wtorek, 28 czerwca 2016

Dawnych sztormów moc, czyli celebryta kiedyś.

Nie planowałem tego. Szczerze powiem, że nawet w najbardziej wybujałej fantazji nie potrafiłem sobie wyobrazić, że taki tekst powstanie. Chyba łatwiej byłoby wyimaginować sobie prywatną audiencję u papieża. Ale jednak dzieje się to, właściwie stało, na Waszych oczach. To co za chwilę przeczytacie, może niektórymi wstrząsnąć a zatwardziałych fanów poirytować, dlatego jeśli kochacie bezgranicznie Behemoth, dalej nie czytajcie. Tak, nie pomyliłem się – ten tekst będzie o zespole Nergala.
Jakiś czas temu, przy okazji tekstu o Czarnych Zastępach (tutaj) pisałem, że nie prędko doczekacie się gdy znowu pochwalę Behemoth (tam biłem pokłony za wspaniały cover Ostatniego Taboru). Okazało się, że długo czekać nie trzeba było, bo kilka słów pozytywnych się tu znajdzie. Zanim jednak do tego dojdzie, muszę sobie ponarzekać i wyjaśnić Wam mój stosunek do zespołu, który jest w tej chwili wielką gwiazdą. Musze to wszystko z siebie wyrzucić i mieć wreszcie spokój.
Dawno, dawno temu, gdy symbolem zajebistości był wymalowany ryj i jak największy odwrócony krzyż, słuchałem polskiej hordy Behemoth. Panowie spełniali wszelkie wymogi bycia bardzo złymi, ich muzyka również. Byli w awangardzie rodzimej wojny z pozerstwem i chrześcijaństwem. Byli nawet w dobrej komitywie z Robem Darkenem! Co to były za czasy! Nergal biegał po lesie a nie po studiach telewizyjnych a muzyka była dostępna tylko dla wtajemniczonych a nie dla każdej piętnastolatki w Tesco. Groźni wojownicy do sesji zdjęciowych zakładali tony skór i ćwieków a nie futerka, wywiadów udzielali podziemnym zinom a nie kobiecym magazynom. To były czasy mroku i walki, brudnej produkcji i nienawiści. Były. Do czasu albumu Satanica na okładce której Nergalowi na czole wyrósł róg, no chyba że to lód, którym dostał w rzeczone czoło. Popularność rosła, kasa zaczęła płynąć i wszelkie ideały trafił szlag. Ten sam szlag za jednym zamachem trafił też całą moją sympatię dla Behemotha. Nazwijcie mnie staroświeckim prawdziwkiem, ale kiedy chodzi o black metal, to dla mnie nie ma kompromisów. Albo go grasz i godzisz się z tym, że mega gwiazdą nie będziesz, albo nie graj go w ogóle. Tym, którzy zapytają – a co z Norwegią? Przecież też poszli w komercję. Fakt, poszli. Dlatego z nimi też wziąłem rozbrat. A były to tuzy takie jak Satyricon, Dimmu Borgir, Enslaved czy Immortal. Tym bardziej z Behemoth było łatwiej, bo nigdy nie był to zespół bardzo wyróżniający się muzycznie. Zgoda, trzymali solidny poziom ale reszta to pijar. Nergal to zdolny biznesmen, dobrze wyczuwający kierunek wiatru i zmiany w szeroko pojętym metalu. Traktuje swój zespół jako przedsiębiorstwo a to dla mnie jest nie do zaakceptowania pod żadną szerokością geograficzną i pod żadną postacią. Nasz rozwód nikomu nie zaszkodził – Behemoth nadal ma tysiące innych fanów (ach te wszystkie lajki na jutub!) a ja każdego ranka mogę spojrzeć w lustro. Tylko czy Nergal może?

Dobra, ponarzekałem. Teraz będzie miło. W momencie pożegnania z Behemothem pozbyłem się wszelkich wydawnictw tego zespołu. Przez lata kompletnie mi to nie przeszkadzało. Jakiś czas temu podczas wizyty w Olsztynie, u mojej lubej, byliśmy w Empiku. Zauważyłem tam na półce dwie pierwsze płyty. Pomyślałem – a czemu nie, w końcu kiedyś się nimi jarałem, poza tym, to dobre albumy z dobrych czasów. Marta kupiła je w moim imieniu (wiecie, byłem w koszulce jakiegoś Nie Tak Bardzo Złego Zespołu i nie chciałem psuć Nergalowi opinii...albo to ja sobie nie chciałem psuć reputacji?) i wróciły ze mną do Warszawy. Trochę poleżały aż wreszcie nadszedł wiekopomny moment – po prawie 20 latach w moim odtwarzaczu zagościł album Behemoth - „Sventevith (Storming Near the Baltic)” wydany w 1995 roku. Nie wiem ilu dzisiejszych wielkich fanów zespołu go zna, wiem jednak, że powinni. W tamtych latach to była naprawdę duża rzecz. Rodzima scena nie obfitowała w dużą ilość pełnowymiarowych wydawnictw na takim poziomie. Surowy, klasyczny black metal, przyprawiony dawką akustyczno – klawiszową. Wszystko się tam zgadzało – teksty, zdjęcia, wspaniała okładka, groźby pod adresem pozerstwa, pseudonimy no i oczywiście muzyka. Z ręką na sercu stwierdzam, że jest to naprawdę dobra, godna polecenia pozycja, z którą nie tylko fani zespołu powinni się zapoznać. Jest to bez wątpienia album, który bardzo dużo wniósł do rozwoju rodzimej sceny BM. I tym pozytywnym akcentem zakończę. Jestem pewien, że tym razem prędko kolejnego tekstu o Behemoth się nie doczekacie. Tak jak mój odtwarzacz ich albumu. 
Posiadam wydanie Metal Mind Records, wznowienie z 2005 roku. Numer katalogowy MMP CD 0167. 




