sobota, 28 maja 2016

Sacrum umarło, czyli zejście w ciemności.

"Zszedłem w Ciemność.

Otuliła mnie swym gęstym, lepkim dotykiem. Fizycznie czułem ją każdym moim nerwem, każdym włoskiem na ciele. Chłonąłem ją każdym zmysłem, trwożnie idąc w przód. Labirynt Ciemnej drogi powoli mnie gubił, ale wiedziałem, że On tu gdzieś jest. Czułem Jego obecność. Od wieków. Prastary jak ten padół marności i głupoty. Obserwował mnie, oblepionego całunem mroku. Mój umysł przenikało Zło. Nienazwane, odwieczne Zło. To był ból, tysiąc razy silniejszy, chciał rozsadzić moją ludzką czaszkę. Musiałem go znaleźć, musiałem poznać Prastarą Tajemnicę.

Zszedłem w Ciemność.

Byłem sam. Sam jak nigdy wcześniej, sam jak nikt nigdy nie był. Tylko On i ja. Potężny, Nienazwany, choć mający setki imion. Słów, których matki nawet w największej trwodze zabraniają wymawiać swoim dzieciom. Byłem sam. Zadławiony Ciemnością, szukający wyjścia. Każdy mój mięsień, każde ścięgno było związane, jakbym powoli doznawał paraliżu. Labirynt nie kończył się i zgasła wszelka nadzieja. Była tylko lepka pajęczyna przeszywającego na wskroś Zła. Nic mnie nie ocali, nie będzie zbawienia i odpoczynku w Niebiosach. Jest tylko Podziemny korytarz i mieszkające w nim odwieczne siły Mroku. Czy będzie mi dane ujrzeć Jego oblicze? Czy zobaczę choć sylwetkę? Czy usłyszę głos Tego, Którego nikt nigdy usłyszeć nie chciał?


Szedłem w Ciemności." 




Profanum był kiedyś black metalowym zespołem, jakich wiele. Ale potem nagrał płytę „Profanum Aeternum: Eminence of Satanic Imperial Art” i przestał być jednym z wielu. Zaczął być jedynym, który zrobił coś takiego. Bez gitar stworzył album tak tchnący Złem, że wiele Wielkich Prawdziwych Hord może tylko pozazdrościć. Ktoś kiedyś ukuł termin „symfoniczny black metal”. Ta płyta to black metalowa symfonia, tylko bez black metalu. Czarny Władca musiał być wniebowzięty!

Taki ze mnie szczęściarz, że posiadam kasetę i płytę CD. Obie wydane przez niezawodny Pagan Records. 





Kaseta - Pagan Records, 1997, numer katalogowy Moon MC 021/666






CD - Pagan Records, 1997, numer katalogowy Moon CD 011/666







Profanum Aeternum na Discogs:

poniedziałek, 23 maja 2016

"The Ultimate Incantation", czyli Gary Cooper death metalu.

1989 rok. Pierwsze wolne wybory w Polsce po 1939 roku. Komuna oficjalnie chyli się ku upadkowi, za chwilę runie Mur Berliński, Solidarność tryumfuje a dawne demoludy otwierają się na Europę Zachodnią i Świat. Różne są teraz oceny tamtych zdarzeń, ich przyczyn, głównych bohaterów i sterników historii z tamtego okresu. Jedno jest pewne – tamte procesy zmieniły oblicze Europy, Świata ale także samej Polski. Pojawiła się gospodarka wolnorynkowa, prywatne inicjatywy zaczęły kwitnąć i napędzać ekonomię, zaczęliśmy poznawać dobra z całego Świata.

