piątek, 29 kwietnia 2016

Hvis Lyset Tar Oss, czyli Theodor Kittelsen rysować potrafi.

Zima, albo późna jesień. Zapomniany, norweski fiord. Wiatr chłoszcze bezlitośnie twarz a chłód północnego powietrza przenika do głębi. Ciemne, stalowoszare niebo powoli toczy się nad szczytami pokrytymi śniegiem. Cisza. Tylko w oddali krzyk jakiegoś zagubionego ptaka. Nad brzegiem kilka chat. Zapuszczone, pokryte mchem dachy, pamiętające lepsze czasy. Gnijące i rozpadające się ściany ukazujące fragmenty opuszczonych dawno temu wnętrz...Cisza. Nawet niebo zastygło wisząc nad tą krainą jak zapowiedź grozy. Nagle ruch. Coś porusza się między chatami. Coś, czy ktoś? Jakiś dziwny stwór a może to po prostu starzec dożywający tu kresu swych dni? A jeśli nie? Jeśli to jakaś zjawa? Porusza się powoli, jakby bojaźliwie by po chwili pokazać w całej okazałości swą straszliwą twarz...

"Far landet runt"

Tak, to wszystko możemy zobaczyć na rewersie płyty „Hvis Lyset Tar Oss” autorstwa Burzum. Jest to obraz Theodora Kittelsena (norweski rysownik, 1857-1914) o tytule „Far landet runt”, co można tłumaczyć jako „cały kraj zagrożony”. Rysunek pochodzi z cyklu „Pesten”, czyli plaga. Można oczywiście znaleźć dokładny opis tego, co się na nim znajduje, ale polecam uruchomić wyobraźnię.

Wraz z pierwszymi dźwiękami „Hvis Lyset Tar Oss” (Jeśli zabierze nas światło), widzimy dokładnie to samo. Zapomniany fiord, opuszczone chaty, zimno i szaro. Mizantropia i ból ziemi. Ból ludzkiego istnienia i odraza do życia. Muzyka jest jednostajna, brudna, momentami hipnotyzująca ale zarazem brutalna. Opętańcze krzyki Varga przywodzą na myśl ogromne cierpienie samotnej duszy uwięzionej w otchłani smutku pośród tych zmarzniętych wzgórz. Wołanie o pomoc czy wycie z bólu? Krzyk rozpaczy czy ryki konającego? Wszystko to doprawione piwnicznym brzmieniem z najlepszych czasów black metalu powoduje, że ta płyta potrafi dokopać psychice. Stanowi też wspaniałą całość, bo na okładce również znajduje się rysunek Kittelsena („Fattigmannen”, czyli biedak) przedstawiający trupa leżącego przy drodze. Może to ten z rewersu? Może jego ofiara? Może jego już światło zabrało? A może to już zupełnie inna historia? Po raz kolejny polecam uruchomić wyobraźnię.

"Pesten i trappan" - rysunek z wkładki płyty


Płyta zawiera cztery utwory. Czwarty, „Tomhet” zagrany w całości na klawiszach za pomocą może czterech dźwięków (ktoś już dawno temu powinien puścić to Mortiisowi – tak panie nietoperz, da się) chyba tak naprawdę najlepiej obrazuje tę pustkę i mizantropię. Jego prostota poraża ale głębia powala. I taka dla mnie jest cała ta płyta. Powalająca. Jedna z najlepszych w black metalu. Pierwszy raz usłyszałem ją pewnie około roku 1995 i do tej pory uwielbiam. Szkoda, że już mało kto podchodzi tak do black metalu.

p.s. Theodor Kittelsen pewnie doczeka się tu osobnego tekstu. Bo mu się należy.

Posiadam dwa wydania. Pierwsze to digipack, Misanthropy Records/Cymophane Productions, 1994 rok. Numer katalogowy Amazon 001/Eye 002.





Drugie to wznowienie. Byelobog Productions, 2010. Numer katalogowy BYE003CD.