Sventevith na Discogs:

niedziela, 26 czerwca 2016

Zwariowany Świat, czyli lata młodości.

Niedawno pisałem o objawieniu, jakiego doznałem pod koniec magicznych lat osiemdziesiątych za sprawą nieśmiertelnego hitu „The Final Countdown” (o tym tutaj). To był impuls by porzucić dotychczasowych idoli i szukać nowych. W tamtych czasach szukanie proste nie było – brak Internetu, koledzy rówieśnicy też dopiero wchodzili w te klimaty. Nie do końca niestety pamiętam jakim cudem odkryłem Scorpions. Inaczej – jak ich poznałem, bo bardzo możliwe, że odkrył ich któryś z kolegów. Mniejsza o detale, pamiętam, że wszedłem w posiadanie pirackiej kasety „Crazy World” i choć okładka jest jasna, ta nieodparcie kojarzy mi się z ciemnym fioletem (pirackie wydania bywały dziwne). Scorpions wydali tę płytę w 1990 roku, więc mniej więcej wiemy, w jakim okresie czasowym się znajdujemy (wierzcie mi, czasami sam się w tym gubię – pamięć już nie ta). Miałem jeszcze jakieś dwa lata do poznania „Master of Puppets” (a stało się to tak), które wypełnione były hard rockiem. Wiecie, niezobowiązujący seks, narkotyki, alkohol i imprezy do rana ;) A tak poważnie, to słuchałem, słuchałem i słuchałem. Scorpions byli wtedy najważniejsi, jednak tylko do momentu poznania AC/DC. „Crazy World” jest jednak płytą, którą pamiętam najlepiej z tamtego okresu. Kiedy próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie dlaczego tak jest, znajduje tylko jedno wyjaśnienie – bo jest doskonała! Dyskografia zespołu jest bardzo bogata ale to chyba jedyny ich album na którym podoba mi się każdy utwór. Nawet ten zgrany do granic możliwości „Wind of change”. Pamiętam wrażenie jakie zrobił na mnie otwierający płytę „Tease me, please me”, szaleństwo przy „Kicks after six” czy „Restless nights”. Do tego świetne hard rockowe „Lust or love” czy „Hit between the eyes” no i ballady – “Send me an angel” I wspomniany już “Wind…”. Dla gówniarza, który właśnie poznawał możliwości gitar i perkusji (ten gówniarz, tylko trochę starszy poznaje je do dziś) ta płyta była jak biblia. Tyle się tam działo!
Po wielu, wielu latach, podczas jednej z wizyt w Empiku, zobaczyłem tę płytę na półce. Kupiłem. Wracałem do domu lekko podniecony ale też troszkę przestraszony. Nie wiedziałem jak zareaguję, czy nadal to będzie takie dobre. Czy nie zepsuję sobie wspomnień i sentymentu. Wróciłem, odpaliłem i pierwsze dźwięki „Tease me…” rozwiały wszelkie wątpliwości. Uśmiech od ucha do ucha, nóżka sama zaczyna tupać a w oku kręci się łza. Dla takich momentów warto żyć!
Posiadam wydanie Mercury Records, numer katalogowy 846 908-2.





Crazy World na Discogs:

środa, 22 czerwca 2016

Księżyca zew, czyli osiem hymnów.

„To coś jest we mnie. W każdej komórce, w każdym mięśniu, każdym calu mojego nietrwałego, ludzkiego ciała. Bronię się, od dawna. Toczę walkę sam ze sobą, w sobie. Nie wiem czy z zewnątrz to widać, ale w środku jakby bataliony rozszalałe nacierały na siebie. To jest tak mocne, tak pierwotne! Dzikie i groźne, choć pozornie przyjemne. Dla idiotów władających piórem, bywa to romantyczne i warte zniszczenia stert papieru. Romantyczne! Przecież to ból. Ból walki, istnienia, ból tysiąca ran rozdzieranych przez kły i pazury bestii. Człowiek tego długo znieść nie jest w stanie. I ja wiem, że się poddam, że ciemna strona weźmie górę. Wewnętrzna bitwa wciąż trwa ale sztandary zwycięzcy coraz wyraźniejsze. Jednak jeszcze nie tej nocy. Nie tej pełni. Jutro wstanę i będę chodził na dwóch nogach, dumny, ludzki. Gdy jednak widzę jego światło, w bezchmurne noce, chcę krzyczeć. Skamleć. Drzeć się. Wyć!

To coś jest niedaleko. Czuję to. Co noc silniejsze, a gdy oko kosmosu płonie mocno, silne jak ja sam, jak mój instynkt. Z tych ludzkich siedzib wyraźnie czuję zew. On nadejdzie. Jeszcze walczy, jeszcze się broni. Ale już niedługo, dołączy tu do nas, szarych strażników lasu. On wie, że czekamy. Nasze tropy poprowadzą go głęboko w puszczę, do miejsc, w których człowiecza noga nie stała nigdy wcześniej. Ale on też już nie będzie człowiekiem i jego ślad nie będzie już taki sam.”