Vader, pierwsza trasa w USA

1992 rok. Polski zespół Vader wydaje swój debiut płytowy w angielskiej Earache Records – gigancie jeśli chodzi o death metal. Dla muzycznego polskiego podwórka (celowo nie dzielę tu muzyki na konkretne gatunki) to wielki krok. Rodzime zespoły widzą, że można. Były oczywiście znane w podziemiu, kontakty z zachodem istniały i były już wcześniej kapele, które flirtowały z tamtejszym rynkiem muzycznym. Nikt jednak w metalu nie osiągnął tak spektakularnego sukcesu. A zachowując odpowiednią skalę, nikt w całej polskiej muzyce tego nie dokonał. Bo czy ktoś miał kontrakt z Sony albo Universal? A takim Sony w metalu był wtedy Earache. Kontrakt z angielską wytwórnią, sesja nagraniowa w kultowym sztokholmskim Sunlight Studio, teledysk w MTV! Ludzie, szaleństwo! Nawet jeśli sesja nagraniowa to był kompletny niewypał i trzeba ją było powtarzać, nawet jeśli klip nie był szczytem ówczesnych możliwości i nawet jeśli potem były już tylko kłopoty z samym Earache, to i tak traktować to wszystko należy jako wielki sukces. Pamiętam jak mnie zatkało, gdy którejś nocy oglądałem Headbangers Ball na MTV (tutaj więcej o samym programie) a tam teledysk Vader! Wspaniałe uczucie – wśród tylu genialnych zespołów z USA, Europy Zachodniej – teledysk chłopaków z Olsztyna. Serce rosło! Teraz oczywiście, różne są oceny samej płyty - z perspektywy czasu jedni popadają w zbyt duży entuzjazm, inni próbują deprecjonować jej znaczenie. Jedno jest pewne – był to dla polskiej muzyki i polskiego metalu krok ogromny. Muzycznie? Kiedy słyszę, że był to przełom nawet w światowym death metalu, to uśmiecham się delikatnie bo wiem, że czasami ludzi ponoszą emocje. Dla mnie jasnym jest, że nie był to nawet przełom w polskim death metalu. Pamiętajmy, że na Świecie było już co najmniej kilka albumów wybitnych, wydanych przez ówczesnych liderów gatunku. W Polsce sam Vader przełom uczynił wcześniej wydając demo „Necrolust” a potem „Morbid Reich”. Był też już Imperator z „The Time Before Time” (o nim tutaj) i Armagedon ze swoim demo “Dead Condemnation”, by wymienić tylko tych najbardziej znanych. Nikt mnie więc nie przekona, że „Ultimate Incantation” był muzycznym przełomem. Nie był, choć oczywiście to wspaniała płyta. Gęsty, pierwotny, dziki death metal, którego nie powstydziłby się żaden zespół z Florydy. Jedna z najlepszych płyt w dyskografii Vader (dla mnie numer 2) a zarazem jedna z najlepszych polskich płyt death metalowych. Jej znaczenie to jednak nie muzyka. Ta płyta jest symbolem. Takim samym jak Gary Cooper na plakatach Solidarności w 1989 roku. Pokazała Światu, że my tu też potrafimy. Pokazała polskim kapelom, że można. Otworzyła drogę do przemian i wytyczyła pewien szlak na przyszłość. A samego Vadera zaprowadziła na szczyty światowego death metalu. 
Posiadam wydanie Earache Records. Numer katalogowy MOSH59CD.





Ultimate Incantation na Discogs:

czwartek, 19 maja 2016

Wyprawa do krainy Odyna, czyli muzyczny hołd dla przeszłości.

Wyobraźcie sobie cichą i spokojną krainę. Właśnie ustąpiła zima i Bałtyk znów zaprasza na swe wody. Wszystko wokół zaczyna się zielenić, ptaki śpiewają wesoło, lasy pełne zwierza szumią cicho gdy zrywa się chłodniejszy północny wiatr. Niewielka osada na brzegu zatoki wypełniona krzątającymi się ludźmi. Kobiety szykujące prowiant, mężczyźni oporządzający swoje długie łodzie. Tylko dzieci beztroskie wesoło ganiają po otoczeniu. Ostatnie remonty i przygotowania. Czas wyruszyć w nieznane, czas zadbać o rodziny i o chwałę. Odyn będzie dumny raz jeszcze! Następnego dnia, wśród porannych mgieł i wstającego słońca, napędzane wiosłami wychodzą z zatoki. Tarcze na burtach lśnią w promieniach słonecznych, smocze łby na dziobach dumnie wyznaczają kierunek podboju a rozpostarte kolorowe żagle pchają ich ku przeznaczeniu. Bogactwo i chwała czekają, na niektórych Walkirie i Walhalla, ale taki jest los wojownika.

