poniedziałek, 25 lipca 2016

Kanie na Warmii, czyli bogactwo naszej sceny.

Są takie rzeczy, które poznane w młodości lub dzieciństwie, zostają z nami do końca życia. Piosenka, smak, zapach, widok czy książka bądź jej fragment. Osobiście mam takich rzeczy kilka a jedną z nich jest smak usmażonej kani. Pamiętam, gdy byłem gówniarzem, jeździliśmy z rodzicami na wakacje nad Jezioro Charzykowskie (okolice Chojnic) i tam grzybów było sporo. Nasza rodzina do wytrawnych i zapalonych zbieraczy nigdy nie należała, ale takowych było wokoło mnóstwo i zawsze podzielili się zbiorami. Tak poznałem smażoną kanię. Pamiętam ją na świeżym chlebie i wierzcie mi – do tej pory czuję ten smak. Minęło wiele lat, ubogich w kanie, w zasadzie bez nich. Nie było warunków, okazji, możliwości. Zbieraczem też nigdy nie zostałem. Jakoś bez nich żyłem.


Ostatni weekend spędziłem u lubej w Olsztynie. Tam, w okolicznych lasach, grzybów tyle co ruskich w Berlinie w czterdziestym piątym. Postanowiliśmy się wybrać i zapolować na tę moją mityczną kanię. Spacer sam w sobie był miły, bo okoliczności przyrody piękne, co możecie zobaczyć na załączonym zdjęciu.  


Jezioro Pluszne

Były i grzyby. Niestety, nie powiem Wam jakie, bo jestem kompletnym laikiem, w każdym razie nie kanie. To jednak nie ma większego znaczenia, bo podczas tego grzybobrania tak sobie myślałem sporo o muzyce a w szczególności o polskiej scenie. W pełni sens tych przemyśleń dotarł do mnie już w domu, gdy pałaszowałem te wszystkie „nie kanie” przyrządzone przez moją Martę. Pewnie to wszystko będzie dość banalne, ale uświadomiłem sobie, że te wszystkie przeciętniaki są naprawdę smaczne i nie zawsze to czego szukamy tak uparcie, musi być tak ważne, by przysłaniało nam teoretycznie mniej istotne rzeczy. Odniosłem sobie to do naszej rodzimej sceny bo od jakiegoś czasu w moich oczach przeżywa ona bardzo dobry okres. Nie są to może wybitne zespoły, choć niektóre w przyszłości jak najbardziej mogą być, ale bardzo mocne i z solidnymi podstawami. Wystarczy się dobrze rozejrzeć, nie będąc skupionym tylko na tym, co najbardziej oczywiste. Niech tymi naszymi mitycznymi kaniami i ich smakiem z młodości pozostaną legendy takie jak KAT, Vader, Imperator. Takich już pewnie nie znajdziemy. Ale niesamowicie smaczne są także te wszystkie podgrzybki, zajączki czy jak te pieroństwa się zowią. Mam tu na myśli In Twilight's Embrace, The Dead Goats, Dagorath, Dormant Ordeal, Ulcer, Ragehammer, Odour of Death, Defying... Zauważcie, że to tylko zespoły, które wydały materiały w tym roku. I to jakie materiały! Ależ nam obrodził ten 2016!

Jakiś czas temu krążyła po sieci mapka z ilością kapel metalowych przypadających na jednego mieszkańca w krajach europejskich. Nie byliśmy ilościowo na czele, ale kogo to martwi przy takiej jakości? Nie ma miesiąca w tym roku bez bardzo ciekawego wydawnictwa, co za cudowne czasy!

Finalnie udało nam się dwie kanie znaleźć. Usmażona była oczywiście bardzo smaczna i smakowała dokładnie tak jak pamiętałem.

P.S. chyba jestem zdrowo porypany, jeśli podczas zbierania grzybów myślę o muzyce ;)


Część tegorocznych zbiorów

czwartek, 21 lipca 2016

Master's Hammer, czyli Karel Gott black metalu.

Czechosłowacja. Knedliczki, Karel Gott, Helena Vondrackova, Sąsiedzi, Krecik i hokej. Pierwszy kraj, którego granicę przekroczyłem. Zieloną, bo zieloną, ale jednak. Wychowywałem się na południu Polski i u nas południowych sąsiadów się lubiło. Mnie, dzieciakowi, kojarzyli się głównie z bajkami, które bardzo lubiłem. Czechy. Piwo, knedliczki, piwo, hokej, piwo i…czescy metale! Tak, swego czasu było o nich głośno za sprawą charakterystycznego wyglądu (fryzury) i obuwia, które rzekomo nosili (sandały). Rzekomo, bo tak naprawdę na początku lat dziewięćdziesiątych nie widziałem chyba żadnego czeskiego metala. Ale śmialiśmy się wszyscy Jeśli chodzi o muzykę, Czechy to raczej był obiekt drwin niż uwielbienia. Nie znaliśmy żadnego zespołu stamtąd, nawet nie wyobrażaliśmy sobie, że może tam jakiś istnieć. Czemu? To proste. Język! Nie byliśmy sobie w stanie wyobrazić, że ktoś władający tak zabawnym i wzbudzającym u nas salwy śmiechu językiem, mógłby grać metal. Przez długi czas wyobrażenie kogoś wykonującego death czy black metal po czesku uruchamiało lawinę śmiechu.
A potem poznałem Krabathor i Master’s Hammer.



