż poza czas i poza miejsce, do najczarniejszych zakamarków ludzkiej wyobraźni, która sobie tego wyobrazić nie jest w stanie. Tańczyłem z własnym duchem nad szczytami podziemnych jaskiń i widziałem, rzeczy, których nikt nigdy nie chciał zobaczyć, gdyż nie byłby w stanie ich nazwać. Dzika podróż w czeluść zapomnienia, gdzie tylko diabła śmiech i demona wzrok. Piłem z nimi i ucztowałem, rozpusty najdalsze krańce poznałem, ciągle spadając w mrok. Mijałem wieki i lata, cywilizacje i religie. Dla mnie były mgnieniem oka, kawałkiem pyłu mijającego mnie w locie. Mógłbym rozetrzeć je w dłoniach, tak zabawnie bezbronne dla mnie były. I ciągle słyszałem diabła głos, i dzwonienie łańcuchów. Przyzywał, wołał i śmiał się. Nie mogłem mu się oprzeć. Moja jaźń już nie była moją, zalał ją szyderczy śmiech opętanego niewolnika, gotowego na śmierć. Choć przecież nie byłem już żywy. 

I nagle, gdy myślałem, że ta podróż nigdy się nie skończy, wszystko zgasło. Nastała absolutna cisza. Nie było żadnego ruchu. I w tej strasznej sekundzie, gdy bałem się jak nigdy dotąd, usłyszałem spokojny głos: Witaj w piekle.”  


Tak, byłem w piekle. Pierwszy raz na początku lat dziewięćdziesiątych. Piracka kaseta przytargana z targu, z pięknym pentagramem i głową kozła oraz z tytułem nie zostawiającym żadnych wątpliwości – „Welcome to hell” – witajcie w piekle. Nie miałem wtedy pojęcia, jak ważną kasetę niosę w plecaku. Jaki ma ciężar gatunkowy oraz historyczne znaczenie dla mojej ukochanej muzyki. A był to Venom, jedna z nieśmiertelnych legend, ale o tym miałem się przekonać chwilę później. W domu, po odpaleniu kasety, odbyłem szaloną podróż. Podróż do piekła. Ale wróciłem, bo była to przejażdżka tam i z powrotem. I zawsze miałem siłę na kolejne. Od tamtej pory byłem w piekle setki razy i nadal chcę tam jeździć. Bo przecież to Venom, jedna z nieśmiertelnych legend a takim przewodnikom się nie odmawia.



Dziś, mocno klimatycznie staruszka kaseta na zdjęciach. CD to wznowienie, każdy może je mieć, ale ta kaseta już tak częsta nie jest.  
Wydanie Metal Mind Records, 1993 rok, numer katalogowy CLAS 0009.




"Welcome to hell" na Discogs:

czwartek, 11 sierpnia 2016

"Popiół", czyli diament.

Gdy wczoraj wyciągałem ze skrzynki kopertę z irlandzkim znaczkiem, ręka lekko mi się zatrzęsła. Wiedziałem, jaka płyta jest w środku. Przepraszam, jaka PŁYTA. Nie mam pojęcia, czemu tak długo na nią czekałem, czemu tak późno zdecydowałem się ją zamówić. Pewnie znajdę setki wymówek, ale żadna tak naprawdę nie wytrzyma ani sekundy przyparta do muru. Miałem przecież kasetę, zjechaną i przesłuchaną setki razy. Znałem ją na pamięć. No i zawsze było coś ważniejszego do kupienia, coś czego nie posiadałem na żadnym nośniku. Poczeka, nie ucieknie – mówiłem sobie. Idiota. Naiwniak. Wreszcie jednak nie wytrzymałem...

W marcu pisałem Wam o moim leśnym i pogańskim okresie życia (tutaj). Wtedy, jako przykład muzyczny, najlepiej oddający tamte czasy przedstawiłem genialny „Wicher” Sacrilegium. I to była prawda. Ale była też druga płyta, też polskiego zespołu i też wydana w 1996 roku. To wrocławski Thy Worshiper i ich „Popiół (Introibo ad altare Dei)”. 