Wyobraźcie sobie wielką świątynię, z dębowego drewna. Ma wysokie wieże i ogromne sale, pełne wizerunków bogów. Otoczona jest złotym łańcuchem lśniącym w świetle dnia. Obok rośnie ogromne, święte drzewo, pod nim ofiarne prezenty. Nieopodal wisielcze drzewa pełne zastygłych dawno ciał. Nigdy nie powrócili, rzuceni tam dla dobrej wróżby. Nad świątynią krążą dwa kruki, oczy Jednookiego, widzące wszystko i o wszystkim mu mówiące. Kapłani odprawiają swe obrzędy a gdzieś w oddali, za drzewami chowa się przebiegły Loki, chcąc uniknąć wzroku Hugina i Munina.

Wyobraźcie sobie małego chłopca. Przyszedł na Świat w niewielkiej osadzie nad brzegiem morza. Jego rodzice są bardzo dumni z syna. Mały uczy się wszystkiego bardzo szybko, potrafi już trochę władać bronią, zna pierwsze podstawy nawigacji i jest bardzo oddany bogom. Lubi też mierzyć się z innymi chłopcami z osady i najczęściej ze wszystkich zawodów wychodzi zwycięsko. Ojciec często zabiera go na polowania, podczas których opowiada małemu o wielkich czynach przodków i mocy bogów oraz natury. Kiedyś, pewnego dnia, chłopiec będzie mężczyzną. Weźmie w rękę broń, wejdzie na pokład drakkara i ruszy po chwałę do zamorskich ziem. Z ojca na syna.

Wyobraźcie sobie wielką salę. Ogromną. Wielkie, bogato rzeźbione kolumny podtrzymują ciężki sufit. Pod nim pozłacane tarcze, rzeźby smoków, potworów oraz mitycznych bohaterów. Na ścianach złote włócznie i wielkie topory. Setki pochodni rozświetlają wielkie pomieszczenie, na środku którego stoją dziesiątki stołów. Właśnie rozpoczęła się kolejna uczta. Biesiadnicy to chwalebnie polegli wojownicy, których są tutaj setki. U szczytu, na wielkim tronie siedzi pan tego miejsca, Odyn. Ucztuje ze wszystkimi, bo wszyscy oni na to zasługują. Zostali tu przyprowadzeni prosto z niezliczonych pól bitewnych przez Walkirie. Bohaterscy Einherjerzy, którzy odchodząc godnie, zasłużyli na powitanie u bram Walhalli.


Wyobraźcie sobie to wszystko, albo po prostu posłuchajcie płyty „Hammerheart” autorstwa Bathory. 


Bathory - Hammerheart. Posiadam (dziękuję Marta za zamianę!)  wydanie Black Mark Production z 1993 roku, numer katalogowy BMCD 666-5.






Hammerheart na Discogs:

wtorek, 17 maja 2016

Szwedzcy bracia, czyli romantycznie o czarnym władcy.

Jest taki kraj, w którym znajduje się najwięcej restauracji McDonald's w Europie. W tym kraju znaleziono najstarszą prezerwatywę (z 1640 roku), ciężko kupić tam alkohol, można za to delektować się (???) kiszonym śledziem. Wiecie o którym państwie mowa? Jeśli nie, to dodam, że wszystko musi tam być poprawne politycznie, co prowadzi do absurdów – otyłość traktowana jest jak wykroczenie. Jest to też piękny kraj. Nie byłem, ale dzięki internetowi swoje widziałem. Muzycznie kraj zawsze był bogaty, ciekawy szczególnie dla nas, metalowców. No i Volvo to całkiem fajne auta a pewna firma meblarska pozwala mi wygodnie przechowywać płyty. Szwecja, bo o niej oczywiście mowa, zrodziła masę talentów. Dała nam wspaniały death metal (dla mnie osobiście najważniejsze szwedzkie osiągnięcie muzyczne) ale także kilka innych ciekawych gatunków.


1993 rok. Bardzo dobry dla Szwecji. Wyszło wtedy kilka wspaniałych albumów death metalowych - „With Fear I Kiss The Burning Darkness”, „Across The Open Sea” czy „Indecent And Obscene”. Ukazały się też dwie wspaniałe płyty black/death metalowe. Szczerze przyznam, że nigdy do końca nie przekonałem się do takich miksów – zagrajmy black ale trochę ciężej i będziemy gdzieś pośrodku. Ni to siarka rodem z piekieł, ni to wyziew z kanalizacji. Są jednak dwa zespoły ze Szwecji, które w tym stylu osiągnęły mistrzostwo. Jak na ironię, oba dokonały tego w tym samym roku na swoich debiutanckich albumach. Gdyby w piłkę grało się po czterech a Szwecja wystawiałaby kadrę black/death metalu, pierwszym składem byłby Dissection, ale bardzo silna ławka rezerwowych to Necrophobic.  