Ulver – zespół instytucja, powołany do życia przez Garma (Kristoffer Rygg) na początku lat dziewięćdziesiątych w Oslo. Jego nazwa, w języku norweskim, oznacza „wilki”. Właśnie tym zwierzętom, oraz naturze wilka w człowieku poświęcony jest trzeci album o tytule „Nattens Madrigal – Aate Hymne til Ulven i Manden” (ang. The Madrigal of Night – Eight Hymnes to the Wolf in Man) czyli Madrygał Nocy – Osiem Hymnów do Wilka w Człowieku. To ostatni album z tzw. Trylogii Black Metalowej, którą Ulver pokazał jaki ma potencjał. Debiut – piękny, klimatyczny, klasyczny black metal z dużą ilością elementów akustycznych. Drugi album - „Kveldssanger” - w całości akustyczny, z czystymi wokalami. No i trójka, pokaz siły i brutalności. „Nattens Madrigal...” to potężna dawka brudu i agresji, album będący tak bardzo black metalowy jak tylko można. Nie ma tu żadnych taryf ulgowych, żadnych upiększeń. Jest noc, mrok, piwnica i wielki groźny wilk. Jest krzyk, przesterowane gitary, perkusja siekąca jak karabin maszynowy. Wszystko to podane w tak brudnym brzmieniu jakby nagrywane było w zatęchłym grobie z piętnastego wieku. Jest to zresztą temat plotek, bo jedna z nich głosi, że muzycy pieniądze, które dostali na studio, wydali na garnitury i inne dobra a materiał nagrali jak najtaniej i stąd kiepskie brzmienie. Garm wszystkiemu zaprzecza i twierdzi, że zabieg był celowy i osiągnięty w dobrym studio. Kompletnie jednak mnie to nie obchodzi, bo efekt końcowy jest powalający. Esencja black metalu i płyta wzorzec gatunku. Powinni ją trzymać w Sevres pod Paryżem a kopię powinna posiadać każda szkolna biblioteka. W tekstach, napisanych po norwesku przez Garma a przetłumaczonych na staroduński (we wkładce jest też tłumaczenie na staroangielski) została poruszona historia człowieka, który powoli staje się wilkołakiem. Każdy utwór porusza inny etap, bądź aspekt przemiany. Do tego świetne zdjęcia członków zespołu i mamy genialną całość. Album spełniony i dopracowany w każdym szczególe. Czterdzieści trzy minuty czystej przyjemności. Przepraszam, czystego zła. 
Teksty i zdjęcia muzyków:



Wydanie z 2003 roku. Avantgarde Music, numer katalogowy AV070.





Nattens Madrigal na Discogs:

niedziela, 19 czerwca 2016

Końcowe Odliczanie, czyli początek wszystkiego.

Dziś sobie znowu powspominamy. Już na wstępie pragnę ostrzec co bardziej ortodoksyjnych i zatwardziałych metalowców – tekst zawiera treści drastyczne i takie, które mogą spowodować zawał lub niekontrolowany napad szału. Czytacie na własną odpowiedzialność.


Pewnie ciężko to sobie wyobrazić, ale pierwszymi bohaterami mojej młodości nie był ani Slayer, ani Deicide ani nawet AC/DC. Nawet mi, po tylu latach słuchania metalu, ciężko to sobie uświadomić. Ale taka jest prawda i się jej nie wstydzę. Pod koniec lat osiemdziesiątych, moimi idolami byli wykonawcy tacy jak Jason Donovan, Sandra i Shakin Stevens. Pierwsza dwójka to najzwyklejszy pop, ale Shakin miał mocne inklinacje rock'n'rollowe a to już prawie tak jakbym wtedy słuchał Motorhead. Prawie. Tak, wiem, robi różnicę. Pamiętam, że posiadałem walkmena, kilka kaset wyżej wymienionych bogów muzyki, czarną deskorolkę i czułem się królem Świata. Nie pamiętam, kogo z tej trójki lubiłem najbardziej, choć patrząc na samą aparycję, to pewnie Sandrę ;) Nie ma to jednak większego znaczenia, bo w pewnym momencie tego królewskiego życia usłyszałem coś, co odmieniło moją egzystencję. Hitem w radio stał się wtedy utwór szwedzkiego Europe. Co najlepsze, ten numer nadal jest hitem radiowym. Mowa oczywiście o „The Final Countdown”. Najbardziej znany utwór tego zespołu, największy hit a zarazem największe przekleństwo. Ale o tym za chwilę. Usłyszałem go i to był ten moment kiedy uświadomiłem sobie, że gitara to zajebisty instrument. Że rock'n'roll Shakina to przy tym jak kołysanka śpiewana przez babcię a zawodzenie Sandry o Hiroshimie jak pieśń żałobna na dziewiętnastowiecznym pogrzebie. No i się zaczęło...Krótko potem pojawili się Scorpions i AC/DC. A potem to już poszło z górki...


Styl i szyk czyli Europe w 1988 roku

Europe. Zespół niegdyś wielki, zapełniający stadiony, jeżdżący na wielkie trasy koncertowe po całym Świecie. Przepustką do tego wszystkiego była wydana w 1986 roku płyta „The Final Countdown”, której tytułowy utwór stał się mega hitem. Wywindował zespół na najwyższy poziom, zarazem jednak stał się przyczyną problemów. To kawałek prosty, chwytliwy, taki do nucenia przez każdego. Praktycznie wszyscy go znają, niezależnie od tego czego słuchają na co dzień. I to właśnie ta jego chwytliwość, podchwycona przez stacje radiowe całego Świata, stała się przekleństwem. Ludzie kojarzą ich tylko i wyłącznie z tym numerem, co jest wielką krzywdą dla zespołu, bo nagrał sporo lepszych rzeczy. Płyty takie jak „Out of this World” czy „Prisoners in Paradise” to solidne hard rockowe granie, że już nie wspomnę o „Wings of Tomorrow”, który poprzedzał „The Final Countdown”. Pewnie, można się naśmiewać z tapirowanych fryzur, romantycznych ballad czy wręcz pościelówek ale tak się wtedy grało rocka. To, poniekąd, był czar i urok lat osiemdziesiątych. Piszczące dziewczyny, gołe klaty i podarte obcisłe gacie. Pełne stadiony. Wielkie trasy koncertowe, morze alkoholu i status mega gwiazdy w każdym zakątku globu. Miało to swój urok. Blask Europe w pewnym momencie zgasł, ale panowie nadal grają, wydają płyty i choć nie jest to już tak dobre jak kiedyś, chwała im za to. Dla mnie Europe zawsze będzie zajmował specjalne miejsce w sercu. Do tej pory słysząc „The Final Countdown” (dziękuję polskim stacjom radiowym!) uśmiecham się pod nosem i oczywiście sobie nucę. Bo jak tego nie nucić?  