„Skryliśmy się w mroku
Odeszliśmy do cienia
Posępne są nasze myśli
Ale nasza jest Matka Ziemia” 

Ile razy, przemierzając lasy okalające moje rodzinne Tychy, wyśpiewałem ten tekst, nie zliczę. I nie tylko ja, bo wszyscy wtedy znaliśmy tę płytę na pamięć. Trafiała do nas, w całej swej rozciągłości i we wszystkich wymiarach. Była towarzyszem i w jakimś stopniu drogowskazem.  

„Prastary północny kraj
Z ziemią skalaną krzyżami
Gdzie wolność Twa, gdzie duma
Ile sen Twój już trwa?
(…)
Gdy hymny sędziwych Bogów
Rozbrzmieją wśród gór
Wróci wolność, wróci siła
Co złamie rdzeń krzyża”

I choć nie wszystko jest tu perfekcyjne, można się przyczepić do wokali czy niektórych rozwiązań aranżacyjnych, to klimat jest potężny. A dla mnie metal to zawsze był klimat. Uczucia. I ta płyta, w połączeniu z naszą ówczesną silną wiarą w powrót dawnych praw i porządków, sprawdzała się znakomicie. Ktoś powie, że teksty momentami są naiwne, że to poezja amatora, że są banalne i oczywiste biorąc pod uwagę styl muzyczny wykonywany przez zespół i poglądy jego członków. Pewnie momentami są. Co z tego? Dla nas, wtedy bardzo młodych wariatów i buntowników, były jak mantra. Ja poza tym zawsze lubiłem taki styl pisania – bezpośredni, bez nachalnej poetyki, metafor i niepotrzebnych wywijasów językowych. Gdzieś na pewno potem, gdy założyliśmy Wicher, to się objawiało w moich tekstach – i Thy Worshiper bezapelacyjnie miał na to wpływ. Muzycznie też – fascynowało nas, że mają tak dużo akustycznych wstawek. Nikt w Polsce tak wtedy nie grał. Nasz kompozytor i gitarzysta był wielkim zwolennikiem takich aranżacji i akustycznych partii w Wichrze mieliśmy sporo.

Wczoraj, po co najmniej kilku latach, odpaliłem „Popiół” na domowym sprzęcie. Tak, miałem kasetę, ale jakoś po prostu ciężko słuchać kasety gdy wokół tyle płyt. I co chwilę jakaś nowa. Odpaliłem i wszystko wróciło. Znów miałem 17 lat, długie włosy i spędzałem godziny w lesie. Znowu siedziałem nad mym ulubionym stawem z długopisem i kartką w ręku. To był magiczny moment i sam sobie dziękuję, że wreszcie do niego doszło. Byłem idiotą, zwlekając tyle czasu. Są rzeczy, na które warto czekać ale lepiej zrobić je dużo wcześniej. Najlepsze, że ona nadal do mnie trafia. Dla mnie przetrwała próbę czasu jaką i jej i sobie zafundowałem. Jestem szczęśliwy.

„I chociaż umierałem już setki razy
Tysiące twarzy zniknęło we mgle
To widzę krew moich braci
Przelaną w imię miłości i prawdy

Śmiech mój nie jest już szczery
Dusza ma stała się czarna
Czeka na śmierć tego boga
Co żywi się krwią moich braci”

Posiadam kasetę i CD. Kaseta Wydana przez Morbid Noizz, 1996 rok, numer katalogowy 160. CD w digipacku wydane przez sam zespół w 2013 roku. Poniżej zdjęcia obu.  









Popiół na Discogs:

wtorek, 9 sierpnia 2016

Eteritus, czyli Conan wrzuca pierścień.