Dissection

Necrophobic


Obie płyty dzieli kilka miesięcy. W marcu, jako pierwszy, ukazał się debiut Dissection - „The Somberlain”. W sierpniu światło dzienne ujrzał „The Nocturnal Silence”. Stanowczo więcej te płyty łączy niż dzieli. Gdyby nie to, że zespoły pochodzą z mocno oddalonych od siebie miast, można by pomyśleć, że chłopaki mieli wspólne próby i na wskutek wygranego losowania, Dissection dostał lepszą część materiału skomponowanego podczas tychże prób. Dostał im się także kupon na lepszą realizację materiału, choć w tym przypadku większa szorstkość debiutu Necrophobic to żadna ujma. Jednak to te wszystkie wspaniałe gitarowe melodie łączą oba materiały najmocniej. Przed tymi albumami, wychwalanie rogatego kojarzyło się raczej z brzmieniem z piwnicy i jak największą brutalnością i brudem. Okazało się jednak, że czarny władca równie dobrze odnajduje się wśród pięknych, chwytliwych melodii wysuniętych przed resztę instrumentarium, choć wyrastających z fundamentów siarczystych riffów. „The Somberlain” to album pełen przebojów z dużą dawką brutalności. „The Nocturnal Silence” to album pełen brutalności z kilkoma przebojami. Obu jednak słucha się wyśmienicie.

W późniejszym okresie oba zespoły poszły już różnymi drogami. Necrophobic poziom klimatu i melodyjności Dissection osiągnęli na swoim drugim albumie - „Darkside”. Dissection natomiast stworzył dzieło brutalniejsze czyli „Storm Of The Light's Bane”. Można powiedzieć, że zamienili się miejscami co jednak w mojej opinii lepiej skończyło się dla Dissection.

Wybiegam już jednak za daleko w przód. W 1993 roku poznaliśmy dwa wspaniałe albumy. Płyty, które mocno poszerzyły obszary brutalności i piekielnego przesłania i pokazały, że trochę romantyzmu nawet diabłu nie zaszkodzi.

Necrophobic - „The Nocturnal Silence” - Hammerheart Records. Wznowienie z 2011 roku (bez bonusowych utworów), numer katalogowy HHR2010-03.  






Nocturnal Silence na Discogs:


Dissection - „The Somberlain”. Black Horizon Music/The End Records. Wznowienie z 2006 roku, wydanie amerykańskie (podziękowania dla Kariny), numer katalogowy BHM002. Dwie płyty, na drugiej zbiór demówek i niepublikowanych wcześniej nagrań live i z prób.




  


The Somberlain na Discogs:

sobota, 14 maja 2016

Ragehammer, czyli cios w ryj. Celny.

Piątek, godziny w pracy dłużą się niemiłosiernie. Wyczekiwanie końca aż gęstnieje w powietrzu. Wreszcie wychodzę i rozpoczyna się weekend. Szczęśliwy, jednak lekko zawiedziony, bo paczka na którą niecierpliwie czekałem raczej już tego dnia nie dojdzie. Zakupy spożywcze złożone w dużej mierze z zawartości sklepowej lodówki i do domu. Ostatnia nadzieja – skrzynka na listy. Drżącą ręką otwieram i jest! Jest awizo! W tył zwrot i biegusiem na pocztę. Na szczęście tylko dwie osoby w kolejce. Pani z uśmiechem wydaje paczkę, która przyszła ze Świecia. Biegusiem do domu. Szybkie zdarcie folii i do odtwarzacza. Play!

- Mamo, mamo, chodźmy do Delikatesów po cukierki! - Przecież już wszystkie cukierki od nich jadłeś, poza tym, popsujesz sobie zęby. - Ale mamo, Tadzio mówił, że mają jakieś nowe, takie superowe, co można ciągle jeść! Taaaaakie dobre! - Oj dziecko, co ja z Tobą mam. Dobrze, chodźmy. - Jeeeeeeee, jesteś super, mamo!