Hvis Lyset Tar Oss na Discogs:

środa, 27 kwietnia 2016

Borknagar, czyli wszystko przez kobiety.

Dla Marty.
Dziś nie będziemy wracali do zamierzchłej przeszłości, choć początek tej historii to 1996 rok, więc pewnie dla niektórych średniowiecze. Właśnie w tym roku na Świat Norwegia wypuściła kolejny świetny album, czyli debiut Borknagar. Był to, jak się później okazało, początek długiej i owocnej kariery zespołu kierowanego przez Oysteina G. Bruna. Dla mnie był to jeszcze okres, w którym wszystko co opuszczało fiordy, przykuwało mą uwagę. Trudno więc było stać obojętnie, gdy pojawia się nowy zespół a w nim Garm z Ulver czy Ivar z Enslaved.

  
Debiut bardzo mi się spodobał, potem jeszcze zapoznałem się z kolejną płytą i kontakt się urwał. Oni nagrywali, ja nie słuchałem. Różne były tego powody, nie ma sensu się wgłębiać.
Los płata nam jednak figle i na starość Borknagar powrócił. I to w jakim stylu! Pod postacią pięknej kobiety, którą pokochałem. Okazało się, że moja luba jest wielką fanką Norwegów. Cóż począć, trzeba było szybko nadrabiać zaległości. Był to dobry moment bo panowie właśnie nagrali swój dziesiąty album – Winter Thrice. Pierwsze przesłuchanie przyniosło szybką konkluzję – ich twórczość mocno się zmieniła. To co pamiętałem z lat 90-tych było brutalniejsze, mocniejsze i bardziej „norweskie”, jeśli wiecie o co mi chodzi. Nie znaczy to jednak, że nowy Borknagar jest zły. Oj nie. Jest bardzo dobry, mnie ta płyta weszła szybko i do tej pory siedzi. Dodatkowym plusem, dla mnie wręcz plusem wielkości lądowiska dla helikopterów, jest powrót za mikrofon Garma, który wystąpił tu gościnnie w dwóch utworach. Bardzo cenię tego człowieka i uwielbiam jego wokal. Tu mamy z moja panią problem, bo ona jest zwolenniczką Vortexa – po wielogodzinnych dyskusjach doszliśmy jednak do kompromisu – obaj są świetni. Winter Thrice to zresztą wokalny orgazm, bo mamy tu czterech wokalistów. Daje to wspaniały efekt różnorodności i zmian atmosfery. Podniosły Garm i szalony Vortex. Krzyki Vintersorga i spokojne wokale Larsa Nedlanda. Najlepsze jest to, że album nie jest skomponowany pod nich. Muzyka sobie, wokale sobie. To wszystko jednak pasuje, bo panowie mają takie głosy, że mogą zaśpiewać wszystko.  



Borknagar na debiucie wytyczył sobie pewną drogę, która podąża do dziś, tylko ją poszerzając. Powstał w momencie, gdy norweski black metal się kończył, postąpił więc najlepiej jak mógł – wziął z niego co najlepsze, doprawił po swojemu progresywnymi motywami i folkowymi aranżami i powiedział reszcie sceny „do widzenia”. Ruszył drogą, którą później poszli choćby Enslaved, jednak to Borknagar był pierwszy. Oystein G. Brun miał jasną wizję, dobrał sobie dobrych kompanów i trzyma się swego. Lubię takie powroty. Moje oczywiście, bo oni trwali. Momentami czuję się, jakbym poznał kompletnie nowy zespół. Przerwę nadrabiam szybko, łykając poszczególne albumy. Nie wszystkie są tak dobre jak debiut czy Quintessence lub Urd, ale na każdym znajdziemy coś ciekawego.
Jakiś czas temu grali w warszawskiej Progresji i oczywiście się wybraliśmy. Zagrali dobry koncert, świetnie bawiąc się na scenie. Widać było, że to kochają, wciąż mają entuzjazm i świetnie się rozumieją. Luba zachwycała się Vortexem a gdy zagrali Colossusa, zwariowała Mnie na koniec zachwycili tytułowym utworem z Winter Thrice, czyli oboje wyszliśmy bardzo zadowoleni.
Cieszę się, że wróciłem do Borknagara i mam zamiar już na bieżąco śledzić ich poczynania. Duża, wręcz ogromna w tym zasługa Marty – dziękuję!