Posiadam wznowienie z 2001 roku. Epic Records, numer katalogowy 504492 2. 







The Final Countdown na Discogs:

piątek, 17 czerwca 2016

Kosmiczne klucze, czyli moc klawiszy.

„To jest moje władztwo. Tu, na północy ludzkości. Wśród tych cichych wzgórz, zapomnianych jezior i mglistych, szarych lasów, roztaczam swoje panowanie. Tu wszystko jest napiętnowane mną a ja jestem częścią wszystkiego. Unoszę się nad zmarzniętą ziemią, płynę wraz z północnym wiatrem i wdzieram się do starych domostw. Jestem siłą kreacji i duchem zniszczenia. Wszystkie istoty są mi posłuszne, tak jak ja jestem posłuszny Jemu. Nigdy, słysząc Jego głos, nie miałem wątpliwości. Nie czułem strachu, tak jak nie czują ci, w których żyję. Wiecznie będę trwał w tej krainie, nad nią i pod jej korzeniami, bo wiecznie będzie trwał On. Jestem Jego czarnym namiestnikiem, posłańcem, oddechem i wzrokiem. Czasami, płynąc nad jeziorami północy widzę swe mgliste odbicie w krystalicznie czystej tafli. Czasami słyszę echo swego głosu błąkające się pomiędzy stromymi zboczami fiordów. Czasami, błądząc wśród niekończących się lasów czuję swój zapach, przenikający korę i igliwie, mech i liście. Ale to nie mój głos i nie mój zapach. To nie siebie widzę w lustrze wody. Ja, choć potężny i nieskończony, jestem tylko ułamkiem mocy Jego. I choć ta kraina jest moim władztwem, mną się żywi, ze mnie się zrodziła i we mnie umrze, nie jest moja. Należy do Niego. Jam tylko Czarnym Czarnoksiężnikiem, jakich On ma wielu.”
Tekst, który właśnie przeczytaliście to moje spojrzenie na warstwę liryczną „I am the black wizards” od drugiej strony. Z pozycji sługi, czarnoksiężnika. „In the Nightside Eclipse” posiada wspaniałe teksty a ten jest jednym z najlepszych. Trudno było się oprzeć pokusie zmierzenia się z twórczością Mortiisa. Mam nadzieję, że wybaczycie. Emperor i ich debiut to przykład na to, że teksty zespołu black metalowego nie muszą zawierać w co drugim wersie słowa „Szatan”. Mogą być wizją, snem, czymś co możemy tylko stworzyć w wyobraźni, przelać na papier i zgasić w sobie jak świecę. Zarazem jednak, pomimo swego eterycznego charakteru mogą stać twardo na ziemi, mówić o nienazwanym władcy i być bardzo niepokojącymi. Dosłowności nie zawsze dają zamierzony efekt. „In the Nightside Eclipse” to w większości liryki Ihsahna i Samotha, ale dwie stworzył jeszcze Mortiis. O ile muzyka tego pana (mam na myśli jego karierę solową) to dla mnie kosmos tak odległy, że nawet wyobraźnia nie pomaga, to teksty są wspaniałe. Oczywiście, siła tej płyty to nie tylko wartość liryczna. Muzyka jest potężna i podniosła ale potrafi też być dzika. Pierwszy raz tak wspaniale i na taką skalę zostały użyte klawisze, budujące tak naprawdę fundamenty utworów. Bez nich, nie byłoby tego mrocznego zamku. Jakiś czas potem granie z klawiszami stało się bardzo popularne i wiele zespołów określało się mianem symfonicznego black metalu. Jeśli ktokolwiek na takie miano zasłużył, to tylko Emperor i tylko na tym albumie. Konkurencja wygląda przy nich jak marne weselne zespoły disco polo, które właśnie odkryły, że na „parapecie” można grać. Wraz z tą płytą, norweski black metal, ba – gatunek jako całość, zyskał nowy wymiar, nową głębię i nowych herosów. Działo się to wszystko w czasach, gdy po norweskiej ziemi chodziło wielu czarnoksiężników, ale nie było żadnego Cesarza. Ta płyta to zmieniła.  
Emperor - In the Nightside Eclipse. Wydanie z 1998 roku. Jest to wznowienie, z dwoma bonusowymi utworami. Oba to covery - "A fine day to die" Bathory i "Gypsy" Mercyful Fate. Oba wykonane po mistrzowsku. Candlelight Records, numer katalogowy Candle030CD. 





In the Nightside Eclipse na Discogs:

środa, 15 czerwca 2016

Good morning Vietnam, czyli skaczemy na minach!