„First Wave of Black Metal”. Pierwsze dźwięki. Wchodzę do sklepu. Czy są jakieś nowe cukierki? Zaczynam się rozglądać. Czuję, że pojawia się gęsia skórka. Co jest? Przecież byłem tu już tyle razy. Zaraz zaraz, coś jest inaczej. Utwór się rozwija. Gna już jak szalony. Coś stanowczo jest nie tak jak wcześniej. Ekspedientka niby ta sama, ale jakaś nie uśmiechnięta. Za to definitywnie zmienili asortyment. Niby wszystko to co kiedyś a jednak jest to coś nowego. „Unleash the Dogs”. Pytam kobiety za ladą ale nie chce ze mną rozmawiać. Jest jakaś dziwna. Taka brzydka i ma zepsute zęby. A mama ostrzegała! Nie jestem pewien czy to ten sam sklep ale wiem, że bardzo mi się tu podoba. Mogę rozglądać się do woli. „Wróg”. Biczowanie dźwiękiem trwa, ekspedientka odezwała się wreszcie w ojczystym języku. A ja widzę na półce nowe cuksy! Takie piękne, kolorowe, jakby mieszanka wszystkich klasycznych gatunków o których mówił starszy brat. Musze spróbować, bo tamtych już nie produkują. Muszę! Sprzedawczyni odwraca wzrok, znowu jej nie słyszę. „Warlord's fall”, „Knives”, „I'm the Tyrant”. Rozrywam opakowanie i wpycham dropsy garściami do gardła. Są takie dobre! Niesamowicie soczyste. Tadzio miał rację! „Pure Hatred”, „From Homo Sapiens to Homo Raptor”. Napycham się jak świnia. Nie mogę przestać! Cały się już kleję od tych cuksów, ale są takie dobre, że nie przestanę. Więcej! Dawno tak dobrych nie jadłem! Kątem oka dostrzegam, że to nasze, krajowe, z Krakowa. Przez sekundę poraża mnie duma, ale zaraz potem mam to w dupie. Chcę jeść! „Spotkanie z Diabłem”. Powoli kończą się zapasy na półce a mi ciągle mało. Ohydna ekspedientka śmieje się i krzyczy w moim kierunku – Do zobaczenia w piekle!

Pierwszym odruchem po skończonym odsłuchu było ponowne „Play”. Będzie jeszcze nie raz. Debiutancki album krakowskiego Ragehammer to cios na miarę nokautu w wadze ciężkiej. Tu nie ma półśrodków, owijania w bawełnę i zabawy w klimacik i „chodź kochana będzie romantycznie”. Tu są skóry, długie włosy, glany i gwoździe na rękach. Tu są ćwieki i odór siarki zmieszanej z piwskiem. Tu jest rock'n'roll ugotowany w piekle wczesnych lat osiemdziesiątych ale podany ze świeżością (tfu!) dzisiejszych śmieciarek. Tu jest taka energia i moc, że odtwarzacz sam się pogłaśnia a pilot wariuje i sam wciska „repeat”. Tu jest czysty metal. Tu jest to, czym metal był kiedyś – ciosem. Buntem. Walką. I jaki tu jest bas! Bas! Ludzie, przecież basista tego zespołu jest ciągle na przodzie. Sadzi tak gęste jazdy, że łyżka w zupie staje! Wokalista sprawia, że marzysz o tym, by chwycić za mikrofon i być tak zły jak on. Perkusista zapieprza jak sprinter tylko na dużo dłuższym dystansie. Gitary pracują jak zastęp koreańskich górników – nic ich nie zatrzyma. „The Hammer Doctrine” jest jedną z tych płyt, które sprawiają, że pomimo 25 lat słuchania ostrej muzyki, czujesz się jak dzieciak z kolejką, którą dostał pod choinkę. Gęba się cieszy, bo ktoś jednak potrafi pokazać, że ma jaja w zalewie tego całego zniewieściałego grania i nudnych jak flaki z olejem kapel black metalowych.

Brawo!

p.s. „Spotkanie z Diabłem” to cover Krzysztofa Klenczona.

p.s. 2. Brawa dla Pagan Records za ogarnięcie szybkie przesyłki, choć na początku wyglądało to kiepsko. Oraz za nosa do dobrych zespołów od wielu lat.

p.s. 3. – Mamo, kup mi jeszcze jedną paczkę!

Play!

Subiektywna ocena redaktora: 11/10.


Ragehammer - The Hammer Doctrine. Pagan Records, 2016, numer katalogowy Moon 104.







The Hammer Doctrine na Discogs:



czwartek, 12 maja 2016

Trifixion, czyli problemy z garderobą.