Debiut, czyli Borknagar - Borknagar. Posiadam wznowienie z roku 2012. Hammerheart Records, numer katalogowy HHR2012-31. Nie zawiera na szczęście żadnych bonusowych utworów. 




Debiut na Discogs:

Winter Thrice, wydanie Century Media, 2016 rok. Numer katalogowy 88875175212.




Winter Thrice na Discogs:

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Reign in Blood, czyli jedz wolniej!

Wiosna 1992 roku. Jakiś czas temu byliśmy już w tym okresie za sprawą Master of Puppets (o niej tutaj). Tym razem jednak autor był już po wysłuchaniu trzeciej płyty Metallicy i po potężnym ciosie z tym związanym. Scorpions i AC/DC wciąż byli ważni (do tej pory są, AC/DC nawet bardzo) ale pojawiła się nowa siła. Czułem, że przede mną wielka przygoda i chciałem rozpocząć ją jak najszybciej. Byłem młody i w gorącej wodzie kąpany a zarazem kompletnie zielony w kwestii metalu. To nie najlepsza mieszanka, ale wtedy kompletnie się tym nie przejmowałem.
Wody metalowego oceanu są ogromne i głębokie, łatwo się zgubić lub zatonąć. Zatonąłem jakiś czas później, jak najbardziej świadomie, jednak najpierw się zgubiłem. Aż głupio się do tego przyznać, więc jeszcze trochę ten moment odwlekę. Dokonajmy podsumowania: za mną rok słuchania Scorpions i AC/DC. Dosłownie przed momentem poznałem pierwszą w swoim życiu metalowa płytę – Master of Puppets, która rozwaliła mnie i powaliła na kolana. Teoretycznie więc przygotowanie miałem nie najgorsze. Z drugiej strony, słuchałem do tego momentu rzeczy skocznych aczkolwiek lekkich i melodyjnych. Metallica i jej Master… dopiero zaczynała we mnie żyć i nie do końca zdawałem sobie sprawę, że może być coś mocniejszego (przed chwilą zszokowało mnie istnienie samej Metallicy!). Chyba po prostu nie byłem jeszcze gotów na kolejny krok w tak krótkim okresie czasu.
Zachwyciwszy się mocą Masterki, pewnego pięknego wiosennego dnia wybrałem się do Migacza. Był to butik na sąsiednim osiedlu, taka drewniana budka o standardzie tylko trochę lepszym niż przeciętna altanka na działce. Jej przewaga nad altanką polegała jednak na tym, że wypełniona była muzyką. Kasety (pirackie oczywiście), naszywki, koszulki, wpinki itd...Sporo tam tego było a ogromną część asortymentu stanowił metal. Rozentuzjazmowany wpadłem do środka jednak zaraz potem czar prysł bo tak naprawdę kompletnie nie miałem pojęcia co nabyć. Sam nie wiem czemu po prostu nie kupiłem wtedy jakiejś Metallicy. Może chciałem jak najszybciej wypłynąć na ten ocean? Nie wiem. Wiem, że sprzedawca doradził kasetę z bardzo „złą” okładką i równie złym tytułem – Reign in Blood. Tak, to był Slayer. Bardzo podniecony wróciłem do domu i bach kasetkę do poczciwego Kasprzaka. I co? I klapa. Jakimś cudem, w tamtym momencie mojej edukacji muzycznej, uznałem, że tego nie da się słuchać, brak w tym melodii, muzyki i sensu. Kaseta powędrowała do kąta i musiała jeszcze troszkę odczekać a ja skierowałem się ku reszcie dyskografii Metallicy.
Oczywiście nadszedł dzień powrotu Reign in Blood. Nadszedł dzień miłości do Slayera. Musiał, bo przecież to potęga a Reign in Blood to ponadczasowa klasyka. Wtedy to po prostu był zły czas. Za szybko, za wcześnie, zbyt łapczywie. A mama zawsze mówiła – wolniej, bo się zadławisz.