„Kolejny patrol. Znowu leje. Już szósty dzień. Szlag by to trafił, co za parszywy kraj. Błoto jest wszędzie. Brniemy w nim po kostki, przemoczeni, brudni. Pająki, węże i inne jadowite cholerstwa, których nazw nawet nie znamy. Co za parszywy kraj! Okolica wydaje się spokojna, ale w każdej chwili zza drzewa może wyskoczyć żółtek. Oni są wszędzie. Nawet pod ziemią. Czujemy się tu jak Mięso Armatnie. Okolica wydaje się spokojna, nawet nasz wywiad twierdzi, że dziś powinno być cicho. Ale co oni wiedzą! Kilka dni temu weszliśmy do pobliskiej wioski. Też miało być spokojnie, bo wg tych mądrali wioska nie sprzyjała Vietcongowi. A jednak. Kilku wieśniaków zaczęło uciekać na nasz widok. Kilku innych sięgnęło po kałasznikowy. Otworzyliśmy ogień. Padali jak muchy. Strzelaliśmy bez opamiętania, nasze M-16 były już gorące do czerwoności. Wybiliśmy wszystkich, matki, dzieci, starców. W chwilach takich jak ta nikt nie myśli o litości dla nikogo. Tu nawet mała dziewczynka może podejść do Ciebie z koszykiem owoców w którym jest granat. Tu wojna jest w każdym i wszędzie. Tu Ja Jestem Wojną a mój karabin jej głosem. Już mieliśmy wracać, gdy z pobliskich wzgórz zaczęły padać strzały. Cholerny Charlie! Ktoś zdołał zbiec i wezwać swoich na pomoc. Szybka łączność i w naszym kierunku lecą myśliwce szturmowe. Podajemy koordynaty i po chwili wzgórza zamieniają się w kulę ognia. Napalm o poranku. Zapach zwycięstwa! Wracamy. Nikt nic nie mówi, bo i o czym tu mówić. W tej zapomnianej przez Boga krainie takie obrazki to codzienność. Ktoś powiedziałby że to Ludobójstwo. Pieprzyć jego i wszystkich pacyfistów! Albo my albo żółtki. Nie ma innej opcji, remis nie wchodzi w grę. Nagle wybuch na czele naszej kolumny. Mina. Pieprzona, prymitywna, ruska mina. Kolejny kolega został Skoczkiem. W najlepszym wypadku straci nogę, w najgorszym wróci do domu w metalowym pudle. Tamtego dnia udało nam się jednak dotrzeć do bazy bez kolejnych strat. Czy dziś też się uda? Ile jeszcze tego piekła? Kiedy wreszcie wrócimy do domu? Gdzieś w oddali słychać śmigłowce, odgłosy strzałów. Szlag trafił spokojny dzień!”

Sodom

Nie od dziś wiadomo, że lider niemieckiego Sodom, Tom Angelripper, ma bzika na punkcie wojny w Wietnamie. Na każdym albumie tego kultowego zespołu było choć nawiązanie do konfliktu z lat siedemdziesiątych. Aż ukazała się płyta „M-16”. To album koncepcyjny, w całości poświęcony „rock'n'rollowej wojnie”. Tytuł, okładka, teksty, zdjęcia – Wietnam, Wietnam, Wietnam. Dla mnie to wspaniała sprawa, bo w rankingu moich „ulubionych” wojen, ta w Wietnamie zajmuje pierwsze miejsce. Śmigłowce, muzyka, papierosy na hełmach i zapalniczki Zippo. To było to, co zbudowało we mnie tę fajną, romantyczną wizję tego konfliktu. Potem zacząłem o niej czytać, oglądać filmy (te fabularne i te dokumentalne) i trochę tego romantyzmu ubyło, ale nadal widząc sceny nalotu kawalerii powietrznej w Czasie Apokalipsy, gęba mi się śmieje. No i ten zapach napalmu o poranku! Oczywiście, w rzeczywistości to było piekło. Dżungla, wszędzie wróg – czy to dziwka w Sajgonie, mała dziewczynka w wiosce czy żołnierze Vietcongu. Błoto, deszcz, wilgotność, upały, pająki, węże, robactwo. Zmęczenie, brud, parszywe jedzenie, ciągły strach. W końcu, jakbym na to nie patrzył i próbował to w sobie ukryć – była to wojna. A to nic fajnego. Sodom na „M-16” przedstawił wiele jej aspektów, polecam poczytać teksty. Muzycznie to wspaniały thrash metal, pełen mocy i agresji (Cannon fodder!) ale też melodyjnych riffów i spokojniejszych temp (Marines, Napalm in the morning). Dla mnie jedna z najlepszych płyt Sodom a ponieważ teksty zawsze odgrywały dla mnie bardzo ważną rolę – kto wie, może i najlepsza?
Posiadam bardzo ładne wydanie w digipacku – tu rolę okładki pełni kamuflaż. Jest to limitowana edycja, 2001 rok. Steamhammer, numer katalogowy SPV 087-72440.




  
M-16 na Discogs:

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Future of the Past, czyli Przyszłość Przeszłości.

Kiedy kilka miesięcy temu podjąłem decyzję o rozpoczęciu kariery pisarskiej, długo myślałem nad nazwą bloga. Wiedziałem jaki będzie jego profil i jaka specyfika. Wiedziałem, co chcę przekazać i o czym pisać. Problem miałem z nazwą. Ze mną to już tak jest, że pisanie idzie mi gładko, jednak tytułowanie już nie bardzo. Do tej pory nie mogę wydusić z siebie „proszę księdza”. Myślałem więc i myślałem, aż nagle zdałem sobie sprawę, że ktoś już wymyślił idealną nazwę dla treści, które się tu znajdą. Dwadzieścia lat temu ukazał się album olsztyńskiego zespołu, w całości zapełniony coverami. Nie wiem kto wymyślił nazwę, może też skorzystał z czyjegoś pomysłu, wiem jednak, że bardzo mi pomógł. Album nosi nazwę „Future of the Past”, czyli właśnie „Przyszłość przeszłości”. Vader, bo o nim mowa, składa tam hołd swoim inspiracjom muzycznym. Dla mnie perfekcja, bo ja tym blogiem robię dokładnie to samo – składam hołd moim bogom z czasów młodości. Chcę ocalić ich dzieła od zapomnienia i przybliżyć je młodszym rocznikom. Wiem, wiem, brzmi to trochę naiwnie, bo przecież te płyty wciąż są obecne w świadomości nowych pokoleń metalowców, ale jako bezgraniczny miłośnik starszych dźwięków, zrobię wszystko by ten stan rzeczy nie uległ zmianie. A jeśli ktoś młodszy pozna dzięki niemu jakąś klasyczną płytę, o której wcześnie nie słyszał, to tym lepiej. 