Koszulka. Czarna, z okładką płyty i logo jednego z ukochanych zespołów. Setki wzorów bo setki płyt do wyboru. Jakość raz lepsza, raz gorsza ale to nie miało znaczenia. Znaczenie miało dumne wyróżnianie się wśród szarego tłumu. Stanowcze zaakcentowanie wyższości nad zwykłymi śmiertelnikami. W końcu bycie metalem to nobilitacja i wzniesienie się na wyższy poziom świadomości. Dobra, rozpędziłem się trochę ale przyznacie, że coś w tym jest? Wiązały się z noszeniem owych koszulek także bardziej przyziemne aspekty – łatwo było poznać swego, zarazem jednak można było dostać po gębie lub rzeczoną koszulkę stracić (gdy np. nie znało się składu zespołu z koszulki – pamiętacie te czasy?). Tak czy siak nosiło się. Pamiętam, że prałem je sam ręcznie by dłużej wytrzymywały nadruki, co w pewnym stopniu rekompensowało rodzicom wydaną na nie małą fortunę.  




Koszulki metalowe mogły jednak dostarczyć także innego rodzaju problemów. Wszyscy wiemy, że niektóre okładki do grzecznych nie należą. Metal za rączkę z chrześcijaństwem nie chodzi a nasz kraj jakiego jest wyznania, każdy wie. Potrafiło to zrodzić pewne kłopoty. Takich obrazoburczych koszulek trochę w życiu miałem, jednak tylko jeden zespół przysporzył mi na tyle sporych problemów, że pamiętam je do dzisiaj. Mowa o Deicide. Ci panowie nigdy pewnie ministrantami nie byli co łatwo zauważyć patrząc na ich okładki bądź na samego Glena Bentona i wypalony na jego czole odwrócony krzyż. To były lata 1993-1995. Pisałem już wcześniej, że wtedy im mocniejsze i bardziej bluźniercze granie, tym lepiej. Była to prosta droga do odkrycia twórczości panów z Florydy. Płyty „Deicide”, „Legion” i „Once upon the cross” były jak miód dla spragnionego profanacji wszystkiego co święte gówniarza. Te dwie ostatnie miały też ciekawe okładki, które spowodowały moje kłopoty. „Legion” - na okładce Trifixion, symbol złożony z trzech odwróconych krzyży i stylizowanego pentagramu, stworzony przez wspomnianego już kaznodzieję Glena B. Co mnie podkusiło by w takiej koszulce jechać do dziadków? Musicie wiedzieć, że byli oni ludźmi o bardzo konserwatywnych poglądach w kwestiach wyznaniowych i światopoglądowych. Przez wiele lat mojego życia byłem ich pupilem i ulubionym wnuczkiem. Kiedy jednak zacząłem zapuszczać włosy i ubierać się na czarno, sprawy zaczęły się zmieniać. Ta wizyta mogła przelać kielich goryczy, bo po niej nastąpiło stanowcze oziębienie stosunków a mama odbyła z dziadkiem trudną rozmowę telefoniczną. „Once upon the cross” sprawił, że najadłem się wstydu – niby nic, ale dla młodego metala to wiele. O Krzyśku, który sprzedawał na naszym targowisku kasety, płyty i koszulki już pisałem (tutaj). To właśnie on był świadkiem mego wstydu ale na szczęście nie dał mi tego odczuć. Wracając ze szkoły, wcześniej tego samego dnia, nabyłem wspaniałą bluzę „Once upon the cross”. Pamiętacie okładkę? Zwłoki Chrystusa pod prześcieradłem. To było z przodu bluzy. Gorzej było z tyłu, bo tam już nie było prześcieradła a na talerzu obok zwłok leżały wnętrzności zbawiciela. Dla mojej mamy to było za wiele, więc po południu wróciłem na targ z tatą i bluzę wymieniliśmy na inną, grzeczniejszą. Krzysiek przyjął to ze zrozumieniem, ale ja płonąłem ze wstydu.

Dziś obie historie wspominam z uśmiechem. Kiedy przypomniałem memu ojcu o tej drace, stwierdził, że nawet tego nie pamięta. W końcu jest dużo starszy, więc nic dziwnego ;) Co do dziadków – tak naprawdę to byli wspaniali ludzie, których bardzo szanuję, po prostu mieli swoje mocne przekonania podkręcane przez fałszywych proroków z Torunia.