Posiadam remastera z bonusowymi utworami. Wydanie American Recordings, 2013 rok, numer katalogowy 0602537352241.




Reign in Blood na Discogs:

środa, 20 kwietnia 2016

Czas Przed Czasem, czyli Największa Metalowa Tajemnica.

Wracamy do zamierzchłej przeszłości. Lata 1993-1995 wypełnione były poznawaniem, odkrywaniem i eksplorowaniem metalowej sceny. Pisałem już o tym, ale powtórzę – nie było internetu, który podpowiadał, pomagał i pozwalał posłuchać. Nie było sklepów internetowych. Nie było zatem łatwo. Było jednak dzięki temu fajnie. Poznawaliśmy dziesiątki zespołów za pomocą poczty, targowiska i starszych kolegów. Poczta Polska odegrała niepoślednią rolę w rozwoju rodzimej sceny metalowej – przesyłanie sobie kaset, zinów i flyerów miało w pewnym momencie wymiary gigantyczne. Ja załapałem się na końcówkę tego czasu, cieszę się, że jednak mi się udało.

To był także okres dużej, by nie powiedzieć wielkiej fascynacji death metalem, która potem przeszła w black. Był to też czas bluźnierczy, wypełniony konszachtami z diabłem. W jednym z wcześniejszych tekstów wspominałem o kupowaniu wszystkiego co miało szatańską okładkę. Wszystkie kryteria takiej okładki spełniała ta z „Time Before Time”, tajemniczego wtedy dla mnie zespołu Imperator. Zawsze gdzieś obecna, jednak nienamacalna.




Człowiek dostawał przesyłkę a tam wśród flyerów Imperator. Kupujesz zina, czy już jakiś bardziej profesjonalny magazyn a tam albo wywiad albo trzydziestu innych muzyków powołuje się na inspirację Imperatorem. No jasny gwint! Co to za kapela? W pewnym momencie urosła dla mnie do rangi Największej Metalowej Tajemnicy a zarazem Największego Kultu. Musiałem położyć swoje łapy na tej płycie, jednak zawsze jakoś mi umykała. Kiedy wreszcie się udało, nie zawiodłem się. Balon nie był napompowany za mocno, nie pękł. Ta płyta to arcydzieło gatunku, absolutnie dzieło ważniejsze wg mnie od Ultimate Incantation Vadera czy Invisible Circle Armagedon. Najlepsza polska płyta death metalowa i jedna z najlepszych w ogóle. Koniec kropka, nie przyjmuję sprzeciwu. 




Ta moja prywatna historia z Imperatorem świetnie wpisuje się w historię zespołu, który częściowo taką tajemnicą był. Imperator, polska legenda, której coś umknęło. Coś nie zagrało i bezpowrotnie przepadło. Wizjonerskie podejście do muzyki, koncerty połączone z teatralnymi przedstawieniami, zdjęcia, cała otoczka – to wszystko zbudowało obraz zespołu nietuzinkowego i mającego przed sobą wielką przyszłość. Niestety, tak się nie stało. Właśnie, czy naprawdę niestety? Po „Time Before Time” zespół nagrał jeszcze dwa utwory, które jednak są zupełnie inną bajką, już nie tak dobrą. Jeśli kolejna płyta miałaby być właśnie taka, to może dobrze, że nigdy nie ujrzała światła dziennego. Mamy wspaniały, kultowy „Time Before Time” i nim się cieszmy!

Pierwszym nośnikiem na którym miałem „Time...” była kaseta z Metal Mind. Później nabywałem piękne wydanie CD z Pagan Records. Są tam dodane właśnie te dwa utwory i jest bardzo obszerna książeczka wypełniona tekstami i historią zespołu autorstwa Bariela. Pagan Records, 1997 rok, numer katalogowy Moon CD 007.  