I tu mógłbym zakończyć, bo ci co ich znają, wiedzą, że więcej pisać nie trzeba. Nie zakończę jednak, bo muszę Wam powiedzieć, że te dwa zespoły całkowicie starły mi z ust głupi uśmiech. Zostawmy Krabathor na inną okazję, ostatnio przeżywam wewnętrzny renesans black metalowy, więc skupmy się na Master’s Hammer. 1991 rok. Chwilę wcześniej upadł mur, ruscy wracali do domu, metal zza żelaznej kurtyny powoli zaczynał sączyć się na zachód. W ojczyźnie króluje death metal, za chwilę Europę i Świat zacznie podbijać Vader. W Norwegii black metal dopiero kiełkuje, ikona gatunku Darkthrone wydaje swoją pierwszą płytę „Soulside Journey”, która jest death metalem. W Grecji Rotting Christ pierwszą płytę wyda za dwa lata. Jedynie Samael i jego „Worship Him” ukazuje się w tym roku. Ale to przecież Szwajcaria, gdzie wszystko było prostsze. I nagle, jak diabeł z pudełka, ni z tego ni z owego, pojawia się kilku zabawnie wyglądających Czechów i walą takim materiałem, że szczęka opada! Czesi, faceci od knedliczków, piwa i hokeja. Faceci, którzy chodzą w sandałach i mają „krótko z przodu, długo z tyłu” na głowach! Kasują wszystkich najbardziej bluźnierczych zawodników na scenie. „Ritual.” To materiał prosty, zaśpiewany po czesku, co w żadnym stopniu nie przeszkadza (to był dla mnie szok!) ale jednocześnie potężny. Są tu momenty wręcz geniuszu, patenty, które potem będą stosowali wszyscy. To black metal najwyższych lotów, pomimo iż to debiut. Czesi wcześniej, siedząc jeszcze za żelazną kurtyną mocno ćwiczyli i nagrali kilka demówek. Nie byli więc pierwszymi lepszymi frajerami z ulicy. Doskonale wiedzieli co robią i zrobili to tak, że diabeł musiał być bardzo zadowolony. Kultowa Osmose Productions wznowiła ten materiał w 1994 roku a wcześniej zajmowała się jego dystrybucją. Czesi byli już wtedy po kolejnym świetnym albumie, bo nie zwalniali tempa. To tak ciekawy zespół, że zapewne jeszcze tu do niego wrócimy, bo szczerze mówiąc każda płyta zasługuje na osobny tekst.
Do dzisiaj gdy słyszę język czeski, uśmiecham się. Ale zaraz potem przypominam sobie jakie diabelstwo w tym języku stworzył Master’s Hammer i nabieram do nich jeszcze większego szacunku.

Posiadam wydanie Qsmose Productions. Wznowienie z 2009 roku. Numer katalogowy OPCD 031.



  

Ritual na Discogs:

wtorek, 19 lipca 2016

Pięćdziesiąt.

Pięćdziesiąt. Brzmi poważnie. Pięćdziesiąt tekstów na blogu dla mnie brzmi bardzo poważnie, choć nie wszystkie teksty są poważne. Kiedy w moim skrzywionym umyśle zakiełkowała myśl o prowadzeniu bloga, nie myślałem nawet, że dotrę do tak poważnej liczby. W każdym razie nie z takim zapałem i samozaparciem. I nie w takim czasie. Nie sama liczba cieszy najbardziej, tylko to, że wciąż mi się chce i wciąż sprawia mi to radość. Odkąd zacząłem publikować te swoje wynaturzenia, zyskałem sławę i pieniądze, zapraszają mnie na salony a pod moim blokiem codziennie gromadzą się fani. A tak poważnie – faktycznie moje życie się zmieniło. Można powiedzieć, że zostało podporządkowane pewnemu rytmowi. Najpierw muszę wybrać płytę, o której chcę napisać. To najtrudniejszy etap. Jak wiecie, nie piszę stricte o muzyce, tylko raczej o uczuciach jakie wzbudza. Nie mogę więc tak po prostu wybrać pierwszej lepszej z półki, muszę mieć tę mityczną wenę. Potem trzeba to opisać, ale to już dużo prostsze – ze mną zawsze tak było, że jak już wiedziałem, co chcę napisać, to samo pisanie szło jak z bicza strzelił. No i etap ostatni – zamieszczenie tekstu. Korekta, zrobienie zdjęć itd. – ten etap zajmuje zawsze najwięcej czasu. I tak w zasadzie w kółko, bo jak tylko jeden post pojawi się na stronie, ja już myślę o następnym. Ale lubię to, żyję muzyką od lat więc dodatkowe chwile spędzone z nią w mojej głowie są przyjemne.
Blog rozpocząłem od wspomnień z czasów młodości. Teraz takich tekstów jest mniej, wybaczcie, ale ile można pamiętać? Swoje się od tej pory wypiło, wiele rzeczy się zatarło i przepadło w odmętach głowy. Mam oczywiście zamiar nadal wracać do płyt z przeszłości, ale nie będę unikał nowych wydawnictw, bo sporo z nich zasługuje na uwagę. Zawartość gatunkowa? Przyjrzyjmy się etykietom z tych 50 postów.
Pierwsze miejsce dla norweskiego black metalu. Zaskoczenia nie ma – panowie w ciągu kilku lat dostarczyli dużo materiału (nie tylko muzycznego) by o nich pisać. Za plecami wikingów polski black metal, polski death metal i amerykański thrash. To pokazuje jak mocna jest nasza rodzima scena i jak zawsze była dla mnie ważna. Amerykański thrash też zawsze bardzo lubiłem, mogę więc stwierdzić, że gdyby wziąć te moje 25 lat słuchania metalu i podzielić je wedle czasu spędzonego na słuchaniu danego gatunku, klasyfikacja byłaby właśnie taka. To pokazuje mi, że nie robię tu nic na siłę, nie podążam ze trendami. Nie miałem takiego zamiaru i nie będę tego robił. To mogę obiecać.
Na koniec krótkie podsumowanie w liczbach. 50 tekstów. Cztery miesiące istnienia bloga. Ponad siedemnaście tysięcy wyświetleń. Prawie 200 zdjęć płyt. Niezliczona liczba chwil radości, plus kilka prawdziwej satysfakcji (kiedy doceniają Cię bohaterowie z czasów młodości – bezcenne!).
Dziękuję wszystkim, którzy czytają, komentują, udzielają się na fanpejdżu. Jesteście w tym wszystkim najważniejsi, bez Was nie miałoby to sensu. Z okazji jubileuszu, specjalnie dla Was, konkurs na fejsbuku. Zajrzyjcie na fanpejdża.
Z metalowym pozdrowieniem,
Bartosz 
p.s. jako bonus, autor tekstu, imperator lasów i władca kija:

prawdopodobnie 1996 rok ;)

  

poniedziałek, 18 lipca 2016

Taakeferd, czyli Unholy Black Metal.