Do tej pory noszę metalowe koszulki. Nie mam ich wiele, kryteria wyboru się zmieniły ale nadal jest gdzieś ta chęć wyróżnienia się ;) Z tego miejsca pozdrowienia dla chłopaków z J.D. Overdrive, bo mam aż dwie ich koszulki! :)

Deicide - Legion. Wydanie Metal Mind Productions, 2002 rok, numer katalogowy Mass CD 0023.





Bonusowo rozłożona wkładka z Trifixion

Legion na Discogs:

wtorek, 10 maja 2016

Okładka, czyli czemu warto podróżować w czasie.

Od momentu w którym pierwszy raz wziąłem do ręki oryginalną kasetę (o tym tutaj), uważam, że płyta to nie tylko muzyka. To cały pakiet. Okładka, wkładka (książeczka w przypadku CD), zdjęcia, teksty, zapach papieru, informacje o nagraniu materiału, nawet podziękowania członków zespołu (tak, też czytam). To wszystko nie raz stanowi spójną całość a zawsze jest uzupełniającym się dziełem sztuki. Rytuał wejścia do domu z nową płytą, odpakowanie, czytanie, wąchanie i słuchanie – to jeden z najlepszych momentów muzycznego maniaka. Stąd moja awersja do muzyki słuchanej z Internetu – obdziera to ją w moich oczach z kilku ważnych czynników i zabiera kawałek „płytowej duszy”.
W metalu okładki płyt to temat na osobną książkę. Ba, same loga zespołów zapełniłyby grube tomiszcze. Okładka to pierwsza rzecz, którą widzimy, często zapowiadająca zawartość muzyczną. Nie raz bywają to małe dzieła sztuki, kiedy indziej chodzi o oddanie klimatu czy zamanifestowanie jakiegoś przesłania. Tak jak każdy z nas ma swoje ulubione płyty, tak pewnie i ma swoje ulubione okładki. Moją jest „Somewhere In Time” Iron Maiden. 



O ile dobrze pamiętam, była to pierwsza płyta Maidenów, którą usłyszałem. Dwadzieścia trzy lata temu wziąłem do ręki piracką kasetę (jakość reprintu okładki nie powalała, w dodatku na pirackich kasetach okładka zajmowała najczęściej tylko ¾ strony) i ten cyberpunkowy Eddie od razu przykuł mą uwagę. Wtedy nie byłem w stanie w pełni docenić tego dzieła ze względów czysto technicznych. Udało się to dopiero kilka lat później. Nie jest to może wielkie dzieło pod względem kunsztu graficznego. Nie o to jednak chodzi. To jedna z tych ikonicznych okładek z Eddiem (jest na każdej okładce IM) które rozsławiły Dereka Riggsa. Ile tu się dzieje! Miejsca na to wszystko nie brakuje, bo okładka tak naprawdę jest dwustronicowa. Centralnym punktem jest sam Eddie ale smaczków, które może wyłapać fan Maidenów jest cała masa. Powstały ściągi a nawet artykuły opisujące dokładnie każdy szczegół. Odniesienia do poprzednich płyt, utworów, historii z życia muzyków czy zespołu a nawet Batman! Dla mnie, jako fana angielskiego futbolu, jednym z fajniejszych elementów jest wyświetlany na tablicy wynik meczu West Ham (ukochany klub Steve’a Harrisa) – Arsenal. Wynik dość nieprawdopodobny wtedy (1986 rok), wręcz niemożliwy dziś. 7:3. No ale mając do dyspozycji popularny nośnik, czemu nie poszaleć?
Klimat okładki świetnie komponuje się z tytułem płyty – Somewhere In Time, czyli Gdzieś w Czasie. Wszystko tu się przenika i miesza, cyberpunkowa konwencja i grafiki w środku książeczki uzupełniają się doskonale. Tytuły takie jak Stranger in a Strange Land czy Deja Vu albo Wasted Years pasują idealnie do ogólnego obrazu płyty. Pamiętać należy, że pomimo tego nie jest to concept album. Jest to natomiast przykład tego, że nie tylko ten mały krążek z muzyką jest ważny. Cała jego oprawa też się liczy i dlatego tak cudowne są fizyczne wydania płyt. Smutne jest to, że dzisiejsza młodzież często nie ma nawet pojęcia ile traci, nie kupując choć od czasu do czasu CD czy winyla. Tu jednak wchodzimy w kolejny temat, który obszerny jest jak oferta Biedronki przed świętami, więc pochylę się nad tym kiedy indziej.
Co do zawartości muzycznej Somewhere In Time – wszyscy znamy i kochamy, więc nie będę się wgłębiał. 
Posiadam remastera z tej fajnej serii z Eddiem układającym się ze złączonych boków płyt. EMI Records, 1998 rok, numer katalogowy 7243 4 96924 0 4.