Vader, skład z czasów Future of the Past

Vader, a konkretnie Peter, też pewnie miał podobną motywację, by nagrać taki a nie inny album. Nie będę się tu oczywiście porównywał do płyty, bo z moim pisaniem za cienki jestem w gaciach i gdzie mi tam do Vader'owego grania. Nie zmienia to faktu, że cel, pomimo różnych metod, jest ten sam. „Future of the Past” ukazał się w 1996 roku i zawierał covery tuzów takich jak Sodom, Terrorizer, Kreator czy Celtic Frost. Vader covery zawsze potrafił nagrywać świetne, nie inaczej jest tutaj. Album robi robotę i jestem pewien, że dzięki niemu co najmniej kilka osób poznało jakiś zespół o którym wcześniej nie słyszeli. Wiele lat musiało upłynąć, byśmy doczekali się kontynuacji idei z „Future of the Past”. Swoją drogą, tak na marginesie, fajnie byłoby gdyby Peter zebrał wszystkie covery do kupy i postanowił to wydać. Ale wracając do tematu – w zeszłym roku zespół wypuścił drugą część „Przyszłości Przeszłości” – z podtytułem „Hell in the East”. Tym razem na zawartość składają się utwory kultowych kapel z lat osiemdziesiątych zza żelaznej kurtyny – głównie z Polski, ale jest tu także czeski Krabathor. Jak tłumaczył sam Peter – tą płytą chciał przypomnieć, że takie zespoły istniały. I dobrze, bo były to zespoły bardzo dobre, które niejednokrotnie zasługiwały swoją twórczością na sukces, jaki odniósł sam Vader. Nie udało im się, z najróżniejszych powodów, ale fajnie, że ktoś pamięta i chce przypomnieć innym. Znajdziemy tu Slashing Death, Exorcist, Imperator, Scarecrow, Ghost, Slaughter czy Thanatos. Bardzo ciekawe zespoły o różnej stylistyce, podane tu a'la Vader, jednak nie na jedno kopyto. Na to Peter i jego załoga są za dobrzy. Poziom do którego Vader przyzwyczaił jeśli chodzi o covery, jak najbardziej utrzymany. Nie ma tu jakichś wielkich zmian względem oryginałów, bo przecież chodziło o to, by przybliżyć jak najwierniej twórczość dawnych legend. Jest jednak ten charakterystyczny sznyt Vader'a. No i wspaniałe brzmienie. Gdyby tak brzmiał cały „The Time Before Time” Imperatora (o nim tutaj) jak na „Hell in the East” brzmi „Necronomicon”, to nie słuchałbym niczego innego. Pokazuje to też jaka zmiana dokonała się w warunkach pracy muzyków, nawet tych ekstremalnych. Wisienką na torcie jest tu dla mnie Krabathor i jego numer „Totalni Destrukce”. Gościnnie zaśpiewał w nim ich wokalista, bo jak rozumiem Peter nie podjął się czeskich wokali. I fajnie, bo brzmi to przekonująco i jak zawsze niesamowicie zabawnie. Death metal po czesku jest lepszy niż wszystkie kabarety razem wzięte. Muzycznie natomiast Krabathor zawsze trzymał poziom i polecam zapoznać się z tym zespołem. Świetnie wypadł Markiz De Sade i ich „Sen Schizofrenika” - ten refren aż chce się śpiewać! Na koniec dorzucony został klasyczny już cover w dorobku Vader – „Wyrocznia” autorstwa KAT. Generalnie, do drugiej części „Future of the Past” można mieć tylko jedno zastrzeżenie – jest za krótka. Co najmniej kilka ciekawych kapel można by dorzucić. Każdy nośnik ma jednak swoje ograniczenia. Tak czy siak, wielkie uznanie i brawa za inicjatywę dla samego zespołu a także dla Witching Hour Productions. Wydanie drugiej części wzbogaciła reedycja pierwszej i obie płyty zostały wydane w pięknie wyglądającym komplecie. Wkładki zawierają teksty a druga część także krótkie notki biograficzne i zdjęcia wszystkich zespołów. Po prostu miodzio mili państwo. Teraz trochę mnie poniesie, ale może Peter przemyślałby wydanie w takiej formie antologii polskiego metalu? ;)


Vader, skład z drugiej części Future of the Past

Wydanie Witching Hour, 2015 rok. Numer katalogowy - odpowiednio Evil 077 CD i Evil 078 CD. 

Płyty w komplecie prezentują się doskonale, szczególnie fajny patent jest na boku, gdzie ładnie układa się logo:





Future of the Past:






Future of the Past na Discogs:


Future of the Past II - Hell in the East:






Hell in the East na Discogs:

niedziela, 12 czerwca 2016

Anioł Śmierci, czyli thrash żyje!