Time Before Time na Discogs:

niedziela, 17 kwietnia 2016

Darkness, czyli co to jest sidi.

Dawno dawno temu, gdy nie było internetu, gdy większość telewizorów to były Rubiny, gdy jeździło się do „erefenu”, pewien młodzieniec poznał płytę CD. To właśnie był owoc wizyty w erefenie :) Nie, nie, mnie tam nie było. Był ojciec kolegi. Ojciec kolegi miał tam rodzinę i często jeździł. Kolega w tamtym czasie był moim najlepszym kumplem i siedzieliśmy razem w ławce. Razem się bawiliśmy (wiecie, urodziny itd.), razem sklejaliśmy modele, potem nawet razem muzykowaliśmy.

Pewnego dnia, będąc u kolegi z wizytą, kolega pokazał mi pudełko plastikowe i mówi, że to płyta. Wiecie, dla mnie istniały tylko kasety. A tu nagle coś takiego. Pieron wie co to. A on mówi, że to „sidi” - taka kaseta, tylko cieńsza i lepiej gra. Jako że u kolegi zawsze były pieniądze to miał nawet odtwarzacz do tego sidi. Tata kupił. W erefenie. Kolega po prostu poprosił tatę, by mu z Niemiec przywiózł coś metalowego. „Z szatańską okładką, tato.” Tata spełnił życzenie. I tak poznaliśmy Darkness. Niemiecki thrash metal. Tamta płyta jest pewnie teraz białym krukiem, pierwsze wydanie. Ciekawe, czy on nadal ją ma?

Wsadził to cudo do odtwarzacza i zaczęliśmy słuchać. Ogień jak cholera. Docieramy do ósmego utworu. „Burial at sea”. Szaleństwo. Co za kawałek! Ten akustyk na początku i później refren! Ludzie, przecież to jest piękne. Kilka lat później już wiedziałem , że niemiecki thrash metal to nie przelewki. Kilka lat później miałem już swój odtwarzacz sidi. Miałem też masę płyt. Wiele lat później w pewnym sklepie zobaczyłem tę płytę. Darkness. Death Squad. Nawet nie zastanawiałem się sekundy. Musiałem ją mieć. Jak małe dziecko wpadłem do domu i odpaliłem od razu ósmy numer. Burial at sea. Wszystko wróciło. Wspomnienia. Nie mam już kontaktu z tym kolegą, nasze drogi się rozeszły, ale myślę, że gdybyśmy mieli teraz znaleźć coś najbardziej wspólnego, byłby to ten numer.


Kiedy teraz na to wszystko patrzę, wiem, że ta płyta, ten numer, mnie w jakimś stopniu ukształtowały jako fana muzyki. To był wielki dzień, wielki cios. Darkness. Posłuchajcie, polecam. 

Posiadam oczywiście wznowienie, z bonusowymi utworami. Nie jest to jednak aż tak wielki minus, biorąc pod uwagę dostępność nagrań Darkness. Battle Cry Records, 2005, numer katalogowy BC009.






Death Squad na Discogs:

sobota, 9 kwietnia 2016

Anima Lucifera, czyli czemu warto czekać.

Sacrilegium. Kiedyś dawno temu istniał taki zespół, wydał kilka demówek, split i jednego długograja (o nim tutaj). Potem przepadł w mrokach nadmorskich ciemności i nastała cisza. Wejherowo mogło odetchnąć ;) Dla jednych był to zapewne zespół jakich setki, dla innych, w tym mnie, kultowy i bardzo ważny. Po pierwsze to oni jako jedni z pierwszych przecierali w tym kraju ścieżki black metalu, po drugie płytą „Wicher” kupili mnie na zawsze. Kiedy więc dowiedziałem się w 2015 roku, że wracają, bardzo się ucieszyłem. Jednak chwilę potem dopadło mnie zwątpienie – a jeśli nie podołają? Jeśli zburzą mi tą legendę? Znamy takie przypadki. Życie potrafi się okrutnie obejść z powracającymi tuzami sceny. Poza tym, to black metal. Nie do końca potrafię to wyjaśnić, ale odnoszę wrażenie, że w takim thrashu czy death metalu jest to prostsze. W black metalu łatwo zostać swoją własną karykaturą i to bez kilkunastu lat przerwy w aktywnej działalności.

Pierwszy ukazał się singiel „Angelus”. To sześć wersji jednego utworu z nadchodzącej płyty (studyjna, demo i cztery remixy popełnione przez innych artystów). Bardziej wydawnictwo ciekawostka niż coś, czego słuchałbym namiętnie. Ale szacunek za tak obszernego singla. Studyjny numer zapowiadał jedno – powrotu do lasu nie będzie. Wicher to był prawdziwy hymn dla natury, pogaństwa i dawnych bogów. Ale to se ne wrati. Panowie znowu zapuścili rogi i wyhodowali ogony. Ciemność po raz kolejny spadła na Wejherowo i wisiała tak do marca 2016 roku, gdy wreszcie uwolniła spod swych skrzydeł album „Anima Lucifera”.

Ta płyta to 10 kompozycji, w tym intro i outro (tu zwane preludium i epilogiem). Słuchałem już jej wiele razy i coraz bardziej mi się podoba! Warto było czekać. Pierwsze przesłuchanie zaskoczyło, szczególnie początek drugiego (po preludium) utworu – brzmi bardzo heavy, nastrojowo i klimatycznie ale ni w ząb blackowo. Potem zaskakuje wokal – tu niestety in minus. Jest słaby. Latka lecą i naprawdę nie wiem czy nie lepiej było wziąć kogoś świeżego na mikrofon. Na szczęście im dalej w las, tfu, w piekielne otchłanie, tym lepiej. Tak jakby Nantur nagrywał wszystko za jednym strzałem i rozgrzał się dopiero przy czwartym kawałku. Zwracają uwagę bębny – bardzo mocno kojarzą się z tymi z „Wicher”. To chyba najmocniejszy łącznik. Drugi to ta łatwość komponowania odczuwalna w utworach i pewne typowe dla Sacrilegium nietypowe schematy. Nic w tym złego, wręcz przeciwnie. Dzięki temu ta płyta jest ciekawa, nic tu nie jest oczywiste. Zaraz po blastach wchodzą miłe dla ucha riffy rodem z heavy metalu by przejść w klawisz (dość oszczędnie używany, jednak fajnie budujący atmosferę) a ten następnie płynnie wpuszcza na pierwszy plan gitarowe melodie. Tak, to niby jest black metal, ale myślę, że gdyby tę płytę postawić obok kanonów gatunku, momentami odbiegała by niesamowicie mocno. Wystarczy posłuchać niesamowitych gitar w utworze „...in Soul”. Co za klimat i przestrzeń! Właśnie, klimat. Sacrilegium zawsze potrafiło go budować – czy to Szatan czy Perun, wiedzieli co zrobić by nastrój był właściwy. No i po raz kolejny się udało. Jest kilka takich momentów na tej płycie, że ręce same składają się do oklasków a gęba się śmieje, bo człowiek się cieszy, że jego dawni mistrzowie znowu dali radę. Dla mnie to jeszcze o tyle fajne, że jakoś nie jestem fanem tego dzisiejszego polskiego black metalu (Morowe, Odraza, Mgła itd.) a ta płyta udowadnia, że nadal można ten gatunek zagrać świeżo i ciekawie. A przy okazji utrzeć nosa młodzikom.

Bardzo się cieszę, że panowie postanowili coś jeszcze razem nagrać pod tym szyldem. Ta płyta żadnej legendy nie psuje, wręcz przeciwnie, utrwala ją. Niedawno zagrali jedyny po reaktywacji koncert i podobno wypadli świetnie. Fachowcy, proszę państwa. Brawa.