Somewhere in Time na Discogs:

czwartek, 5 maja 2016

Tyska legenda, czyli Isolated.

W jednym ze starszych tekstów, pisałem o tym, że dużą rolę w poznawaniu świata metalu odegrali starsi koledzy. To były burzliwe czasy i czasami między metalowcami dochodziło do awantur, krojenia i tym podobnych akcji. Ja jednak tego z Tychów nie pamiętam. U nas było trochę inaczej. Znajomości nawiązywały się szybko, nawet pomimo różnic wiekowych i trzymaliśmy się razem. Tychy to co najwyżej średniej wielkości miasto (jak na polskie warunki) jednak metali było sporo. Mniej widocznych, bardziej widocznych, zapewne jednak aktywnych. W latach 90-tych kapele powstawały jak grzyby po deszczu, nawet jeśli jeden człowiek grał w kilku (sam tego doświadczyłem). Jak dla mnie świadczy to tylko i wyłącznie o płodności metalowych umysłów.


  

Jednym z najlepszych, o ile nie najlepszym zespołem, który w Tychach powstał, był bez wątpienia Isolated. Czyli starsi koledzy. Dzięki temu bywałem na ich próbach i poznałem sporo nowych kapel. Te próby były swego rodzaju misteriami dla gówniarza, który dopiero wchodził w świat brutalnej muzyki. Dookoła pełno starszych, już mocno długowłosych kolegów, na koszulkach nieznane okładki, uczucie dumy, że jestem akurat w tym momencie w tym konkretnym garażu. To wszystko powodowało, że czekało się na te momenty z wypiekami. Nie zwracałem uwagi na ścisk, hałas, zaduch i kłęby dymu papierosowego. Nie było łatwo o miejsca do grania, co oznaczało, że w tamtym czasie zwiedziliśmy wiele garaży – nie tylko z Isolated, chodziło się i na próby innych kapel. Pamiętam jak kiedyś jednemu zespołowi brakowało statywu do mikrofonu. Okazało się, że lampa stojąca w moim domu świetnie się do tej roli nadaje :) Te wszystkie godziny spędzone na próbach dały dużo radości ale spowodowały też, że sam zapragnąłem grać. Pewnego dnia i to się spełniło, ale o tym kiedy indziej.




Isolated. Soczysty, klasyczny, potężny death metal. Bez upiększaczy i owijania w bawełnę. Mocny cios w mordę. Albo będziesz stał, albo padniesz. Bez kalkulacji, metafor i ściem. Stara szkoła wzorowana na klasykach gatunku – Morbid Angel, Immolation, Vital Remains czy Cannibal Corpse. Dla mnie osobiście to zawsze był najlepszy rodzaj death metalu. Potężny, pierwotny ładunek energii i kontrolowany chaos. Isolated nie chcieli odkrywać Ameryki bo i po co? Użyli tego co odkryte, doprawili swoim piekielnym sznytem i tego się trzymali przez całą swoją skomplikowaną historię. Właśnie. Historia. Isolated to zespół, który w pewnym momencie był bardzo blisko szczytów death metalu w Polsce (koncerty z Vader, Hate, Sceptic), na co w pełni zasługiwał. Niestety, ciągłe problemy personalne powodowały zawieszenia działalności, brak ciągłej pracy nad warsztatem i muzyką. Wiele problemów ten zespół doświadczył, co spowodowało , że od 1994 roku wydał tylko dwa dema, EP i dwa pełne albumy (drugi to świeża sprawa, wciąż czeka na wydanie na CD – zespół będzie to robił własnym sumptem). Wszystkie te materiały są szalenie trudne do zdobycia, ale warto. Ważne, że panowie się nie poddali. Kto wie, może ich czas nadejdzie?

Garść linków:  

Facebook:

Bandcamp:

Ostatni album na You Tube:

Posiadam EP Demonss Conclave. CD wydany przez zespół.





Niestety, na Discogs Isolated nie ma.