Po raz kolejny musze powiedzieć z pewnością w głosie – trwa wspaniały rok dla metalu, szczególnie krajowego. Jeszcze mi w uszach brzmi wyśmienity „We had it coming” Dormant Ordeal czy „All of them witches” The Dead Goats a już w odtwarzaczu hasa kolejny przebojowy materiał. Znowu death metal, znowu lekko po szwedzku i znowu w starym stylu. Najważniejsze – znowu bardzo dobrze!


Eteritus pochodzi z Torunia. Wcześniej ich nie znałem, choć na koncie mają już EPkę wydaną w 2014 roku. Nie będę się więc odnosił do „Tales of death”, bo po prostu nigdy jej nie słyszałem. Dla mnie Eteritus to tabula rasa. I dobrze. Bo „Following the ancient path” zapisuje tę kartę pięknymi zgłoskami. To kolejna płyta, na której najważniejszy jest kop, energia i hołd starym mistrzom. Moc czuć tu wszędzie, szczególnie podkreślają ją świetne partie gitar – dobra robota przy realizacji. Słychać tu Dismember, ale nie tylko – gdzieś w tle jakbym słyszał trochę Gorefestu. Przede wszystkim jednak słyszę Eteritus i to najważniejsze. Fajne melodie gitar – proste ale treściwe, przywodzą mi na myśl patenty Dissection. Ciekawe solówki, niestety, troszkę schowane. Właśnie, kilka rzeczy podczas realizacji materiału można było zrobić lepiej – oprócz tych solówek, jeszcze perkusja – jest po prostu za cicha, za płaska i zbyt mało żywa. Wielkie gratulacje jednak za wykręcenie tak cudownie szwedzko wymiatających gitar. Wokal – fajnie, jest na przodzie, mógłby jednak być troszkę bardziej zróżnicowany. Ilu z Was złapało się na podobieństwie do Petera z Vader? Ja momentami dałbym sobie rękę uciąć, że to on. Generalnie – bardzo dobra robota, podkreślę raz jeszcze – za gitary, ich pracę i brzmienie – wielkie słowa uznania. Udało się tej płycie być zarazem wyrazistą i czystą oraz dziką i lekko szaloną.
Płyta wydana schludnie, aczkolwiek, gdyby to ode mnie zależało, zmieniłbym kolorystykę wkładki i pomyślał nad ciekawszymi grafikami, szczególnie że dziś to już norma. Pomijam okładkę, bo ta mi się podoba – prosto i jednoznacznie oddaje tytuł, choć zarazem jest dla mnie skrzyżowaniem wejścia do Góry Przeznaczenia (Tolkien się kłania) z klimatem Conana Barbarzyńcy - i pytanie (nieśmiertelna fraza redaktora Szpakowskiego) - czy Arnold wrzuci pierścień? ;) Swoją drogą wyobraźcie sobie tę scenę – Arnold jako Conan walczy sam ze sobą i wspierany przez Sama podąża by wrzucić pierścień do otchłani. I wszystko to okraszone komentarzem nieśmiertelnego Dariusza Szpakowskiego
Dobra, schodzimy na ziemię. I polecamy ten materiał ciociom, wujkom, sąsiadom i kolegom. Bo warto.
Subiektywna ocena redaktora malkontenta: 7,5/10.  
Płyta wydana przez Godz ov War Productions. Numer katalogowy GOWP XXXI.



"Following the ancient path" na Discogs:

sobota, 6 sierpnia 2016

Lipawa, czyli teksty są ważne.

Teksty. Jak często zwracacie na nie uwagę? Dla mnie to bardzo istotna sprawa i zawsze je czytam, od deski do deski. Ilu z Was zwróciło uwagę na utwór Liepaja? Czy sprawdziliście co oznacza nazwa? Otóż, moi drodzy jest to miasto na Łotwie. Biorąc pod uwagę muzykę jaką gra In Twilight's Embrace, lepszy pewnie byłby utwór o Goteborgu lub Sztokholmie. Ale jest o Lipawie. Podejrzewam, że autor będąc tam miał silne doznania duchowo-estetyczne. Wiem, brzmi dziwnie. Prawdę powiedziawszy sam nie wiem jak to określić, nie jestem aż tak wyedukowany. Ale wiem, że sam tak często mam. Jadę gdzieś i czuję coś w rodzaju fajnej podniosłości, że tam jestem. Albo przygnębienia. Ale nie są to zwykłe odczucia, jakich setki mamy każdego dnia. To coś wyjątkowego. Coś co sprawia, że aż chcesz napisać tekst do utworu. O Lipawie. Wiecie, to trochę dziwne jest, bo cóż takiego jest w Lipawie? Równie dobrze, mógłby to być tekst o Grudziądzu. Ale o to właśnie chodzi – nie istotne gdzie i co to za dziura na mapie – jak Cię dopadnie to piszesz nawet o Jeleśni. 





Nie wiem czy mnie zrozumiecie, bo nie wiem czy miewacie takie stany. Ja miewam i nie jestem pewien czy to dobrze. To chyba pewien rodzaj wrażliwości. Poza tym lubię zwiedzać i oglądać miejsca nowe. Geografia zawsze była dla mnie przyjemnością a nie kolejnym nudnym przedmiotem w szkole. Nawet ta realizowana palcem na mapie.

Jak się to łączy? Otóż czytając ten tekst szybciutko odpaliłem wujka gugla i wpisałem Lipawa. Poczytałem o mieście, o jego historii, zobaczyłem zdjęcia. Coś z tego wyniosłem. I za to jestem wdzięczny autorowi tekstu. Bo owszem, byłem na Łotwie, ale w Rydze. Piękne miasto. Jednak Lipawy nie znałem. I przychodzi dzień kiedy słucham sobie spokojnie nowej płyty In Twilight's Embrace, czytam teksty i nagle doznaję lekkiego szoku. Lipawa. O jasny gwint. I po chwili myślę sobie – ciekawe czy ktokolwiek wcześniej o tym mieście napisał jakikolwiek utwór? I nie chodzi mi tylko o metal, może być nawet łotewski folk ewentualnie łotewskie disco. Jeśli ktoś to sprawdził, proszę o informację. Bo może okazać się, że panowie z Poznania, są jedyni.

Konkludując. Teksty są ważne, czytajcie je. Metal to muzyka, która niesie ze sobą przesłanie (najróżniejsze oczywiście w zależności od gatunku) i nie można lekceważyć tego, co w tekstach jest. Bo zwyczajnie można ominąć prawdziwe perełki. Albo Lipawę. 


p.s. 2. to taki trochę szalony tekst o tekstach, wybaczcie. Ale ta Lipawa jest dla mnie symbolem. Symbolem mądrości metalu.  

czwartek, 4 sierpnia 2016

Szwedzka woda zdrowia doda, czyli The Dead Goats i czarownice.

W siedemnastym wieku było z nami krucho. Zalali nas Szwedzi i w pewnym momencie wyglądało to naprawdę źle. Z lekcji historii, tudzież prozy Sienkiewicza, wiemy jednak, że ten zalew najpierw powstrzymaliśmy a potem przegoniliśmy. Pewnie niektórym wydawało się, że osuszyliśmy dobrze tę naszą Polskę, że żadna kropla skandynawskiej mineralnej ewentualnie słonej morskiej z zatoki Hano, u nas nie została. Guzik prawda. Może nie była widoczna, może ukryła swój zapach, może gdzieś tam w cieniu sobie spokojnie egzystowała, lub pochowana po piwnicach utrzymywała swą tajemną egzystencję. Pieron wie. Dotrwała jednak do naszych czasów i od pewnego czasu coraz śmielej pokazuje swe oblicze. W kilku naszych miastach, piwnice wręcz musiały być nią zalane po dziś dzień. Lublin, Poznań i Białystok ucierpiały najmocniej. W stolicy Podlasia spowodowała nawet śmierć kilku kóz. 

I powinniśmy być jej za to wdzięczni. 

Całkiem żywe Martwe Kozy na cmentarzu

Panowie z The Dead Goats opili się jej najwięcej, co zaowocowało najbardziej energetyczną odmianą szwedzkiego grania spośród tych, którzy tą ścieżką podążają. To właśnie ścieżka kozła, czyli Path of the Goat (ich pierwszy album), podbiła moje serce (a propos – jak ktoś ma ją na CD i chce się pozbyć, to ja mam pieniądze – możemy się zgrać!). Potem był koncert w Proximie, w towarzystwie At The Gates i In Twilight’s Embrace – tam już zakochałem się po uszy. No i wreszcie mamy drugi długograj – „All of them witches”. Kozły i czarownice w szwedzkim sosie o posmaku Dismember i lekkiej nutce Unleashed (bardziej Across the open sea niż Shadows in the deep). Wszystko zaserwowane z punkową dzikością i szaleństwem, momentami połamaną jak u wczesnego At The Gates. Podsumowując – tak proszę pana, będzie smakowało. Życzy pan sobie deser? Oczywiście, jeszcze raz to samo! Powtarzam ten posiłek od kilku dni i podoba mi się tu wszystko, choć nie jest to nic odkrywczego, nic nowatorskiego. Gitary tną mnie raz po raz, dostaję tężca od tych brudnych riffów, tak cudownie szwedzko wykręconych jak dzioby drakkarów. Wokalista powinien dawać lekcje języka Pipi Langstrump w każdej szkole choć śpiewa po angielsku. Ciężar tej płyty, jej gęstość i intensywność jest taka, że gdyby zamknąć ją w pudełku mogliby sprzedawać ją w Ikei jako produkt „Sverige essens”.
Całość dopełniają interesujące teksty, często lekko humorystyczne oraz bardzo schludna i ciekawa oprawa graficzna. To już jednak standard w przypadku The Dead Goats, kto posiada EPkę „Don’t go in the tomb”, ten wie. Szkoda, że to dopiero drugi album zespołu, który w tak długim czasie mógłby już pewnie wydać co najmniej jeden więcej. Ale nic to, cieszmy się nim i czekajmy na następny – jestem pewien, że będzie warto.

Ocena: 8/10
Wydanie Testimony Reocrds, 2016 rok, numer katalogowy TR 003CD.




All of them witches na Discogs:

wtorek, 2 sierpnia 2016

Lwy atakują, czyli Dormant Ordeal.

2016 to jak dotąd świetny muzycznie rok. Szczególnie jeśli chodzi o nasze krajowe podwórko. Jakiś czas temu zachwycałem się black metalowym duetem (Dagorath, Odour of Death), teraz przyszedł czas na death metal. Od kilku dni słucham w kółko i na okrągło dwóch płyt. Pomimo, że obie to death metal, różni je bardzo wiele. „All of them witches” The Dead Goats i „We had it coming” Dormant Ordeal. Szczęścia chodzą parami. Ale nie trzymają się za rączki, bo różnic tu więcej niż podobieństw.
Wstyd się przyznać, ale krakowskiego Dormant Ordeal, jeszcze miesiąc temu, nie znałem. Ba, nie miałem pojęcia o istnieniu tego zespołu. Może to moja wina, może promocji. Prawda leży pewnie gdzieś po środku – ja się starzeję i nie nadążam za wszystkim, zespół nie posiada wydawcy, więc o wszystko musi dbać sam. Słuchając ich drugiej płyty (tak, drugiej, pierwszą też już mam i polecam równie gorąco) aż trudno uwierzyć, że nikt nie chce ich wspomóc wydaniem materiału i promocją. Gdybym miał wytwórnię, nie zastanawiałbym się ani chwili. Kompletnie nie rozumiem niektórych decyzji naszych rodzimych wydawców. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że to kwestie skomplikowane i nie do końca przejrzyste, ale żeby pomijać taki zespół? Może dlatego, że nie mają diabelskiego imidżu? Może za mało prawosławnych elementów i kapturów? Faktycznie, tych panów można minąć na ulicy i pomyśleć, że właśnie wracają z koncertu Pink Floyd. Zaznaczam, sam Floydów uwielbiam, ale może dla niektórych to problem? Pewnie nudnawe cerkiewne zawodzenia i aura „tajemniczości” są ciekawsze, choć muzycznie to ta cała Batushka wydmushka mogłaby Dormant Ordeal buty pucować. Do czysta. Jest jeszcze jedna możliwość - zespół sam nie szuka wydawcy bo po prostu nie chce - jeśli tak jest, przepraszam wszystkich naszych wydawców :)  

Dormant Ordeal

Dobra, ponarzekałem sobie, wyrzuciłem z siebie co mnie boli, to teraz o tym, co mnie jara. Jara mnie ta płyta. Już od samej okładki. Jest po prostu piękna. Biorąc do ręki płytę, nie masz pojęcia jakiej muzyki się spodziewać. Nic nie zdradza zawartości, a sam rysunek to majstersztyk. Intryguje i przyciąga. Czyli spełnia swoją rolę. Wiadomo, pierwszy kontakt jest ważny. Pierwsze przesłuchanie jest jak cios workiem ziemniaków w głowę. Nie wiesz którym dostałeś, a siniaków wiele. Płyta niesie tyle wrażeń i doznań, że potrzeba dłuższego czasu by je wszystkie wyłowić. Death metal można grać na wiele sposobów (wow, jestem genialny), krakowianie korzystają z kilku i miksują je ze sobą. To co otrzymujemy na "We had it coming" to techniczny death metal z naciskiem na prostotę przekazu. Wiem, brzmi dziwnie, bo jak ktoś używa określenia techniczny death metal, to zaraz w głowie odtwarza nam się późny Death i pytanie – jaka prostota przekazu? A tu właśnie tak jest. To świetne połączenie techniki i zaawansowanej aranżacji ze zwykłym ciosem w mordę. Uderzenie jest mocne, ale precyzyjne. Bonusowe punkty obrażeń dostajemy za potężne brzmienie, selektywne, ale nie rozlazłe. Doskonale dopracowane jednak niosące echo lekkiego zabrudzenia, agresji i gniewu. Ale wszystko w pewnych granicach. To techniczny death metal, ale ta technika jest tu osadzona w pewnych ramach, tak jak szał i dzikość, która zgłasza swoją obecność, ale siedzi zamknięta w pomieszczeniu obok i tam się miota. Czujemy ją, obserwujemy i wiemy, że tam jest, ale nie możemy jej dotknąć. Została opanowana i zamknięta w ramach techniki. Tak, wiem, namieszałem. Miałem po prostu na myśli to, że wszystkiego tu jest tyle, ile powinno być. Przenikają się te elementy i uzupełniają tworząc jedną z lepszych płyt death metalowych naszej sceny w ostatnich latach. Jedyne do czego bym się przyczepił, gdybym był bardzo zrzędliwym starszym panem (czyli mogę się czepiać!) to monotonne partie wokalne. Generalnie głos świetny i brzmi bardzo dobrze, mógłby jednak pan wokalista rozważyć troszkę więcej modulacji. To jedyny, maleńki minus. Poza tym jest świetnie. Serio.
Wiem, że mam tendencję do nadmiernego entuzjazmu, ale tutaj to jest całkowicie uzasadnione. Kolejny mocny kandydat do czołowych lokat w podsumowaniu roku. Patrząc na postęp jaki dokonał się pomiędzy pierwszą a drugą płytą zespołu, strach pomyśleć co będzie na trzeciej. Drżyjcie kaptury i zadymione cerkwie – nadchodzą lwy!

Ocena: 9/10
Płyta pięknie wydana w digipacku przez sam zespół. Gratulacje dla autora grafik!




"We had it coming" na Discogs: