środa, 30 marca 2016

Wicher Falami Ognia, czyli w lesie jak w domu.

W pewnym momencie mojego żarliwego związku z black metalem (początek i rozwój) Papcio Szatan zaczął mnie opuszczać. Nasze drogi zaczęły się rozchodzić gdy ja poszedłem w stronę rodzimych wierzeń a on pozostał w kotle z siarką. Młody maniak porwany piekielnym uniesieniem zaczynał rozumieć, że Szatan to tylko kolejny z wytworów katolickiego przemysłu fantastyki stosowanej i wiara w niego ma taki sam sens jak wiara w katolickiego boga. Dobrze się też złożyło, że w tamtym okresie na scenie mocno widoczny był skręt w stronę pogaństwa, rodzimowierstwa czy jakkolwiek to nazwiecie.  
Tychy to takie fajne miasto, które otoczone jest pięknymi lasami. Wiem, trudno w to uwierzyć, biorąc pod uwagę, że miasto leży na Górnym Śląsku, zaledwie 20 km od Katowic. Prawda jest jednak taka, że kiedyś była tu potężna Puszcza Pszczyńska a lasy, które podchodziły pod nasze osiedla, były jej pozostałościami. Po wyjściu z bloku, mogłem w lesie znaleźć się w 5 minut. I często z tego przywileju korzystałem. Wiosna, lato, jesień, zima – to nie grało roli. W tamtym czasie spędzaliśmy więcej czasu w lesie niż w barach. Nie było komórek, Internetu, były za to długie spacery i dyskusje. O muzyce, filozofii, wierze, nauce no i o dziewczynach oczywiście też Mieliśmy swoje ulubione miejsca a nawet ulubione drzewa. Znaliśmy każdą ścieżkę i polanę. Byliśmy u siebie. To było nasze miejsce, nasz drugi dom, nasza ucieczka od rzeczywistości. I kochaliśmy to.  
Jedno z ulubionych miejsc

Nie sposób nie wspomnieć tu o tych wszystkich, z którymi te lasy przemierzałem, czy też muzykowałem (zespół nazywał się Wicher i był pogański do granic możliwości – kto wie, może i o nim kiedyś coś więcej napiszę). Osa, Kołtun, Ziober, Michał, Fajfer, Kastet i inni. Dzięki panowie. Wielu rzeczy się wtedy słuchało, choć na czoło zaczęły się wysuwać zespoły, które sławiły wiarę przodków. Tak jak w przypadku poprzedniego posta miałem problem z dobraniem reprezentatywnej płyty, tak teraz nie miałem żadnego. Gdy myślę o tamtym okresie jedno wydawnictwo od razu pojawia mi się przed oczami. Jedna nazwa i jeden tytuł płyty. Sacrilegium. Wicher. Dla mnie osobiście jedna z najważniejszych polskich płyt black metalowych (na potrzeby tekstu nie będę wchodził w używanie terminów typu pagan black metal, pagan metal itd.). Materiał ukazał się w 1996 roku i do tej pory, pod względem klimatu, nikt go wg mnie nie pobił. To jest właśnie to co wyróżnia „Wicher” – klimat. Ta płyta wręcz krzyczy , że kocha las, naturę, dawnych bogów i Bałtyk. Nie ma ani chwili wątpliwości. Możesz siedzieć w domu i słuchać jej na najnowocześniejszym sprzęcie, ale z pierwszymi dźwiękami odnajdujesz się momentalnie w lesie, tysiąc lat temu… A kulminacją tego albumu jest utwór epokowy, wielki i tak uniwersalnie zawierający w sobie wszystko co powinien hymn zawierać – „Wicher Falami Ognia”. Tekst znam na pamięć do dziś. Jestem pewien, że obudzony w środku nocy potrafię wyrecytować c o najmniej pięć pierwszych wersów. Nie mam wątpliwości, że kilka innych osób też ;) Nie zliczę ile razy śpiewaliśmy ten tekst na naszych leśnych wyprawach. Jestem także pewien, że ten tekst zainspirował kilka liryk, które stworzyłem dla naszego bandu Wicher (oryginalna nazwa zespołu, prawda?).   
Autor pod ulubionym dębem

".....Pękła topiel ostrzami cięta
wielkich nożyc, wypłynął z dna klocem
lipowego drewna w muł i zielsko obrosły,
utopiony bożyc i ożył…"



Bożyc ostatnio faktycznie ożył i powrócił, choć już z diabelskimi skrzydłami…Sacrilegium zafundowali sobie niedawno powrót na scenę albumem „Anima Lucifera”. 20 lat po „Wicher”. Ale o tym już w jednym z kolejnych tekstów.  
Posiadam wydanie Pagan Records. 1996 rok, numer katalogowy Moon CD 003. 




Wicher na Discogs:

poniedziałek, 28 marca 2016

Ciemność widzę, ciemność.