Kilka miesięcy temu w jednym z rodzimych magazynów muzycznych, czytałem sobie z lekko kpiącym uśmieszkiem dziwną dyskusję na temat thrash metalu. Że to już nie to, że odchodzi do lamusa, że jego wskrzeszenie się nie udało itp...Lubię czytać takie dyrdymały, bo doskonale wiem, ile są warte. Metalu słucham na tyle długo, że nie raz już słyszałem, iż ten czy inny gatunek się skończył, umarł, finito. Potem ktoś wymyśla jakieś drugie fale, trzecie fale i pieron wie co jeszcze. Dochodzi nawet do określania się „post to”, „post tamto” i „post wszystko”. Gubię się w tym wszystkim, bo już starszy chłop jestem i czasami tego „postępu” nie ogarniam. Dla mnie black metal to black metal, thrash to thrash a death to death. Żaden z tych gatunków nie umarł, nie ma potrzeby więc ich wskrzeszać. Każdy przechodził oczywiście trudniejsze okresy, ale zawsze istniał. Pokażcie mi choć jeden rok bez wydanej dobrej płyty thrashowej, blackowej czy deathowej. Choć jeden. Takiego nie ma. Pewnie, można mówić, że ta ciągłość np. thrashu to zasługa starych dziadków, którzy ten interes rozkręcali w latach osiemdziesiątych. Nawet jeśli, to co z tego? Dla mnie osobiście nikt inny poza tymi dziadkami nie musi grać starego dobrego czystego thrashu. Oni robią to doskonale i szczerze mówiąc całą młodzież łykają przed śniadaniem.  




Zastanawiam się, co sądzą dzisiaj uczestnicy wspomnianej wcześniej dyskusji. Jesteśmy po premierze nowego, doskonałego albumu Anthrax (o nim tutaj). Bardzo dobrą płytę wydał duński Artillery, jest nowy Metal Church, Protector...Dużo tego a będzie w tym roku jeszcze więcej. Kilkanaście dni temu ukazał się nowy Death Angel i to właśnie ten album skłonił mnie do spłodzenia tekstu, który czytacie. Rozpoczynający płytę utwór zaczyna się słowami: „Surprise! I'm back again...” - tak, dla niektórych może to być niespodzianka, że dziadki wracają po raz kolejny i po raz kolejny w wielkim stylu. Dalej Mark śpiewa: „Been down a hundred times, yet like the new sunrise, I shall return...”. Właśnie, w samo sedno – bywało źle, bywały lata chude, ale wracają, z mocą i potęgą, w wielkim stylu po raz kolejny (dwie poprzednie płyty też przecież były potężnymi ciosami). „The Evil Devide” to świetny album. Nowoczesny, ale w starym stylu. Szczery, prawdziwy, bo przecież muzycy Death Angel to żadne gwiazdy tylko normalni ludzie pracy. Thrash to taki gatunek, że żeby być w nim prawdziwie sobą i w pełni szczerym, nie można bujać się pozłacanym Cadillakiem i mieszkać w willi z setką pokoi. Thrash to muzyka ulicy i klasy robotniczej, buntu i kontestacji. I pomimo doskonałego brzmienia, eleganckiego jak operowy gmach, na tej płycie to wszystko jest. A przede wszystkim są emocje. Wypowiadane melodiami gitar, tnącymi riffami i ekspresyjnymi wokalami. Płyta nie jest tak brutalna jak dwie poprzednie, ale niesie ogromny ładunek energii. Nawet „Lost”, który nadawałby się na radiowy hit, ma w sobie pokłady tej starej, thrashowej siły na której wzrastała potęga Bay Area. „The Evil Devide” dołącza do długiej listy wspaniałych thrash metalowych albumów nagranych przez weteranów. Jestem pewien, że to takie albumy będą w przyszłości wspominane, długo po tym, gdy weterani zakończą granie. Bo niestety ten moment nadejdzie. Jednak jeszcze nie teraz.

Thrash metal żyje, panowie. I ma się świetnie.  

Death Angel - The Evil Devide. Nuclear Blast, 2016, numer katalogowy NB 3498-2.






The Evil Devide na Discogs:

piątek, 10 czerwca 2016

Kawaleria z piekła rodem, czyli dziki ogień.

„Ci, którzy przeżyli tamte dni, trwożnie wspominają czarne niebo, które pochłonęło Słońce i biel chmur. Wciąż trzęsą się ze strachu opowiadając o ogromnym wichrze, który zerwał się znienacka i zaatakował wszystkie żyjące istoty, łamiąc drzewa i zrywając dachy. Do tej pory pamiętają dźwięk pękającej ziemi, głośny jak tysiące trąb. Wciąż przed oczami mają dym i wyłaniające się z niego postaci jeźdźców. Niekończące się szeregi mrocznych istot odzianych w czarne, postrzępione szaty. Tysiące pobłyskujących w światłach łuny, która rozkwitła na horyzoncie, kos. Rdzawych, poszczerbionych, ze śladami krwi. Ich straszliwe rumaki, toczące pianę z pysków i wydające z siebie odgłosy bestii. Gdy już wszyscy opuścili otchłań, ruszyli galopem przez równiny, a dziki ogień podążał za nimi. Ci, którzy widzieli ten rajd, wspominają odór śmierci i siarki, który unosił się jeszcze wiele dni po przejeździe czarnej kawalkady. Jeźdźcy z piekła rodem niszczyli wszystko na swojej drodze, tnąc i paląc każde dzieło człowieka. Ich konie tratowały wszystko, co wykazywało się choćby odrobiną woli życia. Czarne niebo posuwało się wraz z nimi niosąc mrok podmuchami potężnego wichru. Świadkowie wspominają, że ten apokaliptyczny rajd trwał niecałą godzinę, choć wydawało im się, że trwa już wieki. Pozostała po nim spalona ziemia i tysiące trupów. Jeźdźcy zniknęli tak nagle, jak się pojawili. Niebo rozjaśniło się a wicher zniknął. Co odważniejsi, którzy podeszli bliżej tej piekielnej kawalerii, twierdzą, że na czele czarnych zastępów, na wielkim rumaku, pędził straszliwy szkielet, odziany w łachmany. Dzierżył on ogromny sztandar i cały pokryty był ogniem. Ludzie mówią, że imię jego Niszczyciel. Symbol jego 666.”
Destroyer 666 i jego najnowsze dzieło „Wildfire” zdrowo kopie po tyłku.  