„Nie mogę spać. Mija już czwarta godzina naznaczona potem na czole i wirem w głowie. Na ścianach tańczą cienie. Chwilę temu były w mojej głowie, teraz rozpełzły się po całym domu. Tulą się do mnie choć je odpycham. Tańcząc na starych ścianach mego domu, układają się w obrazy. Wciąż widzę ten wielki stos i słyszę jej krzyk. Ogień szybko go uciszył, ale ja nie zapomnę. Banda religijnych opętańców nazwała ją czarownicą… Jej już nie ma, zostałem ja wśród ciszy nocy, tysiąca zmierzchów i tysiąca świtów, których nie chcę obejrzeć. Ta październikowa noc nie chce się skończyć. Wilgoć oblepiła deski ścian a trupi księżyc świeci dziś wyjątkowo blado. Nie chcę patrzeć mu w oczy, ale coś mnie zmusza… Wstaję i zupełnie bezwiednie, idę do drzwi. Wychodząc na zewnątrz czuję ostry chłód nocy, wgryzający się w każdy zakamarek ciała. Zatapiam się w las, spowity gęstą mgłą. Ona nie jest z tego Świata, jest ciepła i przyjemna choć zarazem niepokojąca. Nie zwracam jednak na to uwagi, idę naprzód, w nieznane, choć doskonale wiem gdzie chcę dotrzeć. Docieram do traktu, którym idą. Długi szereg milczących postaci w czarnych kapturach. Nie widzę ich twarzy, nie znam ich, nie wiem dlaczego tu są. Wiem jednak, że od tej nocy będą moją rodziną. Pochód we mgle, to wszystko co mi pozostało. Nie wiem dokąd zmierzają ale wiem, że tylko oni doprowadzą mnie do Niego. A On pomoże mi dokonać zemsty.”

Taakeferd, czyli pochód we mgle

W 1993 roku w Norwegii działo się dużo. Rodził się i rozwijał potężny ruch black metalowy, płonęły kościoły, wydano kilka świetnych płyt, choć większość wciąż czekała na swój debiut. Darkthrone natomiast wydał już swój trzeci, a drugi black metalowy album. I tak naprawdę pierwszy w pełni w kanonach gatunku. Poprzedzający go „A Blaze In the Northern Sky” (o nim tutaj) zawierał jeszcze elementy death metalu, gatunku od którego Darkthrone zaczynał. „Under a Funeral Moon” to już zupełnie inna bajka – czysta black metalowa jazda. Kiedy myślę o klasycznych albumach z Norwegii, ten jest w ścisłej czołówce. Pamiętajmy, że wtedy nie było jeszcze nawet "De Mysteriis Dom Sathanas" czy "In the Nightside Eclipse" oraz kilku innych bardzo ważnych płyt. To Darkthrone wytyczał ścieżki, przecierał szlaki i narzucał brzmienie norweskiej scenie (a w konsekwencji światowej). To jedna z tych płyt, która po pierwszym przesłuchaniu wydaje się być tylko hałasem i krzykiem, jednak z czasem nabiera dużo głębszego odbioru i smaku. To również jeden z tych albumów, który poznałem, dzięki wymalowanemu panu na okładce, bo jakoś nie zwróciłem uwagi, że logo to samo co na „A Blaze...”, który kupiłem kilka dni wcześniej. Lubię do niej wracać i zawsze gdy to robię, gości u mnie w odtwarzaczu na dłużej.   

Posiadam wznowienie z 2003 roku. Peaceville Records, numer katalogowy CDVILED35.





Under a Funeral Moon na Discogs:

sobota, 16 lipca 2016

A gdyby tak...

Szósty czerwca 1992 roku, Bergen. Ktoś podkłada ogień pod kościół Fantoft, którego nie udaje się uratować. Zostają zgliszcza. Iskra pada na podatny grunt. Następne płoną Ormoya, Skjold, kaplica w Holmenkollen, Hauketo, Asane i wiele innych… Łuna nad Norwegią robi się coraz jaśniejsza – chciałoby się wręcz rzec – A Blaze In the Norhtern Sky* w praktyce. Po jakimś czasie ogień rozprzestrzenia się i na Szwecję. Skandynawia podnosi głowę a cały Świat w przerażeniu obserwuje te wypadki. Są jednak ludzie, którzy widzą w tym jakąś dziejową sprawiedliwość, próbę walki z czymś, co niewoli ten kontynent od setek lat. I w duchu kibicują skandynawskiej młodzieży.
Takim kimś byłem ja. Oczywiście, gdy to wszystko się zaczęło nie miałem pojęcia, że gdzieś tam na północy płoną kościoły. To nie był jednak bardzo krótki okres i w pewnym momencie te wieści dotarły. I padły na podatny grunt – prosto do umysłu młodego buntownika, świeżo upieczonego adepta black metalu i bluźnierstwa. Każdy kolejny spalony kościół był jak wygrana bitwa, każdy wsadzony do więzienia Norweg czy Szwed, jak męczennik. To była wojna, bardzo źle przygotowana, spontaniczna i bez szans na wygraną, ale wojna. Przynajmniej w moich oczach.

Czy kiedykolwiek zastanawialiście się, co by było gdyby? Wiem, gdybanie to kiepska rzecz, lepiej trzymać się faktów. Ale jednak – co byłoby, gdyby to wszystko przygotowane było lepiej, gdyby rozlało się na szerszy obszar? Gdyby po Szwecji ruszyła Finlandia, potem Rosja, Polska, Niemcy itd?
Ja robiłem to wielokrotnie i wtedy, w latach dziewięćdziesiątych, bardzo żałowałem, że tak się nie stało. Marzyła mi się taka podziemna rewolucja, Black metalowa wojna partyzancka, bo przecież w otwartej nie byłoby szans. Niewielkie grupki przemieszczające się od miasta do miasta i podkładające ogień pod chrześcijańskie świątynie. Tak to wtedy widziałem i do tej pory wydaje mi się to jedyną możliwą drogą. Dzisiaj, wszystko to oczywiście tylko zwykłe fantazje i bajania. Młodzieńczy zapał i kompletnie irracjonalne podejście do sprawy zniknęło. W jakimś jednak stopniu chcę to zrealizować, sprawdzić ten swój scenariusz i dlatego postanowiłem napisać taką fantastyczną powieść – co byłoby gdyby? Od dłuższego czasu noszę się z zamiarem napisania książki, nie mogłem się jednak zdecydować na temat. Teraz już wiem. Chcę dokończyć to, co zostało zaczęte szóstego czerwca 1992 roku w Bergen.  

* A Blaze in the Northern Sky (Płomień na Północnym Niebie) - płyta norweskiego Darkthrone, wydana w 1992 roku. 

środa, 13 lipca 2016

Piwnica w Bergen, czyli Dagorath.

Kilka dni temu wybrałem się z awizo w ręku na pocztę. To czynność u mnie częsta, bo niestety w godzinach doręczeń przesyłek, przebywam w pracy. Na szczęście urząd blisko, w zasadzie mógłbym iść w kapciach. Gdybym nosił kapcie. Na poczcie norma – spore grono starszych ludzi, którzy nigdy nie mogą dotrzeć tam w godzinach, gdy reszta narodu pracuje. No i te stosy rachunków! Ale nic to, dzielnie odczekałem swoje i wreszcie odbieram przesyłkę z jedną płytą w środku. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że nie opuszczam poczty sam. Szli za mną Ihsahn, Samoth, Fenriz , Satyr i Infernus. I kilkunastu innych Norwegów w wieku młodzieńczym. Dziarsko wszyscy weszliśmy na to moje czwarte piętro i po chwili, gdy pierwsze dźwięki Dagorath wypełniły mieszkanie, rozpoczęła się impreza. Panowie zaczęli hasać jak młode wilki, rozbijając się po ciasnej kawalerce i nieustannie kręcąc młynki piórami. Ktoś strącił butelkę, ktoś zachlapał mi łazienkę farbkami, niechybnie nakładając w pośpiechu corpsepaint, ktoś inny w szale bojowym skopał telewizor. Z półek z płytami na tych szalejących młodziaków spoglądały ich późniejsze wcielenia, pewnie z lekkim zażenowaniem ale też wstydem, że w nich już nie ma tego młodzieńczego wigoru i bezkompromisowości. Nemesis Divina zaczęła tęsknie spoglądać na Dark Medieval Times a At the Heart of Winter rzucał zamglone spojrzenie Pure Holocaust. Na sąsiedniej półce In the Nightside Eclipse radośnie podskakiwał słysząc wokalistę Dagorath a tuż obok Under a Funeral Moon wraz z Pentagram wywijali koziołki. Dwadzieścia pięć minut piekielnej zabawy. Ja potulnie schowałem się w kącie zachwycony widowiskiem i tym co słyszę. Gdy skończył się piąty, ostatni utwór (cover Gorgoroth), panowie grzecznie usiedli i poprosili o herbatę. Pomyślałem, że mi też się przyda. Zaparzyłem i zaproponowałem im powtórkę. Ochoczo przystali na propozycję i tym sposobem wcisnąłem „play” po raz drugi. A potem jeszcze raz i jeszcze raz.
Dagorath – Dagorath. 25 minut czystego, nie skażonego niczym black metalu. Dla zakochanych w klasycznych norweskich brzmieniach, to jak 25 kg najczystszej heroiny. To esencja lat dziewięćdziesiątych. Mróz, las, śnieg i fiordy. Studio w piwnicy jednej z kamienic Bergen. Kilku gówniarzy za chwilę nagra tam coś, co za jakiś czas Świat okrzyknie klasyką gatunku, fundamentem. Aj, przepraszam, zapędziłem się, ale fakt jest taki, że z tym materiałem mogło tak właśnie być. Mógłby spokojnie stać wśród wspomnianych wyżej pomników black metalu bez cienia zażenowania czy wstydu. Tu zgadza się wszystko, nawet okładka (kompletnie nieczytelne logo), wkładka a raczej jej brak i zdjęcia muzyków w lesie. Brak tylko makijaży na twarzach, ale to zwalam na chwilowy brak plakatówek w najbliższym papierniczym.

Najpierw Odour of Death (o nim tutaj), teraz Dagorath. Takie materiały odnawiają we mnie wiarę w black metal. Mam jeszcze kilka zaległości do nadrobienia, więc liczę, że ten trend (tfu!) się utrzyma. Black Metal ist Krieg!

Płyta wydana własnym sumptem.




Dagorath na Discogs:

poniedziałek, 11 lipca 2016

Sznur w dłoń, czyli Odour of Death.

„Cichy, chłodny las...ostatnia droga pod moimi stopami. Czuję dotyk powietrza na zmęczonej twarzy, wśród splątanych włosów. Idę. Nie ma innej drogi, a nawet jeśli jest, to nie jest mi potrzebna. Noc gęsta jak kłębowisko węży powoli oblepia mnie coraz mocniej...Wreszcie jestem, ten konar to mój ostatni wzlot. Sznur już czeka, wyciągam nóż...”

Jakiś czas temu, szczerze mówiąc dawno temu, straciłem wiarę w black metal. Scena poszła w niezrozumiałym dla mnie kierunku, gdzieś, gdzie ciężko nam się spotkać. Dla mnie BM to krzyk, jazgot i bluźnierstwo, nie potrzebuję hipsterskich wstawek, polukrowanych i przeintelektualizowanych tekstów pełnych nowomowy. Weźcie panowie instrumenty, przywalcie w nie i zróbcie to bez litości a nie jak piętnastolatka rumieniąca się na widok piegowatego młodzieńca. Albo, jak już bardzo nie chcecie przywalić, to przynajmniej dajcie mi taką grozę i rozpacz, żebym poczuł chęć odwiedzenia toalety. Niestety, od dawna coraz o to trudniej. Na szczęście, nasza scena jeszcze nie całkiem zniewieściała i co jakiś czas można dorwać coś z jajami. Ostatnie dwa tygodnie były wręcz jak bajka! Doświadczyłem dwóch ciosów polskich zespołów, które podtrzymały moją ostatnią iskierkę nadziei. Tak, jest jeszcze w ludziach duch! Oba to zespoły młode, oba wydały na start mini CD. Mowa o Dagorath i Odour of Death. Dziś przyjrzymy się drugiemu.


Dużo w tym materiale o śmierci, wieszaniu się, podcinaniu żył i ofierze. Czyli jest jak być powinno – głosimy wesołą nowinę wstającego poranka. Przesłanie jest krótkie – czas chwycić sznur i zadyndać. Nic tu nam nie daje nadziei i żadna iskierka już się nie rozżarzy. Dwadzieścia pięć minut bez radości, wypełnione przygnębieniem i strachem. Nie, w toalecie nie byłem, aż tak dobrze nie jest. Ale znając twórców tego materiału, w przyszłości weselej też nie będzie. Nie ma tu opętańczych temp i piwnicznego brzmienia. Siła tego materiału leży gdzie indziej. Prymitywizm, prostota i pierwotna dzikość ustępują tu w pewnym stopniu miejsca klimatowi mizantropii i beznadziei. To nie bezlitosna wojna z karabinem maszynowym tylko porażka jednostki w totalnej samotności. I to właśnie jeden z tych kształtów black metalu, jaki lubię. Nie wszystko tu jednak jest idealne, czy takie jakbym chciał. Paradoksalnie, za ładne brzmienie nie do końca mi pasuje. W końcu to black metal, więc panowie – więcej piwnicy. Nawet nie dosłownej, wystarczy tylko taki powiew zza lekko uchylonych drzwi lochu. I nie do końca przekonują mnie momentami wokale – są za czyste, zbyt wyraźne. Za dużo rozumiem ;) Wiem, że Radek potrafi, więc pewnie był to zamierzony efekt. Plus za polskie teksty, bardzo dosłowne, bez owijania w bawełnę i niepotrzebnego poetyzowania. Jak na debiut jest dobrze, czekam na dalszy ciąg bo smak rozbudzony. Tyska stara gwardia się trzyma i to mnie bardzo cieszy. Pozdrowienia panowie!

Materiał wydany w digipacku przez Lower Silesian Stronghold. Numer katalowy LSS051. 






Odour of Death na Discogs:


sobota, 9 lipca 2016

Bon.

Siedemdziesiąt lat temu urodził się człowiek, który bardzo chciał być gwiazdą rock'n'rolla. Udało mu się. Człowiek, który pędził autostradą w jednym kierunku. Do piekła. Nie ukrywał tego. Dotarł tam za wcześnie, ale to też mu się udało. Siedzi pewnie teraz z butelką ulubionego Jacka Danielsa i śmieje się z nas wszystkich. Bo żył jak chciał. Nie szedł na kompromisy, nie kalkulował, po prostu żył. To dzisiaj zapomniane słowo a w szczególności jego znaczenie. To był facet, który nie ściemniał, facet, który walił prosto z mostu. I czy to się komuś podoba czy nie, był szczery wobec siebie.

Siedemdziesiąt lat temu urodził się człowiek, który był zagubiony. Samotny i niezrozumiany. Jego życie było pasmem imprez i zabawy ale to tylko była ucieczka. Ucieczka od rzeczywistości, która go przerażała. Muzyka, alkohol, imprezy i dziewczyny. Zapomnienie i odcięcie się. Było w nim coś bardzo, do cna, romantycznego. To nie był jego Świat, nie jego rzeczywistość. W tej skorupie szalonego rock'n'rollowca krył się wrażliwy człowiek. Zdolny do miłości, wzruszeń i uczuć. Człowiek, który wiedział, że jest postacią tragiczną, że jego życie to krótki wariacki sprint w jednym kierunku. Pomimo tego żył. Śpiewał i pisał.

I to jak pisał! Highway to hell, Ride on i dziesiątki innych utworów...Dzięki jego wrażliwości, dzięki temu chaosowi wewnętrznemu, możemy się nimi zachwycać do dziś.

Siedemdziesiąt lat temu urodził się wielki frontman i wokalista. Człowiek, który już w dzieciństwie miał plan. Będzie gwiazdą. Udało mu się dopiero pod koniec życia. Ale zrobił to. Jego tragiczna śmierć była i jest wielką stratą dla muzyki, ale czy tego chcemy czy nie – tylko umocniła legendę. Zagubionego, niezrozumianego dzieciaka w stroju groźnego rock'n'rollowca.

Dla mnie osobiście to największy wokalista jaki chodził po tej ziemi. Człowiek, który do dziś powoduje, że mam gęsią skórkę i palpiatacje serca. To jeden z tych ludzi, którzy ukształtowali mnie muzycznie i dali tysiące powodów do radości. Cholerny Australijczyk, który sprawił, że pokochałem rock'n'rolla.

Nigdy nie oceniałem i nie będę oceniał jego życia, tego jak się prowadził. To jego sprawa. Ważne, że żył tak jak chciał. I kiedyś, kto wie, może zobaczę go przy drodze z kciukiem w górze czekającego na okazję?

Dziękuję Bon.


Ride on!


Ronald Belford "Bon" Scott. 09.07.1946 - 19.02.1980. 


czwartek, 7 lipca 2016

Iron Maiden, czyli recenzje stworzone z komentarzy (część druga).

Na kilka tygodni przed polskim koncertem Iron Maiden, rozpocząłem na fejsbukowym fanpejdżu bloga, podróż przez twórczość Anglików. W komentarzach wyrażaliście zdanie o poszczególnych płytach. Dziś część druga podsumowania. Tutaj znajdziecie pierwszą. Kursywą moje krótkie opinie. 

Fear of the Dark (1992)

Album dobry aczkolwiek nierówny. Kilka genialnych kompozycji, kilka przeciętnych wypełniaczy. W mojej klasyfikacji druga piątka.
"Moja Ścisła czołówka. Świetnie numery, no i druga najlepsza okładka Ironow. Po prostu klasyk ;-)"
"Pamiętam premierę klipu do "Be Quick or be Dead" (w Headbangers Ball) - koparę miałem na podłodze. Po ukazaniu płyty dość długo się nią jarałem, teraz prawie w ogóle do niej nie wracam..."
"Album w zasadzie równy... może bez gniotów, ale z dużą ilością numerów przeciętnych"
"Znakomity materiał - pamiętam premierę klipu do Be Quick w MTV, leżałem zmasakrowany na podłodze. Uwielbiam do dziś ten album, moje 2 miejsce w ich dyskografii."
"Ten album to dla mnie legenda i mój "pierwszy raz" z Iron Maiden. I tak zrodziła się wielka miłość do ich muzyki i sympatia do zespołu. Przy "Affraid to shoot strangers" płaczę do dziś. Reszta utworów to klasyczny czysty heavy metal i genialne brzmienie..."

The X Factor (1995)


Pozwolicie, że dyplomatycznie przemilczę :)
"A ja lubię i chuj"
"Raz przesłuchałem, potem drugi raz i do zapomnienia. Płyta warta bardzo mało."
"Genialny album, ale niesamowicie niedoceniany. Moja pierwsza piątka Maidenów"
"10 x lepsza niż np no prayer czy virtual...mroczny maiden. Ja osobiście bardzo lubię i cenię"
"Jak mnie to cieszy że nie tylko ja doceniam płyty IM z Blaze'm na wokalu :). "Man on the edge" - imo urywa 4 litry. Miałam okazje słyszeć Blaze'a na żywo i utwierdzilo mnie to w sympatii do tego etapu twórczości IM. Inny timbre, skala, barwa głosu wokalisty, ale to nadal Ironi!"
"Wreszcie !! Od momentu kiedy poznałem ten album pokochałem go całkowicie :) Zawsze sądziłem, że większość opinii negatywnych pochodzi od ludzi, którzy nawet tego nie słyszeli. Po prostu - nie ma Dickinsona, tylko słabszy wokalnie Blaze to musi być gówno. Dziś już wiem, że przynajmniej częściowo - dobrze sądziłem. Ostatnio jednego znajomego przyłapałem na tym :) Puściłem mu kawałek i był zachwycony. Miał dziwną minę, kiedy mu powiedziałem, że to ten album, którego tak nienawidzi :) Podsumowując: Iron Maiden to wspaniały zespół, z całą masą wspaniałych płyt, ale ten uważam za najlepszy :) Fantastyczne kompozycje, genialne sola gitarowe i ten mroczny klimat!! A wokal?? wiadomo - to nie Bruce, ale co z tego ?? Blaze pasuje do tych kompozycji idealnie !!"
"Nuda, sign of the cross i tyle..."
"Zajebista, mroczna płyta. Oczywiście ciężko się przekonać, ale warto."
"Jeden z lepszych albumów Maiden."

 Virtual XI (1998)

W przeciwieństwie do poprzedniej ta płyta mi się podoba. Fajne wesołe numery i nawet Blaze mi tu nie przeszkadza. No i ten wspaniały Clansman! Trzecia piątka w mojej klasyfikacji.
"Jedna z dwoch najgorszych plyt Maiden, beznadziejne wokale kompletnie nie pasujace do bardzo slabej muzyki. Plyta do zaorania i zakopania. Dno."
"Świetna płyta. Mimo braku Bruce'a. Oczywiscie zeby ją docenic trzeba nie kierowac się uprzedzeniami, mieć sluch, wrażliwość muzyczną i ogarniać warstwę liryczną. Moja ścisla 5. Majestatyczny "Clansman", genialny "Don't look to the eyes of a stranger", beztroski w brzmieniu "The angel and the gambler", przebojowy "Futureal", czy "Lightning strikes Twice" w ktorym Blaze pokazuje mozliwosci wokalne. Tylko jedna kompozycja znacznie odbiega od charakteru płyty("Como estais..." autorstwa Blaze'a"). Uwielbiam sluchać na dluzszych trasach!"
"Kolejny genialny album!! Jak dla mnie jedynym minusem płyty są za długo powtarzane refreny w niektórych kawałkach. Najbardziej drażni to w "The angel and the gambler". Tak jak w przypadku poprzedniczki negatywne opinie w większości przypadków biorą się tylko i wyłącznie z uprzedzeń, bo nie ma Dickinsona, no i najważniejsze - "jak koledzy mówią, że to gówno to ja się nie będę ośmieszał". Nie mam pojęcia jak można mówić że to słaba muzyka. Na bank 99% kręcących nosem piała by z zachwytu gdyby śpiewał tu Bruce. Niestety nie ma go, tak więc "muzyka gówniana"... :) :) :) Moim faworytem jest zdecydowanie "Clansman", sola w tym utworze to mistrzostwo galaktyki, jeśli fan Maiden mówi mi, że to gówno mam wątpliwości, czy na pewno jest ich fanem..."
"Świetna płyta bez dwóch zdań ;) razem z "The X Factor" w mojej Maidenowej pierwszej piąteczce"
"Dobry album, zajebisty Clansman, Lightning czy Futureal. Tylko ten Come estatis amigo... Jak dla mnie najgorsze co Dziewice nagraly..."

 Brave New World (2000)

Wielki powrót Dickinsona. Wspaniałe, rozbudowane kompozycje bez słabych momentów. Moja pierwsza piątka.
"Ta płyta była skazana na sukces zanim wyszła z wiadomych powodów. I faktycznie (zwłaszcza w porównaniu z poprzednimi dwoma koszmarkami) dostaliśmy album ciekawy, z wieloma dobrymi kompozycjami. Jakby powrót Dickinsona dodał animuszu słabnącym zdolnościom kompozytorskim Harrisa. Wydawało się, że po Brave... Maiden wróci do formy z lat 80... Niestety, zmiana na lepsze była krótkotrwałą. Niemniej jednak - Brave New World to dobra płyta, która wytrzymała próbę czasu."
"Nieczęsto mi się to zdarza, ale napiszę: zgadzam się w 100% :)"
"Świetny album, jak dla mnie czołówka Ironów."

Dance of Death (2003)

Bardzo lubiany przeze mnie album. Świetne kompozycje i zachowana równowaga pomiędzy przebojowością i progresją. Po powrocie Dickinsona drugi album zaraz po BNW. Klasyfikacja ogólna - druga piątka.
"Szybkie sprowadzenie mnie na ziemię do dobrym BNW. W skrócie - nuda, nuda, nuda. Niby wszystko jest tak jak powinno, ale odegrane na "typowej majdenowej sztancy". Płyta oczywiście do posłuchania, żeby mieć pogląd na nią - i do zapomnienia."
"W czasie premiery mocno mnie zawiódł :/ Dziś bardziej doceniam ten album. Niestety są tu już pierwsze, poważne oznaki słabnięcia głosu Dickinsona, miejscami mocno mi to przeszkadza :/"
"Ta płyta powinna zostać nagrana podczas koncertu, ponieważ numery z niej o wiele lepiej prezentują się podczas wykonania live (jest tu nawet kilka perełek). Ale ogólnie to wieje nudą..."
"Dobra epka by z tego była. Za dużo wypełniaczy"
"Bardzo fajny album. Uwielbiam. A michałkiem tego albumu jest " Paschendale " i jego rewelacyjne wykonanie z trasy 2003 gdy Bruce latał przebrany za żołnierza. Do tego tytułowy, Rainmaker, No More Lies, Journeyman.. Uwielbiam :)"

A Matter of Life and Death (2006)

A Matter of Life and Death. Fajne szybkie dwa pierwsze numery. Potem momentami nudnawo i sporo dłużyzn. Dobry Longest day i For the greater good...Trzecia piątka dla mnie.
"Przyzwoita płyta, ale gdyby się nie ukazała muzyczny świat nic by nie ucierpiał"
"Podoba mi się brzmienie tej płyty, podobają mi się partie Nicka, sama muzyka też mi się podoba. Po poprzedniej wpadce całkiem przyjemny i do słuchania album."
"Po pierwszym odsłuchu byłem załamany, po czasie jednak album bardzo zyskał w moich oczach :) Niestety jest to zdecydowanie najsłabsza wokalnie płyta Dickinsona. Momentami nie jestem w stanie słuchać bez skrętu kiszek :/"

The Final Frontier (2010)

The Final Frontier. Najsłabsza po powrocie Dickinsona. Co nie znaczy, że nie ma tu dobrych kompozycji. Są, choćby The Alchemist czy Man who would be king. No i mój ulubiony Coming home! Trzecia piątka.
"Najgorsza plyta Maiden z Dickinsonem i jedna z dwoch najgorszych ogolnie. Harris mysli, ze progres to 10 min kawalki z powtarzanymi do znudzenia motywami, zmulonymi riffami - ogolnie potworna nuda. Myli sie i to bardzo."
"Płyta z JEDNYM dobrym (no dobra, swietnym) utworem, mówię o "Coming Home". O reszcie płyty przez szacunek dla zespołu nie napiszę nic :)"
"Płyta równie kiepska, jak okładka, chyba najgorsza w dorobku Iron Maiden. Jakbym chciał choć na siłę czegoś poszukać - i tak nic nie ratuje tego gniota..."
"Dla mnie najgorsza płyta Maiden, baaardzo mocno odstająca od pozostałych. Właściwie tylko utwór kończący album jest słuchalny, reszto to po prostu koszmar !!"

The Book of Souls (2015)

Długie oczekiwanie zakończone lekkim rozczarowaniem. Choć kilka zacnych utworów tu jest. Speed of light, Death or glory czy Empire of the clouds. Trzecia piątka.
"Znów lekka fala wznosząca, nie najgorszy album - gdyby wypieprzyć kilka dłużyzn, a przede wszystkim ostatniego na płycie kloca to byłaby całkiem słuchalna płyta."
"Bardzo miłe zaskoczenie, rzekłbym nawet że powiew świeżości. Płyta w zasadzie bez słabych momentów, ostatni utwór na płycie oczywiście genialny :P Odważę się napisać ze to najlepsza płyta Maiden od czasów siódmego syna"
"Oniemiałam kiedy uslyszałam "Empire...". To jest kompozycja dla koneserow muzyki, nie dla niedojrzalych amatorow łomotu. Instrumentalno-liryczny majstersztyk. Co prawda tonacja utworu przerasta aktualne mozliwosci wokalne Bruca. I to slychac. "Speed..", "the red..", "death..." czy "man of.." ktory jest tragiczną historią pewnej smiertelnej choroby. Krytykowanie ktorejkolwiek z plyt tych artystow to po prostu niedojrzalosc i nieporozumienie ( nota bene czekam na tworczosc krytykow! Chetnie ocenię!). Nie zrozumienie ze są rozne etapy w ich tworczosci. Kazda plytą cos wnoszą do muzyki. Mają cos do powiedzenia. Ale trzeba rozumiec ich teksty. Niektorych to widocznie przerasta. Maideni to z pewnoscią nie jest target dla sfrustrowanych antagonistow piękna i tresci. Lubie ogien. Uwielbiam. W roznych okolicznosciach. W muzyce tez. Ale Maideni nie nalezą do jednego z wielu zespolow ktorzy grają przecietne utwory muzyczne dla przecietnych ludzi. Tyle mam do napisania na zakonczenie tego cyklu. I z niecierpliwoscią czekam na niedzielę"
"Bardzo miła niespodzianka. Może ciut za długa, ale jednak świetna płyta :)"

Dobrnęliśmy do końca. Miejmy nadzieję, że Maiden uraczy nas jeszcze jakąś płytą. Dziękuję wszystkim, którzy wyrazili swoje opinie. Niedługo pewnie relacja z koncertu. Up the Irons!

środa, 6 lipca 2016

Iron Maiden, czyli recenzje stworzone z komentarzy (część pierwsza).

Na kilka tygodni przed polskim koncertem Iron Maiden, rozpocząłem na fejsbukowym fanpejdżu bloga, podróż przez twórczość Anglików. W komentarzach wyrażaliście swoje zdanie o poszczególnych płytach. Nadszedł czas zebrania wszystkiego do kupy. Dziś część pierwsza. Kursywą moje krótkie opinie. 



Iron Maiden (1980)

Dziś jedynka, którą bardzo cenię, pomimo braku Dickinsona. A może właśnie dlatego. Paul daje tej płycie punkowy i rock'n'rollowy smak :)
"Bardzo fajny album :)"
"Dla mnie ich pierwsze dwa są na podium ich całej dyskografii :-)" 


Killers (1981)

Jedna ze słabszych płyt w mojej prywatnej klasyfikacji. No i słychać na niej dobitnie, że ten zespół był już za duży dla Di'Anno.
"Najlepsza płyta Iron Maiden."
"Świetna płyta nie gorsza od poprzedniczki :-)"
"Ciekawa sprawa z tą różnicą gustów - dla mnie zdecydowany top. Ale pewnie nie bez znaczenia jest, ze to mój pierwszy 'świadomy' album, po którego odsłuchaniu wiedziałem, ze będę metalowcem :)"
"Dla mnie zdecydowanie jedna z najlepszych płyt IM, wszystko jest na niej perfekcyjne :)Lubię ją nawet bardziej od kolejnej i to nie jest żart ;) "

The Number of the Beast (1982)

Płyta przełomowa, wiadomo debiut Dickinsona. Ale też wspaniałe kompozycje takie jak Hallowed..., 22 Acacia... czy hiciory Run i Number. Dla mnie pierwsza piątka ich twórczości.
"Cóż- wyraźnie ustępuje Killers, Maiden stracił swój pazur"
"Dla mnie nawet pierwsza trójka, obok PoM i Powerslave"
"Dla mnie najlepsza :) nr 1"
"Dla mnie zdecydowanie jeden ze słabszych albumów IM z lat 80-tych, oczywiście są tu genialne kompozycje, ale jako całość mnie nie porywa :/ Kolejne dwa albumy nagrane z Dickinsonem są o niebo lepsze." 