1994 – 1995. Ciemność. Widział ją bohater Seksmisji, grany przez Jerzego Stuhra, widziałem ją i ja. Widziałem, czułem i dotykałem. Ona była moim światem, otoczeniem, powietrzem i wodą. Black metal i rogaty kozioł. Papa Szatan był wszystkim. O tym jak ta podróż się zaczęła, pisałem tutaj. Był to też czas, gdy black metal święcił (sic!) triumfy. Norwegia wypluwała coraz to nowsze, bluźniercze akty a za nią szły inne kraje. Liczba wymalowanych mord na scenie była większa od ilości wiernych na pasterce. Nie wszyscy potrafili dobrze grać ale wszyscy wyglądali jak samo zło i byli tak mroczni jak piekło, którym ksiądz straszył na katechezie. Żarty się skończyły, wojna trwała na całego. W Norwegii płonęły kościoły i ginęli ludzie a w oczach młodego chłopaka wyglądało to jak początek rewolucji. Rewolucji, której chciało się być częścią. Wtedy, na początku, polegało to na słuchaniu wszystkiego co black metal wydał na Świat. Kryterium zakupu kasety czy płyty było proste – jeśli na okładce był wymalowany ryj jakiegoś młodzieńca lub więcej niż jeden pentagram albo odwrócony krzyż – wydawnictwo momentalnie lądowało w mojej kieszeni. Dość szybko odkryłem, że „bardzo zła i mroczna” okładka nie gwarantuje wysokiego poziomu muzycznego, ale pamiętajmy – black metal to ideologia, muzyka dla mnie zawsze była na drugim planie ;)

Fenriz
Autor tekstu. 1996 rok.

Długo myślałem, która płyta będzie najlepsza do zilustrowania tamtego okresu i wszystkiego co się z nim wiązało. Bogactwo wyboru nie zawsze jest powodem do radości. Finalnie padło na Darkthrone i ich drugą płytę - A Blaze in the Northern Sky. Z kilku powodów. Po pierwsze, na okładce jest wymalowany gość. Po drugie, to jedna z najlepszych płyt w historii norweskiego black metalu. Po trzecie, ma wspaniały tytuł, oddający poetycko istotę całego ruchu black metalowego w tamtych czasach. Po czwarte i ostatnie – odkryłem ją sam. To druga płyta w dyskografii Darkthrone, pierwsza tak naprawdę black metalowa. Sam Fenriz twierdzi co prawda, że tylko trzy utwory na tej płycie to black metal, reszta to jeszcze death (taka była jedynka w ich dorobku – Soulside Journey), ale ja się z nim nie zgadzam. A nawet jeśli ma rację, to wyszło z tego połączenia coś pięknego. Pewnie nie o to Norwegom chodziło, bo już na kolejnej płycie się poprawili i stworzyli bardzo podziemny materiał. „A Blaze...” to ich przetarcie szlaku, wejście w pewne novum i chyba dlatego tak fajnie ta płyta wyszła. Jest to kanon black metalu nie do końca stylistycznie czysto black metalowy. Nie zmienia to faktu, że jest na tej płycie zło. Wystarczy posłuchać samego intro, będącego jednym z najlepszych wstępniaków w historii gatunku.  

Posiadam dwupłytowe wznowienie z 2012 roku. Peaceville Records, numer katalogowy CDVILED415X. Druga płyta to muzyka z równoczesnym komentarzem Fenriza. 





A Blaze in the Nothern Sky na Discogs:

sobota, 26 marca 2016

Oczekiwanie u bram, czyli o wierności i o odrodzeniu.

At The Gates, bo o nich będzie mowa w dzisiejszym tekście, poznałem zapewne pod koniec 1993 roku. Był to okres gdy liczba nowych kapel death metalowych poznawanych każdego tygodnia była większa niż ilość kalorii w obiadach mojej mamy (wspaniała, polska kuchnia, którą kocham do dziś). Często kaseta lądująca w magnetofonie szybko go opuszczała, ale były zespoły, które zostawały na dłużej. A były też takie, które zostały do dzisiaj i zdążyły w tym czasie urosnąć do rangi kultu totalnego. Największym zwolennikiem ATG w naszym gronie był bez wątpienia Dominik (facet miał ogólnie dobry zmysł odkrywczy – Bathory to też jego zasługa) i to właśnie dzięki niemu usłyszałem „With Fear I Kiss the Burning Darkness”, czyli drugą płytę Szwedów. Intrygująca okładka, bez wnętrzności, diabłów, pentagramów i tego typu piekielnych atrybutów. Muzyka inna od wszystkiego co słyszałem. Chaos kontrolowany, połamane harmonie i rytmy. No i dzikie krzyki Tompy. Szwedzki death metal. Jedna z ikon gatunku, choć wtedy jeszcze o tym nie wiedziałem. Szybko zapoznałem się z jedynką w ich twórczości – „The red in the sky is ours”. Okazało się jednak, że ta płyta nie przypadła mi aż tak do gustu i do tej pory mam z nią problem. Wydania „Terminal Spirit Disease” i „Slaughter of the Soul” przeżyłem już “na żywo”, bo to odpowiednio 1994 i 1995 rok. Jak wszyscy maniacy wiedzą, ta ostatnia to prawdziwy hit, cios potężny jednak zarazem pewna zmiana stylistyki – utwory to wręcz hity, chwytliwe, średniej długości numery, mocno różniące się od wcześniejszych połamanych i dzikich kawałków. Ale co z tego? To wspaniała płyta. Płyta, która uczyniła Szwedów nieśmiertelnymi. Przynajmniej w naszych oczach, bo zespół krótko potem się rozpadł. Teoretycznie najlepiej odejść, gdy jest się na szczycie, niedosyt jednak pozostał. Chcieliśmy więcej. Mijały lata, szwedzki death metal z najlepszych lat odszedł w zapomnienie. Nagle, w 2014 roku pojawia się informacja, że będzie nowa płyta At The Gates! Co za radość! Zaczęło się oczekiwanie. Końcowe oczekiwanie dziewiętnastu lat czekania, choć oczywiście nikt przez te 19 lat tego nie brał pod uwagę. 19 lat! Ludzie, przecież to prawie wieczność! Wreszcie zbliża się premiera, płyta już zamówiona. Jest awizo, bieg na pocztę, powrót do domu i nie ma mnie. Znikam. Słuchawki, książeczka z tekstami otwarta i jedziemy! „At war with reality” nie zawiodła, ale też nie powaliła. To płyta świetna, chyba po prostu zbyt wielkie były oczekiwania i za bardzo nadmuchany balon. Jednak podkreślam, nie zrozumcie mnie źle – bardzo mi się podoba i uważam, że to jeden z tych powrotów, które wytrzymały zderzenie z wielkością nazwy swych twórców. Jak wiemy, nie wszystkie takie powroty skończyły się dobrze. Potem był pierwszy w moim życiu koncert Szwedów (wcześniej po prostu nie było okazji) w Proximie, jeszcze tego samego roku drugi – na Brutal Assault Festival. Nie zawiedli. Na żywo to machina wojenna nie biorąca jeńców. 19 lat. Tyle czekałem na powrót legendy. Ludzie rodzili się i umierali, wchodzili w dorosłość, zaczynali słuchać metalu, przestawali go słuchać. A ja trwałem. Co pewien czas wracałem do starych wydawnictw bez nadziei na nowe. Niespodzianka przyszła nieoczekiwanie (jak to niespodzianki mają w zwyczaju), jednak cieszę się bardzo, że była mi ona dana i dziękuję za to losowi. Bo legenda żyje i ma się dobrze.  
Posiadam wydanie zremasterowane i z bonusami niestety. Niestety, bo tego pieroństwa nie lubię :) Earache Records 2002 rok. Numer katalogowy Mosh 143CD.




Slaughter of the Soul na Discogs:

Tu zaszalałem i zafundowałem sobie wydanie "digi book" :) Century Media, 2014, numer katalogowy 9984380.




At War with Reality na Discogs:

czwartek, 24 marca 2016

Wigilia, czyli najlepsze są norweskie kolędy.

1995 rok. Na Lencewicza panuje już mrok i wieczna noc. Liczy się tylko wieczna zima, ciemność i rogaty wpisany w pięcioramienną gwiazdę. Totalna wojna z chrześcijaństwem i bunt przeciwko wszystkiemu co z tym związane. W końcu „Black Metal ist krieg!”
Wigilia. Najchętniej uciekłbym z domu, bo jak się pewnie domyślacie, nie do końca licował ten zwyczaj z moimi przekonaniami. Mam jednak trochę szczęścia w życiu – rodziców, którzy są w porządku. Nigdy nie robili mi problemów ze względu na moje poglądy a poza tym, traktowali święta katolickie, jako święta rodzinne. Chodziło o atmosferę ciepła i miłości (wiem wiem, to też nie bardzo pasuje do wiecznego mrozu i totalnej nocy) w rodzinnym gronie. Nawet opłatek mogłem odpuścić. Z drugiej strony święta zawsze miały jeden wielki, niezaprzeczalny plus. Karpia. Jestem wielkim fanem mięsa, polskiej tradycyjnej kuchni (schabowy to BÓG). Ryby lubię aczkolwiek zawsze były gdzieś w tle. Poza karpiem. Karp to mistrz a smażony karp w wydaniu mojej mamy jest wprost cudowny. Jedliśmy go rzadko, więc można powiedzieć, że niecierpliwie czekałem na święta
Mama była królową kuchni i nie lubiła gdy się tam próbowaliśmy panoszyć czy jej pomagać. Siedzieliśmy więc z ojcem grzecznie w moim pokoju i słuchaliśmy sobie Immortala – Battles In the North. Dziesięć kolęd z mroźnych fiordów otaczających Bergen. Muzyka wręcz perfekcyjnie dobrana do okazji, prawda? Ojciec, rocznik 1944, przytupuje lekko nogą, bo chłopaki fajnie jadą do przodu. Po chwili jednak chwaląc, wyraża zarazem swoje wątpliwości – no fajnie grają, tylko czy on musi się tak drzeć? No musi tato, taka stylistyka. Aha. Ok. I tupie sobie dalej. Słychać już mamę wzywającą nas na uroczysty posiłek, ale ojciec mówi – jeszcze chwilka Reniu, bo fajnie grają
Trudno odmówić mu racji. Wiele płyt black metalowych nie wytrzymało presji czasu, przepadły, nie wracam do nich. Battles In the North to jednak klasyk, uważam ją za jedno z najlepszych dokonań norweskiego Black metalu. To już co prawda nie był najlepszy okres dla tego gatunku w kraju fiordów (płyta ukazała się w 1995 roku), powoli to wszystko zaczynało już trącić kabaretem (teledysk do Blashyrkh choćby) ale Bitwy przynajmniej muzycznie trzymają jeszcze bardzo wysoki poziom.  
Posiadam wydanie z 1997 roku. Osmose Productions, numer katalogowy OPCD027.




Battles in the North na Discogs:

środa, 23 marca 2016

Anthrax, czyli trudny związek i randka po latach.

Na jednej szali – Anthrax. Metalowa legenda. 11 płyt studyjnych, tysiące koncertów, miliony fanów. Zespół założony w 1981 roku, zaliczany do wielkiej czwórki thrash metalu.

Na drugiej szali – ja. Metalowy maniak. Tysiące przesłuchanych albumów, setki koncertów. Metalem zarażony 25 lat temu, zaliczany do nieuleczalnych fanatyków.

Spotykaliśmy się nie raz. Przy różnych okazjach – a to „Fistful of Metal”, a to „Among the Living”, czy wreszcie „Persistence of Time”. Były to fajne spotkania. Takie, na których jest o czym pogadać, bo obie strony mają podobne zainteresowania, wiedzą o czym mówią ale też mają konkretne oczekiwania co do tego, co usłyszą. To były spotkania dobrych znajomych, takich, co to na piwo razem pójdą ale do łóżka już raczej nie. Brakowało na tych spotkaniach chemii. Niby wszystko było ok, ale jednak zawsze czegoś brakowało.

Niedawno spotkaliśmy się znowu. Po bardzo długiej przerwie, bo w pewnym momencie jedna strona stwierdziła, że dłuższa przerwa jest potrzebna. Spotkanie zainspirowała osoba trzecia (pozdrowienia Adam!), zainteresowana moją opinią o najnowszym, jedenastym albumie Anthrax. Pomyślałem – a co mi tam, tyle już się nie widzieliśmy i nie słyszeliśmy – zaryzykuję! Żyje się raz!
Dobrze zrobiłem, bo powiem Wam, że ten nowy Anthrax, to jak dawno nie widziana koleżanka z czasów liceum – minęło 10 lat a ona ze średnio urodziwej przerodziła się w prawdziwą piękność. Taką, że aż Was zatyka. Taka właśnie była ta nasza pierwsza randka po latach. Zatkało mnie. „For All Kings”, bo taki tytuł nosi ten album, to dzieło od pierwszej do ostatniej minuty wspaniałe. Ukazał się w lutym tego roku, ale już jest mocnym kandydatem do co najmniej pierwszej piątki roku. Ta płyta ma coś, czego wg mnie nie miały poprzednie – jest w całości porywająca. Nie ma ani sekundy nudy. Praca gitar, harmonie, melodie, mięsiste prawdziwie thrashowe riffy niosą tę płytę jak odrzutowiec po tankowaniu. Panowie jakby właśnie odnaleźli drugą młodość – najlepszym dowodem są wokale Joey'a Belladonny. Facet śpiewa jakby miał raz jeszcze 25 lat. A najlepsze jest to, że ta płyta całkowicie hamuje mnie przed powrotem do starszych nagrań. Bo przecież widząc, jak piękna jest ta koleżanka z liceum teraz, nie ma potrzeby oglądać jej starych zdjęć. Lepiej poczekać i zobaczyć, co przyniesie przyszłość. Jedno jest pewne, na randkę z „For All Kings” pójdę jeszcze nie raz.

Posiadam wydanie europejskie, Nuclear Blast, numer katalogowy NB 3567-2.





For All Kings na Discogs.com:
  

poniedziałek, 21 marca 2016

Dylematy młodości, butelka na czole i urodziny, czyli wszystko by Wielbić Jego.

Październik 1996 roku. Internet podpowiada (jakie to cudowne narzędzie!), że był to dwunasty dzień tego miesiąca. Nie ma powodu, by nie wierzyć. Koncert w katowickim Mega Clubie (jeszcze tym starym) – Samael, Moonspell i Rotting Christ. W tamtym czasie wymarzony zestaw. Samael właśnie wydał Passage, Moonspell promował Irreligious a Grecy przyjechali z cudowną Triarchy of the lost lovers (o tej płycie więcej tutaj). Absolutny mus w koncertowym kalendarzu. Wiecie, to były czasy, gdy koncertów nie było tyle, co dziś. Jeździło się na wszystko na co się dało. Oczywiście do Katowic, bo w tamtym czasie (i jeszcze długo później) do Tychów nikt nie przyjeżdżał.
Siedziba dawnego Mega - budynek starego dworca

Był tylko jeden problem. Tego dnia kolega odprawiał 18-te urodziny. No i dylemat – urodziny kumpla ważne, ale jak tu opuścić takie wydarzenie? Powiedziałem sobie w końcu, że to pogodzę – najpierw koncert, potem impreza. Cała reszta ekipy wybrała tylko urodziny, więc do Katowic pojechałem sam. Stary Mega to było bardzo klimatyczne i fajne miejsce, jednak nie bardzo duże. 500 osób i już bywało ciasno. Zainteresowanie tym koncertem było tak ogromne, że nie wszyscy zostali wpuszczeni. Widziałem przed wejściem gościa, który mając bilet w ręku nie został wpuszczony. W geście protestu, krzycząc „Ave Szatan” rozbił sobie butelkę wina na głowie. Na szczęście taniego wina ;) Gdy na scenie pojawił się Rotting Christ, koledzy w Tychach pewnie rozpoczynali imprezę. Jednak pierwsze dźwięki King of a stellar war sprawiły, że już nawet nie myślałem o Tychach a co dopiero o imprezie! Trzech facetów równiutko kręcących głowami do tego wspaniałego utworu – pamiętam to jak dziś. No i szalejąca publika. Od samego początku. To były te cudowne czasy, kiedy ludzie bawili się na koncertach i do domu wracało się z posklejanymi włosami (wtedy były jeszcze długie) i mocno zmęczonym. Drugi był Moonspell. Fernando po polsku wyraził swoje zdanie o organizacji (ktoś napisał mu na ręce co ma powiedzieć) i zaczęli. Ten koncert pamiętam najsłabiej, pewnie dlatego, że wszystko przesłoniło główne danie wieczoru – szwajcarski Samael. Mamusiu! Pierwszy był Rain z Passage a potem szaleństwo. Totalne. To co się działo pod sceną trudno opisać. To było jak szalone misterium, jakiś rytuał plemienny pomieszany z masową kotłowaniną i walką o ogień. Apogeum nastąpiło przy Into the pentagram – kultowym utworze z pierwszej płyty Samaela – Worship Him (nota bene na koncercie byłem w bluzie z okładką tej płyty). To wolny i potężny utwór, niesamowicie mroczny. Wszyscy byli już mocno zmęczeni więc wśród tych migających świateł sprawiali wrażenie otumanionych zombie kręcących się w kółko. Ja miałem siłę już tylko stać z rogami w górze, lekko ruszając głową. Na moim ramieniu opierała się jakaś dziewczyna, robiąca dokładnie to co ja i wyglądająca jakby zaraz miała w ekstazie odpłynąć. Niesamowite przeżycie. Jeden z najlepszych koncertów mego życia. Na imprezę dotarłem potwornie zmęczony ale szczęśliwy. Koleżanki ratowały moje posklejane włosy a piwko cudownie regenerowało organizm…
Tym razem zdjęcia cudem ocalałej kasety. Wydanie Morbid Noizz z 1995 roku. Numer katalogowy 011. 



Worship Him na Discogs:

sobota, 19 marca 2016

Stolica w deszczu, czyli Czwarta Krucjata.

1993. Ósma klasa podstawówki. Jesień. To był okres gdy liczył się tylko Death Metal. Im mocniej, brutalniej i szybciej – tym lepiej. Był to też czas, gdy zespoły poznawało się inaczej niż dzisiaj – nie było internetu, co znacząco utrudniało sprawę. Z drugiej strony dawało to dużo więcej radości. Odkrywanie. Poznawanie. Ta niepewność, czy kaseta, którą właśnie kupiłem, będzie dobra. Czasami jednak można było czegoś przed zakupem o zespole się dowiedzieć. Jednym ze źródeł był program Headbangers Ball. Program emitowany na kanale MTV.


Tak, to było wtedy, gdy ta stacja jeszcze zajmowała się muzyką. Późnym wieczorem, prawie nocą, z obowiązkową blondyną Vanessą jako prowadzącą. Teledyski, wywiady, relacje z koncertów. Od hard rocka po najbrutalniejsze odmiany metalu. Oglądanie bywało kłopotliwe – późna pora, a telewizor w domu jeden – w pokoju rodziców. Ale co tam, oni na szczęście byli wyrozumiali a po jakimś czasie (gdy zmieniliśmy telewizor na nowszy) zacząłem używać słuchawek. I tym sposobem wieści z metalowego świata płynęły na ulicę Lencewicza i zatruwały umysł młodego maniaka. W jednym z programów zobaczyłem teledysk Bolt Thrower – The IVth Crusade. Coś wspaniałego. Potężny walec przejeżdżający po mnie jak dywizja pancerna dowodzona przez Guderiana. Dostojnie, ale stanowczo. Bez litości. Bardzo szybko kupiłem kasetę i długi czas nie opuszczała mego magnetofonu i walkmana. Jakiś czas potem, tej samej jesieni, mieliśmy klasową wycieczkę do Warszawy, do Teatru Narodowego. Pamiętam jakby to było wczoraj – zlane deszczem ulice stolicy widziane przez szyby autokaru a w słuchawkach Czwarta Krucjata. Nie mam pojęcia czemu te obrazy tak utkwiły mi w pamięci, ale cieszę się, że tak się stało. Następnego dnia udaliśmy się na przedstawienie do Teatru Narodowego. Wiecie, pełna gala, garnitury i te sprawy. Tylko jeden Dominik (pozdrowienia stary!) postanowił to olać i w murach tego szacownego budynku pojawił się w koszulce Unleashed i flanelowej koszuli :) Tak, to były romantyczne czasy pełne buntu i mocnej muzyki.

Posiadam wydanie Earache z 1992 roku. Numer katalogowy MOSH70CD.



  
Czwarta Krucjata na Discogs:

czwartek, 17 marca 2016

Cymbałki, czyli podróż w ciemność

Z pozdrowieniami dla Tomka – jednego z tych, z którymi odkrywałem nowe przestrzenie muzyki.
1994 rok. Było ciepło, więc pewnie zaawansowana wiosna lub nawet lato. Siedzimy na ławce pod jednym z bloków na naszym osiedlu. Walkman pod ręką a w nim bez wątpienia jakiś Death Metal. Tak, to był ten okres. Im brutalniej tym lepiej. Ściana dźwięku, obłąkane solówki z obowiązkowym wibratorem i ryk jakby z najgłębszych czeluści kanalizacji. To wtedy był mój styl. Moja miłość i ścieżka. Obituary, Cannibal Corpse, Napalm Death, Bolt Thrower, Malevolent Creation, Vader…Wszystko co było lżejsze było muzyką dla dziewczyn i leszczy ;) Aż tu nagle, ni z gruszki ni z pietruszki, Tomek wyciąga coś nowego.

Okładka zainteresowała mnie od razu – Chrystus, który zamiast korony cierniowej ma w głowę wbite gwoździe. Jest dobrze, bluźnierstwo musi być! Troszkę nieufny stałem się, gdy Tomek oznajmił, że to nie Death Metal. Że to co innego. Zapewniał jednak, że dobre. No to sru do walkmana i jedziemy! Słucham, słucham, jakiegoś wielkiego zachwytu nie ma, bo to przecież nie rzeź w stylu Kanibali. W pewnym momencie pojawiają się klawisze z jakimiś dzwonami i zadaję wtedy kultowe już w naszych kręgach pytanie – „co to ku… za cymbałki?”. No i tak już zostało na wiele późniejszych lat – Ceremony of Opposites to cymbałki. Ale jakie! Płyta w krótkim czasie mną zawładnęła i bez cienia wątpliwości mogę powiedzieć, że wtedy zaczęła się podróż w ciemność. Ciemność Black Metalu, smolistą i gęstą. Podróż, która trwała przez kolejne lata spychając na bok inne gatunki. A był to taki piękny, słoneczny dzień…
Kasety już niestety nie posiadam - była to dokładnie ta, która widnieje na zdjęciu. Mam CD, niestety, wznowienie. Jest jednak pewien plus - płyta zawiera także świetną EP-kę "Rebellion" (zazwyczaj nie lubię takich "wynalazków" z dodatkowym materiałem, ale to jeden z wyjątków). Wydanie na licencji Century Media przez Morbid Tales Records. Numer katalogowy MTR 018. 



Ceremony of Opposites na Discogs:

wtorek, 15 marca 2016

Cios z kasprzaka, czyli przełom

Wiosna 1992 roku. Scorpions i AC/DC. Jako bardzo młody ale zarazem bardzo świadomy człowiek, byłem pewien, że dobrnąłem do wyżyn mocnego rockowego grania i nic mnie już nie zaskoczy. No bo kto może krzyczeć głośniej od Briana i wyginać lepiej na wiośle od Angusa? Gdybym ja wtedy wiedział co dopiero było przede mną! Z drugiej strony, jak się nad tym zastanowić, to nawet dobrze, że tak myślałem – pozwoliło mi to na setki niespodzianek w przyszłości. Pierwsza, zarazem najbardziej znacząca, nadeszła właśnie tamtej wiosny. Tamtego pamiętnego dnia przeskoczyłem w inny wymiar i tkwię w nim do dziś. Kolega pożyczył mi przegrywaną kasetę jakiejś Metallicy. Jakiejś, bo wtedy ta nazwa nic dla mnie nie znaczyła. Kilka godzin później, była już wszystkim. Wszystkim co ważne, ba, najważniejsze przez kolejny rok! Wróciłem do domu i załadowałem kasetę do dzielnego Kasprzaka (taki stary polski jednokasetowy kultowy magnetofon – zdjęcie poniżej). 


Wszystko to co stało się wraz z końcówką akustycznego intro do Battery, jest jak opowieść pijanego i naćpanego faceta próbującego pozbierać się z podłogi po potężnym ciosie w mordę. Właśnie tyle pamiętam – dostałem w mordę. Mocno. Był to cios który wrzucił mnie w inny wymiar i spowodował emocjonalne uniesienie wielkości Mount Everest. To był inny świat. Inny wymiar, inna świadomość. Master of Puppets. Tamtego dnia słuchałem jej w kółko. Tamten dzień odmienił wszystko i wytyczył ścieżkę na przyszłe długie lata. Tamtego dnia stałem się mężczyzną, który już wiedział, że można krzyczeć głośniej od Briana i ostrzej wymiatać na wiośle od Angusa. Tamtego dnia poznałem metal. 

Posiadam wydanie z 1989 roku na rynek europejski. Vertigo, numer katalogowy 838 141-2.




Master of Puppets na Discogs:

poniedziałek, 14 marca 2016

Piłkarzyki

Ponownie 1993 rok. Wakacje pomiędzy siódmą a ósmą klasą. Szkolne czasy mają to do siebie, że wakacje są długie a rodzice robili wszystko by jak najlepiej je swojej pociesze wypełnić. W 1993 roku jednym z punktów był wyjazd na wczasy do Jeleśni. Jeżeli nie wiecie gdzie dokładnie znajduje się ta miejscowość, pomoże Wam zamieszczona poniżej mapka. 


Nie będę ściemniał. Nie do końca mi ten wyjazd pasował. Wiecie, byłem młodym buntownikiem, powoli rosły włosy, coraz więcej mojej szafy zajmowały czarne ciuchy a tu muszę z mamą jechać do jakiegoś nudnego ośrodka wczasowego. Na szczęście miałem walkmana i spory zapas kaset. Rzeczywistość smutnego ośrodka kończącego swoje lata świetności mogła dla mnie nie istnieć. Los jednak uśmiechnął się do mnie już pierwszego dnia pobytu w Jeleśni. Wieczorem wybrałem się na zwiedzanie sporego budynku, w którym miałem spędzić kolejne dwa tygodnie. W podziemiach odkryłem sporą salę a w niej piłkarzyki. Bardzo lubiłem tą grę (tak jest do dzisiaj) i muszę szczerze przyznać, że szło mi dobrze. Przy piłkarzykach stało trzech chłopaków, kilka lat starszych ode mnie. Szukali czwartego. Znaleźli. Wieczór skończyliśmy kilka godzin później. Jak się okazało, byli z moich okolic co zaowocowało kilkoma spotkaniami już po wakacjach. Poznałem też dzięki nim wiele ciekawych zespołów, gdyż ci panowie okazali się być metalowcami. Podejrzewam, że tamtego wieczora w zaproszeniu mnie do gry wybitnie pomogła im moja koszulka Sepultury z okładką płyty Arise. Takie to były czasy - każdy metal był Twoim bratem i atrybuty takie jak koszulka bardzo pomagały w nawiązywaniu znajomości. Koniec końców, ku wielkiej satysfakcji mojej mamy, uznałem ten wyjazd za bardzo udany. 

Arise to czwarta płyta Sepultury wydana w 1991 roku. Ja poznałem ją pod koniec 1992 lub na początku 1993 roku za sprawą pirackiej kasety firmy Takt lub MG. To dla mnie jedna z najlepszych thrash metalowych płyt w historii gatunku. Do tej pory dostaję wariactwa przy Dead Embryonic Cells. Posiadam remaster z 2001 wydany przez naszą rodzimą Metal Mind Records. Numer katalogowy Mass CD 0513. 