Sacrilegium – Anima Lucifera. 7,5/10 (gdyby nie wokale, byłoby 8,5)

Zdjęcia. Pierwszy Angelus. Wydanie Pagan Records, numer katalogowy Moon 101.




Angelus na Discogs:

A teraz Anima Lucifera. Także Pagan Records, numer katalogowy Moon 102. 






wtorek, 5 kwietnia 2016

Krew Ogień Śmierć, czyli kwiecień plecień.

Mam problem z tą książką a ja nie lubię mieć problemów z książkami, bo po prostu, najzwyczajniej w Świecie, zaliczam się do tej nielicznej części społeczeństwa, która lubi czytać. Teoretycznie problemów nie powinno być żadnych. Primo – to książka o metalu. Secundo – o szwedzkim metalu. Wreszcie tertio – sam tytuł i okładka zachęcają do przeczytania już z daleka. Krew Ogień Śmierć czyli Blood Fire Death – tytuł jednej z kultowych płyt Bathory. Podtytuł – historia szwedzkiego metalu i na dokładkę zdjęcie wymalowanego faceta jednoznacznie oznajmiające – ta książka jest brutalna! Niestety, nie do końca.  



Podtytuł jest mocno zwodniczy i mylący. Ta książka nie opisuje historii metalu w Szwecji. To raczej zbiór reportaży dotyczących najważniejszych wydarzeń i zjawisk na szwedzkiej scenie zamkniętych w poszczególnych rozdziałach (autorzy we wstępie wspominają o tym). Moim skromnym zdaniem przyjęcie takiego sposobu narracji i opowiadania historii metalu książce na dobre nie wyszło.

Pisząc te słowa słucham Entombed – Left Hand Path. O nich akurat jest dość sporo (poświęcono im cały rozdział) i oczywiście nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Poświęcając im jednak cały rozdział, czemu nie zrobić tego samego w przypadku At The Gates czy Unleashed? A może Tiamat czy In Flames? Albo Marduk czy choćby niekwestionowana legenda hard rocka czyli Europe? Nie wiem jakie były kryteria doboru, ale kiedy widzę, że Bathory ma swój rozdział (na szczęście!), który liczy sobie 20 stron, a taki zespół kretynów z zaburzeniami psychicznymi czyli Shining zostaje przedstawiony na 40 stronach to coś tu jest nie tak. Wiem, że Szwedzi swoje zboczenia mają i stąd pojawiły się na przykład bardzo słabe i kompletnie niepotrzebne rozdziały o skrajnej prawicy i kobietach w metalu. Nudne, ale rozumiem, czasy takie, że pewnych rzeczy poprawność polityczna wymaga. Oczywiście nie wszystkie historie są złe. Bardzo ciekawy jest rozdział opowiadający historię Pellego Ohlina czyli słynnego wokalisty Mayhem o pseudonimie Dead. Ten rozdział nawet mnie, człowieka długo siedzącego w temacie, potrafił kilka razy zaskoczyć. Dobry jest rozdział o Dissection (ostatni wywiad Jona), ciekawy o metalu i jego związkach z mediami. Stanowczo po macoszemu potraktowano wizytówkę kraju Wikingów – czyli death metal – 22 strony (doliczając rozdział o Entombed to 36). Kpina. Parę fajnych rzeczy dowiemy się z rozdziału poświęconego Bathory, jednak jak na taką legendę, to za mało.

Podsumowując – Krew Ogień Śmierć to po prostu książka bardzo nierówna. Generalnie tak się złożyło, że pierwsza połowa jest dobra, druga dużo słabsza. Jest jak album, który na początku bardzo się Wam podoba ale w pewnym momencie słuchacie już tylko by dosłuchać. Jest jeszcze jeden problem i tu muszę wrzucić ogromny głaz do ogródka wydawcy – tłumaczenie i korekta kompletnie momentami leży. Jest sporo błędów, literówek, problemów z interpunkcją. Nie przeszkadzają w generalnym odbiorze, ale co większych purystów będą irytowały. Drugi głaz dla wydawcy – cena. Stanowczo za wysoka. Pomimo tego wszystkiego oczywiście zachęcam do przeczytania, bo po pierwsze czytać należy, po drugie, kilka rzeczy na pewno Was zaciekawi.  

Krew Ogień Śmierć - historia szwedzkiego metalu. Autorzy: Ika Johannesson i Jon Jefferson Klingberg. Wydawnictwo Kagra. Wydanie pierwsze, październik 2015.

sobota, 2 kwietnia 2016

Krzysiek

Kiedy wspominamy stare czasy, dawne przygody, często wiążą się one z konkretnymi osobami. W przypadku muzycznych podróży mojej młodości jest dokładnie tak samo. Jak pewnie już zauważyliście, wiele płyt czy wręcz całych gatunków odkrył dla mnie ktoś inny. Ale to było wtedy normalne. Mieliśmy to szczęście, że było nas kilku – bardzo mocno przyspieszało to odkrywanie nowych zespołów i wydawnictw. W czasach bez Internetu była to wartość nie do przecenienia. Scena była na początku lat dziewięćdziesiątych już mocno rozwinięta, więc praktycznie nie było dnia (przez kilka lat!) bym nie poznawał czegoś nowego. To był szalony rollercoaster, ekspres w ciemność, ku najbardziej ekstremalnym gatunkom. Nie tylko jednak koledzy byli ludźmi, którzy otwierali przede mną muzyczny Świat. Był też Krzysiek.
Stary targ

Krzysiek otwierał go przed nami wszystkimi.

Prowadził stoisko z kasetami, płytami (w późniejszym okresie), koszulkami na największym targowisku w Tychach. Na taką skalę był jedyny w mieście. Zaopatrywał się poprzez kultowy już katowicki sklep All, więc w asortymencie było wszystko co najlepsze. Bonusem było to, że sam słuchał metalu. Jego ukochanym zespołem był Iron Maiden. Uwielbiał dyskutować o ich płytach a wiedzę miał ogromną. Wiele lat później, przy naszym ostatnim spotkaniu, wyznał mi też, że kibicuje West Ham United, tak jak jego idol Steve Harris. Jako że ja jestem zagorzałym fanem Liverpool FC, wywiązała się ciekawa dyskusja o futbolu.
Krzysiek nie był dużo starszy od nas. Zaledwie kilka lat. Nie jestem w stanie policzyć ile kaset zagościło u mnie w domu dzięki jego pomocy. „Szukasz czegoś w stylu Mayhem? Weź to i to.” „Podobał Ci się ostatni Cannibal Corpse? W takim razie ta płyta jest dla Ciebie.” Zawsze doradził, wrzucił w magnetofon by posłuchać przed zakupem. Czasami chodziło się tam tak po prostu, by pogadać. W czasach licealnych byłem tam praktycznie codziennie, bo droga powrotna wiodła przez targ. Miał też czasami z nami problemy, gdy np. trzeba było zwrócić zakupioną koszulkę Deicide, na którą mama kategorycznie zareagowała – „nie ma mowy!” (wątroba Chrystusa na talerzu to jednak było dla niej za dużo). Ale nie był to dla niego problem, on to wszystko pewnie przechodził sam i doskonale rozumiał.
Ostatni raz spotkałem go miesiąc przed śmiercią. Prowadził już wtedy stoisko na nowoczesnym targowisku, które powstało po zlikwidowaniu starego. Elegancja Francja, ciepła hala, warunki prima sort. Ale Krzysiek ten sam – uśmiechnięty, zawsze pomocny. Trochę narzekał, że biznes pada bo teraz wszystko w Internecie. To był grudzień. W styczniu zamiast Krzyśka zastałem tam jego zdjęcie z czarną wstążką. Zmarł kilka dni wcześniej na zawał. Miał wtedy 37 lub 38 lat. Młodo, za młodo. Maideni wydali od tamtego czasu jeszcze dwie płyty. Jestem pewien, że Krzyśkowi by się podobały. Kto wie, może gdzieś ich słucha?

Dziękuję za wszystko.