czwartek, 20 lipca 2017

Ubojnia w Milwaukee.

„Panie Mietku kochany, co pan wie o świniach? Ja to, proszę pana, byłem kiedyś u brata, wie pan, w tych stanach. On już tam dwadzieścia lat siedzi, coś tak będzie. W Milłoki czy jakoś tak. Duża mieścina, sąsiedzie, ale tam mają wie pan, ubojnię i hodowlę całą. Kolego złoty, co tam się wyprawia! Mówi mi, pojedziesz, zobaczysz, tam znajomi pracują, to nas wpuszczą. Nie to co na tej Twojej wsi, tu jest pełna mechanizacja! No i pan sobie panie Mietku wyobrazi, że faktycznie! Jak te świnie tam hodują, to na całego! Od małych tuczą systematycznie, wszystko wg planu. A potem, drogi sąsiedzie, na rzeź. Ale jaką rzeź! W pełni zautomatyzowaną i systematyczną. Aż mi się jedno porównanie na usta ciśnie, ale nie wypada. No tną je tam jak maniacy, jakby to ich wie pan, hobby było a nie robota. A jaki kwik, jaki pisk, jakie ryki i wrzaski! Nie to co u pana, że pan to siekierą świnię ubija, moment i po krzyku. U nich to wie pan, taśmowo i ten pisk jest ciągle! Mówię panu, panie Mietku, pan to o świniach nic nie wie!”

poniedziałek, 17 lipca 2017

Ensnared, czyli odkrycie roku (część pierwsza).

Pewnego pięknego dnia (w zasadzie nie jestem pewien, możliwe, że było brzydko za oknem ale finalnie dzień okazał się piękny), przeglądając internety w poszukiwaniu nowej, interesującej muzyki, trafiłem na ciekawą okładkę kompletnie nieznanej mi kapeli. Obraz był (i jest) na tyle intrygujący, że odpaliłem jakiś kawałek na chybił trafił i najzwyczajniej w Świecie przepadłem. Sekundy później zamawiałem tę płytę w Godz Ov War a czujny Greg, na którego zawsze można liczyć, zaproponował jeszcze EPkę wydaną w 2013 roku. Takim sposobem stałem się szczęśliwym posiadaczem praktycznie całej dyskografii (poza jednym demo) szwedzkiego Ensnared, które jest dla mnie odkryciem roku.  


czwartek, 13 lipca 2017

Utartym szlakiem.

Szwedzki Hermodr powrócił. Szybko, prawda? O ostatnim krążku autorstwa Rafna (pod szyldem Hermodr, bo w międzyczasie wydał też płytę Deadlife) pisałem w styczniu tego roku! I był to długograj, tak samo zresztą jak najnowszy, szósty album zatytułowany „Hadanfard”. Dzielny Szwed, tytan pracy i stachanowiec black metalu, zaprasza nas na kolejną wędrówkę, którą najlepiej odbyć w samotności. Tak jak wszystkie poprzednie.  

poniedziałek, 10 lipca 2017

Czarne chmury nad Estonią.

Estonia to kraj z trudną przeszłością. Długo nie było go na mapach Europy a kiedy już na nie wrócił, szybko pojawiła się bestia ze wschodu i połknęła ten niewielki, bałtycki kraj. Dla wielu Estończyków jedynym ratunkiem i nadzieją na wolność wydawał się być niemiecki mundur. Ten sam, którego tak nienawidzimy my Polacy, dla nich znaczył zupełnie co innego. Jeśli komuś łatwo przyjdzie oceniać to negatywnie, niech wspomni naszą historię – też innym zawierzaliśmy sprawę naszej niepodległości i nawet śpiewamy o tym w hymnie. Loits, zespół z Tallinna, zakłada ten mundur i na swoich trzech albumach opowiada nam o skomplikowanej historii swego kraju. 

piątek, 7 lipca 2017

Ekstrema ekstremy.

Dawno czegoś takiego nie słyszałem. Przepraszam, nigdy czegoś takiego nie słyszałem. A słucham metalu już od ponad dwudziestu pięciu lat. Kiedy pierwszy raz odpaliłem ten materiał, nie wiedziałem z czym mam do czynienia. Doznałem szoku i odłożyłem go na półkę z myślą – jeszcze dam ci szansę. Bo co z tego, że tak długo słucham metalu skoro trudno to nazwać metalem. Jasne, to generalnie jest coś, co zostało stworzone jako metal, ale podczas tego procesu przetransformowane w najohydniejsze możliwe dźwięki.  


środa, 5 lipca 2017

Hirilorn w komplecie.

Hirilorn, nieistniejąca już francuska horda black metalowa, dorobiła się wśród wielu statusu kultowej. Powodów jest kilka – aura tajemniczości, trudno dostępne wydawnictwa no i fakt, że po rozpadzie dwóch jej członków zasiliło czczony przez większość Deathspell Omega. No i powód chyba najważniejszy – czasy aktywności Hirilorn przypadają na owiany mrokiem okres sprzed dynamicznego rozwoju francuskiej sceny. Okres, który obrósł już legendami. Okres, który wykreował przyszłe „gwiazdy” gatunku, cenione na całym Świecie. Czy Hirilorn mógł być jedną z nich? Owszem, jak najbardziej. Nie został. Jest za to jednym z prekursorów black metalu na francuskiej ziemi. 

poniedziałek, 3 lipca 2017

Powrót Białego Boga.

Tak miał się nazywać ten album, jednak presja poprawności politycznej spowodowała, że Vikernes tytuł zmienił. To nic, że było to w prostej linii odniesienie do mitologii, czasy są jakie są i wyraz „biały” w połączeniu ze słowem „bóg” jest dla niektórych nie do przełknięcia. W jakimś stopniu byłby to też tytuł symboliczny, nawet jeśli trochę naciągany. Varg nigdy bogiem nie był, aczkolwiek to faktycznie jego powrót i nie da się ukryć, że był i jest jedną z najważniejszych postaci sceny metalowej.  



sobota, 1 lipca 2017

Trzydziestopięcioletni kufel.

Piwko i metal. Metal i piwko. Połączenie perfekcyjne. Czy to na koncercie, czy w gronie znajomych, czy po prostu w domu. Są oczywiście gatunki metalu pasujące do piwa bardziej i te, które pasują zdecydowanie mniej. O ile słuchanie takiej dajmy na to Anathemy i spożywanie alkoholu może doprowadzić do samookaleczenia lub skoku z okna, o tyle wesoły thrash w wykonaniu na przykład Niemców z Tankard spowodować może jedynie świetną zabawę. Ci ostatni zresztą nigdy tego nie ukrywali, bo z dobrej zabawy i piwa stworzyli swój wizerunek i temat przewodni twórczości. W końcu Tankard to po prostu „kufel”. Trzydziestopięcioletni kufel, który niejeden gatunek złocistego trunku miał już w sobie. Niemcy mieli w swej długiej karierze momenty lepsze i gorsze, jednak z przewagą tych pierwszych. To tak jakby w sklepie z piwem, przez trzydzieści pięć lat, kupować tylko te ze średniej i wyższej półki. 

czwartek, 29 czerwca 2017

Bez zmian.

Black metal to fajna muzyka, o ile słowo fajna jest tu na miejscu w odniesieniu do jej klimatu. Chodzi mi o to, że możesz go grać od dwudziestu lat tak samo i tak samo jak trzydzieści lat temu a to nadal jest fajne. Bo z black metalem  już tak jest, że jak połkniesz tego bakcyla to nie puszcza, trzyma i jesteś w stanie kompletnie nie zwracać uwagi, że w latach dziewięćdziesiątych słyszałeś już takie płyty, że ten riff był już na setkach numerów, że tak krzyczy trzy czwarte wokalistów itd. Kiedy więc trafia do Ciebie kolejna płyta Clandestine Blaze, wiesz doskonale czego się spodziewać a i tak odpalasz ją z wypiekami na twarzy. Bo to najczystszy, najprawdziwszy i kompletnie nieoryginalny w swej formie black metal. I o to chodzi.

Clandestine Blaze

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Tylko metal.

Do kroćset, jak ja lubię takie materiały! Proste, szybkie i z ogromną dawką energii. Kompletnie nie oryginalne, oklepane i osłuchane. Nie silące się na pieron wie jakie metafory, przenośnie, onomatopeje i inne wymyślności typu plątańce zawirowańce i klawiszowo smyczkowe plumkania. Materiały, które choć wydają się być doskonale znane, bo każdy riff już gdzieś był, dają masę radości podczas słuchania. Bo mają w sobie pierwotną moc i energię metalu. Młodzieńcze szaleństwo i brak jakichkolwiek norm poza jedną – ma być szybko i głośno! Ma być ostro i mocno, bo to metal do cholery a jak wiadomo metal to nie rurki z kremem. W czasach gdy hipsterzy chodzą na tak zwane koncerty black metalowe, gdy niektóre zespoły (jest kilka ciekawych, nie przeczę) silą się na tworzenie muzycznego dzieła sztuki w typie poplątańców i bohomazów sztuki nowoczesnej, takie wydawnictwa są na wagę złota. Szczególnie, gdy tworzą je młodzi ludzie, nie noszący grzecznych fryzur i spodni do kostki. Starszym prykom gęba się śmieje, bo to jak powrót do starych dobrych lat. Do czasów, gdy metal był metalem, o czym niektórzy już zapomnieli.