Arise na Discogs:

sobota, 12 marca 2016

Koniec, czyli początek

1993. Siódma klasa podstawówki. Zbliżają się wakacje. Świat młodzieńczych miłości i fascynacji. Świat rodzącego się dobrobytu i powszechnej dostępności towarów. Świat odkrywania. Cała moja ósma i kawałek siódmej klasy to okres niestrudzonego podróżowania po najczarniejszych zakątkach metalu. Właśnie opuściłem ciepłą kołyskę Metallicy i wypłynąłem na suchego przestwór oceanu….znaczy odkryłem świat poza Jamesem i spółką. A Świat to piękny był i bogaty. Był to też okres w którym kasety pirackie ustępowały powoli miejsca oryginalnym – tym z Metal Mind. Pamiętam ten ciepły wiosenny dzień, lekcja bodajże matematyki, czyli dla mnie męczarnie ;) W klasie było nas pięciu, porwanych obłędem metalu. W pewnej chwili pocztą „podaj dalej” dociera do mnie kaseta z komentarzem – „patrz na to stary!” – podniecenia kolega ukryć nie umiał. No więc patrzę. Wkładka większa niż jedna strona! Zdjęcie zespołu! Ludzie kochani! Ja czegoś takiego na oczy wcześniej nie widziałem.

Te wszystkie piraty wydawały się być szczytem luksusu a tu nagle taki grom! No koniec Świata! I to był koniec – The End Complete, trzecia płyta Obituary. Sam zespół był nam znany, miało się w domu piracką „Cause of death” a kolega miał jeszcze „Slowly we rot”. Ale tę jedną miał tylko Seba – okazało się, że dzień wcześniej był na targu i była to jedna z kilku pierwszych oryginalnych kaset, które pojawiły się na stoisku u Krzyśka. Jeszcze tego samego dnia byliśmy tam wszyscy – i wszyscy staliśmy się dumnymi posiadaczami pierwszej w naszym życiu kasety oryginalnej. To był przełom. Nic już nie było takie jak kiedyś – większość piratów poszła w zapomnienie, zacząłem kupować już tylko wydawnictwa oryginalne. Swoje kosztowały, więc moja kolekcja nie rosła w tak zawrotnym tempie jak w przypadku piratów, ale satysfakcja była dużo większa. I to chyba wtedy, tego pięknego słonecznego dnia w 1993 roku narodziła się moja totalna miłość do fizycznych, oryginalnych nośników muzyki – czy to kaseta, CD czy winyl.
A sama płyta – co tu dużo pisać – klasyk death metalu.
Kaseta przepadła gdzieś wśród życiowych zawirowań. Posiadam CD, jest to niestety remaster. Roadrunner Records, 1998, numer katalogowy RR 8741-2. 



  

Balustrada

1996. Pamiętam ten upalny wrześniowy dzień dość dobrze. To zabawne gdy się nad tym zastanowić – wielu ważniejszych dni nie pamiętam kompletnie. Nie, nie – alkohol nie miał z tym nic wspólnego. Poranny sobotni spacer do centrum. Cel – wielkie targowisko a konkretnie jedyne warte uwagi stoisko z kasetami (tak tak, wtedy stanowiły większość), koszulkami, płytami. Krzysiek (RIP), sprzedawca, informuje że ma już nowy Rotting Christ – kaseta oryginalna z Metal Mind. Bez większego zastanowienia wyciągam ciężko zarobione przez moich rodziców złocisze i Gnijący ląduje w mojej kieszeni.

Po powrocie ojciec oznajmia – malujemy balustradę na balkonie. Ok, stary kaseciak do okna i można startować. Z pierwszymi pociągnięciami pędzla startuje King of a stellar war a moja gęba otwiera się coraz szerzej. Chłopaki tak pięknie jadą jak kawaleria w jednolitym szyku majestatycznie kłusująca równiną. Nawet ojcu się podoba i mówi bym dał głośniej. Nie do końca pamiętam co na to mama i sąsiedzi ale wtedy, w tym upale i oparach olejnej farby nic już mnie nie obchodziło. Narodziło się uczucie. Ta płyta mną zawładnęła. Od pierwszego do ostatniego dźwięku. Nie jest ani bardzo szybka (z wyjątkiem Archon), nie jest brutalna, ale za to piękna. Tak, ona jest piękna. Piękna melodiami, pracą gitar, klimatem, brzmieniem. Piękna swoją głębią. Można ją odkrywać raz po razie na nowo. Nie nudzi.Nigdy później, w mojej opinii, Grecy nie nagrali nic lepszego. Kocham ją do tej pory i co pewien czas wracam. Za każdym razem gdy słyszę pierwsze dźwięki, przypominam sobie ten cholerny balkon i bardzo długą balustradę. Pomalowaliśmy ją ale kaseta Rotting Christ jeszcze długo kręciła się w magnetofonie. Mam też inne wspomnienie związane z King of a stellar war – jakiś czas po premierze płyty panowie grali w Katowicach (stary Mega Club, razem z Samaelem i Moonspell – był ktoś?). Zaczęli oczywiście od tego numeru. Mamo! To było jak cholerny trans! Jeden z moich najlepszych koncertów w życiu, ale to już opowieść na inny wpis…
Posiadam wydanie amerykańskie (dzięki Karina!) z 1996 roku. Century Media numer katalogowy 7828-2.