Piece of Mind (1983)

Tu pewnie mocno się narażę, ale dla mnie to Maidenowa druga piątka. Wiem jak kochany i oceniany jest ten album ale do mnie nigdy nie mógł w pełni trafić. Wyróżniam To Tame a Land i Troopera. A Eddie w mundurze brytyjskiego kawalerzysty to mistrzostwo!
"Płyta lepsza od poprzedniczki praktycznie w każdym calu. Jak dla mnie 3 miejsce w dyskografii IM."
"Jedna ze słabszych. gdyby nie trooper, jeden z najlepszych kawałków IM to prawie że pomijalna"
"Przy otwieraczu zawsze mam ciary."
"Kapitalna strona A i strona B z masą wypełniaczy. Lepsza od poprzedniczki, ale słabsza od dwóch kolejnych"
"Ilekroć jej słuchałem, czy dawniej na kasecie czy teraz to było "no dobra..., dobra, o the trooper , no to jeszcze parę razy puścimy troopera, a potem nudy i często zasypiałem. przy pierwszej czy somewhere nie zdarzyło mi się zasnąć"
"Zdecydowanie nr 1 . nie wiem czemu...pewnie z sentymentu, bo to pierwsze co usłyszałem maidenów,jeszcze na "oryginalnej"kasecie, jakie swego czasu sprzedawano w hurtowni ;)" 

Powerslave (1984)

Teoretycznie zbiór nie do końca pasujących do siebie utworów. W praktyce wspaniały album na którym nie ma ani jednego słabego numeru. No i ten epicki Rime of the Ancient Mariner! Bardzo mocne szóste miejsce.
"Płyta z kapitalnym początkiem i rewelacyjnym końcem, w środku bywa różnie ;) ale to i tak jedna z moich ulubionych płyt Iron Maiden"
"U mnie ma 3 miejsce na podium"  
"Mój nr jeden jeśli chodzi o lata 80-te, kapitalny krążek"  
"Jak byłem dzieciakiem to przyuważyłem tą płytę w nieistniejącym już olsztyńskim empiku, który mieścił się przy ratuszu. Do metalu było mi jeszcze wtedy daleko ale okładka mnie mocno zaintrygowała i wryła się w pamięć. Dziś jest w moim Maidenowym Top 3 ;)" 

Somewhere in Time (1986)

Dla mnie najlepsza płyta IM. Nie ma tu ani sekundy nudy. Do tego najlepsza okładka, świetne teksty. Jednym słowem perfekcja.
"Tutaj się zgadzamy"  
"Dokładnie! muzyka, okładka, teksty. ciekawe czy bedzie ktoś kto będzie miał o niej zdanie jak ja o piece of mind"
"Płyta na której jest najmniej wypełniaczy z wszystkich albumów Maiden. Bezdyskusyjnie nr 1 w ich dyskografii."
"Made my life... 

Najlepsza płyta świata. "Wasted years" jest moim prywatnym hymnem. Nie umniejszając reszcie utworów jak "Deja vu" czy "The lonliness of a long distance runner"...."

"Pierwszy Maiden jaki usłyszałem (zaraz po premierze, wtedy jeszcze nawet nie słuchałem metalu, więc mi się nie spodobał, ale sentyment pozostał), i ta okładka w którą mogę się wpatrywać godzinami... kocham bezgranicznie"
"A dla mnie ta płyta jest bardzo nierówna. Ma kilka wprost fantastycznych kawałków, ale niestety jako całość mnie nie przekonuje. Najbardziej irytowało mnie zawsze zbyt duże nagromadzenie wysokich zaśpiewów Dickinsona na tym albumie, tak już mam, że tego nie lubię :)" 

Seventh Son of a Seventh Son (1988)

Seventh Son of a Seventh Son. Wspaniały koncept album. Bez słabego utworu. Drugie miejsce choć są dni, gdy wrzucam go na pierwsze ;)
"Nie przekonuje mnie ta płyta - pomiiając fakt, że na niej jest najbardziej beznadziejny kawałek IM z Brucem, to jeszcze fatalne brzmienie i plastikowe klawiszki casio dopełniają całości. A szkoda, bo same kompozycje nie są złe."
"Kapitalna płyta, ale... Can I play with Madness do zaorania.

Utwór tytułowy miażdży"

"Dla mnie chyba najsłabsze co nagrali ... klawisze, brzmienie...jakoś tak plastikowo..."
"Zgadzam się w całości z Przyszłość przeszłości!!! Genialna płyta, oscylująca w pierwszej trójce IMO. Ja rozumiem, że można mieć zły dzień, wstać lewą nogą, nie wyspać się, zapomnieć tabletki na dobry nastrój, ale krytykowanie tej płyty to dla mnie bluźnierstwo. Urywające cztery litery The Clairvoyant, The Evil that Man do, Can I Play with Madness mówią same za siebie."
"Bardzo dobry album. Kompozycyjnie perfekcyjny !! Na pewno płyta zyskałaby gdyby brzmienie było mocniejsze. Jak dla mnie jest zdecydowanie za lekko :/ Przyznam, że trochę meczy mnie też miejscami (tak jak na poprzedniczce) wokal Dickinsona, na szczęście na następnym krążku zaczął śpiewać bardziej zadziornie, z chrypką, co mi bardziej odpowiada :)"

No Prayer for the Dying (1990)

I mam problem. Fajna wesoła płyta ze skocznymi numerami typu Hooks in you czy Holy smoke ale po przesłuchaniu nic w pamięć nie zapada. Wyróżniam Bring your daughter....podsumowując u mnie trzecia piątka.
"Pierwsza płyta IM, które słuchałem już jako świadomy fan metalu (nagrana w całości z radio - tuż po premierze). I lubię ja - Bridge You Daughter..., monumentalny Mother Russia i cudowny tytułowy. Dobra płyta."
"Zdecydowanie pierwsza trójka w moim notowaniu :)Po prostu kocham ten album :) Świetne kompozycje, dużo świeżości w solówkach (za sprawą nowego gitarowego), no i wokal Dickinsona, który zaczął fajnie chrypieć :) Większość fanów narzeka na brzmienie a dla mnie jest ono wprost idealne do tych kompozycji :)"
"Dobra, rzetelna płyta. Bez fajerwerków ale parę numerów jest extra, choćby otwierający Tailgunner, Hholy smoke czy Bring your daughter"
"Pamiętam premierę i... ogromne rozczarowanie towarzyszące pierwszym odsłuchom. Długo nie mogłem się do tej płyty przekonać, i chyba nigdy jej nie pokocham (chociaż jeszcze rok temu marzyłem żeby Maiden osiągnął znów przynajmniej taki poziom)"
"Mówiąc krótko: najsłabsza z tych najlepszych" 

Ciąg dalszy nastąpi. Up the Irons!