Posiadam standardowe wydanie. Season of Mist, numer katalogowy SOM 373.





Wildfire na Discogs:

czwartek, 9 czerwca 2016

Defying, czyli mrok nad Olsztynem.

Podróże kształcą. Na wiele sposobów. Ostatnio często bywam w Olsztynie i podczas jednej z wizyt poznałem Piotrka. Dobrze nam się gadało, bo to taki metalowiec starej daty, jak ja. Od słowa do słowa i okazało się, że jest on gitarzystą i wokalistą olsztyńskiej kapeli Defying. Nazwy nigdy wcześniej nie słyszałem a panowie na koncie mieli już pierwszą płytę. Termin na poznanie ich twórczości okazał się świetny bo wielkimi krokami zbliżała się premiera nowego materiału. Jakiś czas potem Piotr odwiedził mnie w Warszawie z okazji koncertu Marduk i wtedy w moje posiadanie weszły oba wspomniane wyżej wydawnictwa.

  
Defying to ciekawy zespół. Trudno tak naprawdę określić co gra. Panowie używają określenia „progressive post metal” ale powiem Wam, że dla mnie to taki mroczny doom z elementami spokojnymi, progresywnymi nadal jednak mocno niepokojącymi nerwy. Słyszeliście Bethlehem i ich płytę „Dark Metal”? Trochę mi się to kojarzy właśnie z takim graniem – klimat mroku i tajemnicy jest tu wszechobecny a wyrażenie „dark metal” wg mnie najlepiej pasuje na określenie twórczości Defying. Finalnie jednak nie podejmę się definitywnego określenia stylu zespołu. Tymi słowami mógłbym opisać oba materiały – płytę „Nexus Artificial” (2014) i EP-kę „The Splinter of Light We Misread” (2016). Reszta to już różnice. Album w całej swej rozciągłości to ciężki walec niosący powiew mroku, poprzetykany momentami kontemplacyjnymi, wyciszeniami i wstawkami budującymi nastrój błogiego odpoczynku. Mamy tu też wiele pięknych melodii, elementów akustycznych oraz kilka przyspieszeń. EP-ka także miażdży nasze kości, nawet częściej i jeszcze dobitniej, jednak dużo tu elementów szaleństwa, głównie dzięki użyciu szerszego instrumentarium (np. saksofon), klimatu grozy i jakiejś wiszącej w powietrzu tajemnicy. To oczywiście materiał dużo krótszy, w dodatku zawierający cover (Joy Division), nie jest więc tak reprezentatywny dla stylu zespołu. Niewtajemniczonym polecam zapoznanie się w pierwszej kolejności z płytą a MCD traktować należy w kategoriach bardziej eksperymentu (cover plus nowe instrumentarium), niż drogowskazu na przyszłość. Nie zmienia to faktu, że zapewne na kolejnym pełnowymiarowym materiale usłyszymy co ciekawsze patenty z EP-ki, które najzwyczajniej się sprawdziły (a jest takich co najmniej kilka). Generalnie rzecz ujmując, nie jest to muzyka lekka, łatwa i szybko wpadająca w ucho. Jest w niej za to głębia. Warto się zanurzyć i z każdym kolejnym przesłuchaniem odkryć coś nowego, choćby trwającego kilka sekund. Takich właśnie smaczków jest tam bardzo dużo.
Pisząc o Defying nie sposób nie wspomnieć o aspekcie dla mnie bardzo ważnym – sposobie wydawania swoich materiałów. Zespół nie posiada wydawcy, co oczywiście ma swoje plusy i minusy. Plusem jest to, że gra to co chce grać i wydaje tak jak chce wydać. Płytę posiadam w pięknym pudełku, w którym w środku jest digipack, osobna książeczka z tekstami. Majstersztykiem jest EP-ka, digibook w całości wykonany ręcznie przez dziewczynę jednego z muzyków (pozdrowienia Natalia!). W necie możecie znaleźć filmik dokumentujący produkcję – robi wrażenie! W tej chwili jest to limitowana edycja 200 sztuk, ale kto wie – gdy popularność wzrośnie, może trzeba będzie dorobić? Natalia, jesteśmy z Tobą ;)
I ostatni punkt – Defying na żywo. Kilka dni temu miałem okazję być w Olsztynie na ich pierwszym koncercie po wydaniu „The Splinter of Light We Misread”. Spodziewałem się spokojnego wieczoru w nastrojowym klimacie a dostałem piekielne misterium - szczerze, byłem w szoku. Bardzo pozytywnym. Wiele Bardzo Groźnych Zespołów nie potrafi stworzyć takiego klimatu. Pełen profesjonalizm, dym, punktowe światła i dobór mocnych kawałków zrobiły swoje. Nawet te spokojniejsze momenty zostały doprawione potężną dawką energii. Moc, proszę państwa, moc. Jeśli kiedykolwiek ci panowie będą w Waszej okolicy, idźcie.
Wszystko to pokazuje, że Defying wie co robi, wie co chce osiągnąć i konsekwentnie do tego dąży. Tu nic nie jest dziełem przypadku, choć efekt końcowy nie jest wyrachowany. Będę uważnie śledził ich dalsze losy, bo warto. To jeden z tych zespołów, które gdzieś tam na boku wszystkiego, powoli i wytrwale, z oddaniem i sercem, tworzą swoją sztukę.  
Poniżej oba wydawnictwa na zdjęciach. Płyty wydane własnym sumptem.
Nexus Artificial. 2014. 






Nexus... na Discogs:

The Splinter of Light We Misread. 2016.




The Splinter... na Discogs: