poniedziałek, 17 lipca 2017

Ensnared, czyli odkrycie roku (część pierwsza).

Pewnego pięknego dnia (w zasadzie nie jestem pewien, możliwe, że było brzydko za oknem ale finalnie dzień okazał się piękny), przeglądając internety w poszukiwaniu nowej, interesującej muzyki, trafiłem na ciekawą okładkę kompletnie nieznanej mi kapeli. Obraz był (i jest) na tyle intrygujący, że odpaliłem jakiś kawałek na chybił trafił i najzwyczajniej w Świecie przepadłem. Sekundy później zamawiałem tę płytę w Godz Ov War a czujny Greg, na którego zawsze można liczyć, zaproponował jeszcze EPkę wydaną w 2013 roku. Takim sposobem stałem się szczęśliwym posiadaczem praktycznie całej dyskografii (poza jednym demo) szwedzkiego Ensnared, które jest dla mnie odkryciem roku.  






Oba wydawnictwa dzieli kilka lat oraz znaczne różnice stylistyczne. Ja przygodę z Ensnared zacząłem od dokładnego przemielenia EPki „Ravenous Damnation's Dawn” a potem zabrałem się za tegorocznego długograja. Do niego jeszcze wrócimy, bo to kandydat na album roku, ale nie uprzedzajmy faktów. Jesteśmy na etapie EPki i warto tam na trochę dłużej pozostać. Jak na taki format, to dość długi materiał – sześć utworów daje ponad trzydzieści minut muzyki. Wszystko zaczyna się chaosem, ale kontrolowanym, co Ensnared opanowali wg mnie do perfekcji. Agresywny atak od pierwszych sekund przeplata się z lekkimi połamańcami i chaotycznymi zawijasami a wszystko w sosie black/death metalu czasami przywodzącego na myśl Dissection. To jednak tylko momenty i nie sugerujcie się nimi za mocno, bo Ensnared jest jednak agresywniejsze i bardziej death metalowe, choć również nie pozbawione klimatu. Na „Ravenous Damnation's Dawn” poznajemy piekielne, diabelskie i mocno zabarwione black metalem oblicze zespołu – w przeciwieństwie do tegorocznego albumu. Pomimo wspomnianych odniesień do Dissection, kompletnie nie słychać, że zespół jest ze Szwecji. Słychać natomiast rozwijające się już wtedy zapędy do tworzenia kompozycji zawiłych, rozbudowanych, momentami progresywnych. Pojawiają się delikatne pasaże gitarowe, marsze perkusji z gitarą oraz niesamowicie klimatyczne wstawki akustyczne (początek „The Hungry Darkness of Death” to majstersztyk!), które w przyszłości zostaną rozbudowne jeszcze mocniej. Ale nie uprzedzamy faktów. „Ravenous...” to jasny sygnał, że Ensnared to zespół z ambicjami zrobienia czegoś niebanalnego, czegoś co powali i zaskoczy. Tu nie chodzi tylko o zwykły ogień i jazdę do przodu, tu ambicje są dużo większe. Na rozwinięcie tych kompozycji musieliśmy czekać aż cztery lata. Oczywiście mam na myśli tych, którzy ten materiał poznali w chwili premiery, bo ja czekałem dużo krócej. Zaraz po „Ravenous...” w odtwarzaczu wylądował tegoroczny długograj Szwedów, „Dysangelium”, no i przepadłem całkowicie. Ale o tym w następnym tekście...

Ensnared - „Ravenous Damnation's Dawn”. Nuclear Winter Records, 2013 rok, numer katalogowy NWR 067 CD.  






"Ravenous Damnation's Dawn" na Discogs:

2 komentarze:

  1. Płyta rzeczywiście rewelacyjna. Takie brzmienie wielbię! \m/

    OdpowiedzUsuń