czwartek, 9 czerwca 2016

Defying, czyli mrok nad Olsztynem.

Podróże kształcą. Na wiele sposobów. Ostatnio często bywam w Olsztynie i podczas jednej z wizyt poznałem Piotrka. Dobrze nam się gadało, bo to taki metalowiec starej daty, jak ja. Od słowa do słowa i okazało się, że jest on gitarzystą i wokalistą olsztyńskiej kapeli Defying. Nazwy nigdy wcześniej nie słyszałem a panowie na koncie mieli już pierwszą płytę. Termin na poznanie ich twórczości okazał się świetny bo wielkimi krokami zbliżała się premiera nowego materiału. Jakiś czas potem Piotr odwiedził mnie w Warszawie z okazji koncertu Marduk i wtedy w moje posiadanie weszły oba wspomniane wyżej wydawnictwa.

  
Defying to ciekawy zespół. Trudno tak naprawdę określić co gra. Panowie używają określenia „progressive post metal” ale powiem Wam, że dla mnie to taki mroczny doom z elementami spokojnymi, progresywnymi nadal jednak mocno niepokojącymi nerwy. Słyszeliście Bethlehem i ich płytę „Dark Metal”? Trochę mi się to kojarzy właśnie z takim graniem – klimat mroku i tajemnicy jest tu wszechobecny a wyrażenie „dark metal” wg mnie najlepiej pasuje na określenie twórczości Defying. Finalnie jednak nie podejmę się definitywnego określenia stylu zespołu. Tymi słowami mógłbym opisać oba materiały – płytę „Nexus Artificial” (2014) i EP-kę „The Splinter of Light We Misread” (2016). Reszta to już różnice. Album w całej swej rozciągłości to ciężki walec niosący powiew mroku, poprzetykany momentami kontemplacyjnymi, wyciszeniami i wstawkami budującymi nastrój błogiego odpoczynku. Mamy tu też wiele pięknych melodii, elementów akustycznych oraz kilka przyspieszeń. EP-ka także miażdży nasze kości, nawet częściej i jeszcze dobitniej, jednak dużo tu elementów szaleństwa, głównie dzięki użyciu szerszego instrumentarium (np. saksofon), klimatu grozy i jakiejś wiszącej w powietrzu tajemnicy. To oczywiście materiał dużo krótszy, w dodatku zawierający cover (Joy Division), nie jest więc tak reprezentatywny dla stylu zespołu. Niewtajemniczonym polecam zapoznanie się w pierwszej kolejności z płytą a MCD traktować należy w kategoriach bardziej eksperymentu (cover plus nowe instrumentarium), niż drogowskazu na przyszłość. Nie zmienia to faktu, że zapewne na kolejnym pełnowymiarowym materiale usłyszymy co ciekawsze patenty z EP-ki, które najzwyczajniej się sprawdziły (a jest takich co najmniej kilka). Generalnie rzecz ujmując, nie jest to muzyka lekka, łatwa i szybko wpadająca w ucho. Jest w niej za to głębia. Warto się zanurzyć i z każdym kolejnym przesłuchaniem odkryć coś nowego, choćby trwającego kilka sekund. Takich właśnie smaczków jest tam bardzo dużo.
Pisząc o Defying nie sposób nie wspomnieć o aspekcie dla mnie bardzo ważnym – sposobie wydawania swoich materiałów. Zespół nie posiada wydawcy, co oczywiście ma swoje plusy i minusy. Plusem jest to, że gra to co chce grać i wydaje tak jak chce wydać. Płytę posiadam w pięknym pudełku, w którym w środku jest digipack, osobna książeczka z tekstami. Majstersztykiem jest EP-ka, digibook w całości wykonany ręcznie przez dziewczynę jednego z muzyków (pozdrowienia Natalia!). W necie możecie znaleźć filmik dokumentujący produkcję – robi wrażenie! W tej chwili jest to limitowana edycja 200 sztuk, ale kto wie – gdy popularność wzrośnie, może trzeba będzie dorobić? Natalia, jesteśmy z Tobą ;)
I ostatni punkt – Defying na żywo. Kilka dni temu miałem okazję być w Olsztynie na ich pierwszym koncercie po wydaniu „The Splinter of Light We Misread”. Spodziewałem się spokojnego wieczoru w nastrojowym klimacie a dostałem piekielne misterium - szczerze, byłem w szoku. Bardzo pozytywnym. Wiele Bardzo Groźnych Zespołów nie potrafi stworzyć takiego klimatu. Pełen profesjonalizm, dym, punktowe światła i dobór mocnych kawałków zrobiły swoje. Nawet te spokojniejsze momenty zostały doprawione potężną dawką energii. Moc, proszę państwa, moc. Jeśli kiedykolwiek ci panowie będą w Waszej okolicy, idźcie.
Wszystko to pokazuje, że Defying wie co robi, wie co chce osiągnąć i konsekwentnie do tego dąży. Tu nic nie jest dziełem przypadku, choć efekt końcowy nie jest wyrachowany. Będę uważnie śledził ich dalsze losy, bo warto. To jeden z tych zespołów, które gdzieś tam na boku wszystkiego, powoli i wytrwale, z oddaniem i sercem, tworzą swoją sztukę.  
Poniżej oba wydawnictwa na zdjęciach. Płyty wydane własnym sumptem.
Nexus Artificial. 2014. 






Nexus... na Discogs:

The Splinter of Light We Misread. 2016.




The Splinter... na Discogs:

3 komentarze:

  1. Mi wpadło w ucho od pierwszego słuchania :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mi też, ale do wielu fragmentów potrzebowałem kilku przesłuchań :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie znam kapeli, ale wpis zacny.

    OdpowiedzUsuń